MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Zapiski siostry

Sobota, 1 września 2012

Właśnie przed chwilą skończyłam czytanie „Pustyni” Le Clezio. I jestem OCZAROWANA!!!! Równocześnie z "Pustynią" czytałam Heschela "Człowiek nie jest sam", i tam Heschel pisze m.in. o tym, że gdy stoimy między ziemią a niebem, to ten widok zmusza do milczenia... A jednak Le Clezio w "Pustyni" OPISAŁ to! Opisał te momenty zadziwienia, niemego zachwytu, gdy człowiek stoi pomiędzy niebem a ziemią, zachłyśnięty majestatem natury; gdy doświadcza w sobie piękna rozgwieżdżonej nocy, w którą może patrzeć, która go ogarnia, otula, wchłania...; opisał to uczucie rozrastającej się we wnętrzu człowieka wolności (a może raczej pulsującej boleśnie tęsknoty za wolnością), gdy stoi pośród wydm pustynnych, oczarowany przestrzenią, nieznający zgiełku, hałasu..., zbratany z pięknem, które WIDZI i które napełnia go dziwnym szczęściem, smakiem istnienia, prostą radością z tego, że się po prostu JEST... Kiedy czyta się jego opisy nocy, gwiazd, pustyni, wydm, morza - to wszystko ożywa w człowieku, odczuwa się smak pustynnego wiatru, chłód nocy, "słyszy się" ciszę! Le Clezio w "Pustyni" opisał MILCZENIE! I uczynił to doskonale.......!

Gdy się czyta "Pustynię" Le Clezio, trzeba koniecznie robić przerwy, odłożyć przynajmniej na kilka dni, bo można umrzeć z nadmiaru piękna... Nie dziwię się, że właśnie on dostał Nobla. Opisy jego są oszałamiające...

Niedziela, 2 września 2012

Gdyby można było przesłać za pomocą Internetu wczesnowieczorne zapachy lasu, uczyniłabym to. Bo byłam dziś w lesie (w Laskach) i chłonęłam zapachy sosen, brzóz i soczystej, rozczochranej trawy (niekoszonej!!). Mam je wszystkie w sobie, chronię jak mogę, by "ocalić od zapomnienia" (jak mawiał Gałczyński), by - kiedy będzie czasem ciężko, hałaśliwie, nieznośnie, zbyt "tłumnie" - przywoływać je z wnętrza i w nich odpoczywać... Chciałabym się nimi podzielić, obdarować, "pokazać" je..., te chwile, kiedy kolory i dźwięki już cichną, zmierzchają się, a wraz z ciszą wieczoru intensyfikują się zapachy - wilgotnej ziemi, trawy, chłodu, igliwia, kory... I wtedy pojawia się ten dziwny dreszcz istnienia, ta radość z bezinteresownego piękna, na które nie muszę pracować, nie muszę na nie zasługiwać, a jedynie - pozwolić się obdarować. Mam świadomość, że te spotkania z naturą, z pięknem, że ten dreszcz w sercu, to przedsmak szczęścia Stamtąd. I czasem, tak jak dziś, jak teraz, nie można tego zatrzymać... Bo tak naprawdę, pośród tych wszystkich dystansujących różnic, jest w nas wszystkich ta sama wielka tęsknota: za pięknem, dobrem, prawdą..., choć o tym się nie mówi, bo jesteśmy "zbyt dorośli" i "nie wypada". Ale dzięki tej tęsknocie nie przestajemy być w najgłębszym zakamarku serca dziećmi, prawda?... I to nas wszystkich łączy. I to łamie dystans. I to przywraca nas prostocie... I to czyni nas bardziej ludzkimi...

Poniedziałek, 3 września 2012

Przed chwilą wróciłam z pracy i ta chwila to najpiękniejszy moment. Chcę ten "moment" opowiedzieć..., opisać, pokazać..., choć nie wiem, czy będę potrafiła:

Mieszkam na poddaszu, więc gdy otworzę okno, to.... widzę OGROMNĄ przestrzeń nieba i wierzchołki sosen. W pokoju mam tak słabe światło, że nie jestem w stanie czytać, więc je gaszę (bo nie jest mi przydatne), otwieram okno i patrzę w niebo - to moja prywatna wieczorna lektura :-) Jestem oczarowana rozgwieżdżoną ciszą..., która mnie otula zewsząd, kołysze i koi, rozkoszuję się granatowym zapachem nocy, delikatnością białych smużek chmur sennie płynących w niekończących się przestworzach... Przypomina mi się w tej chwili wyznanie Adama z "Promieniowania ojcostwa" Wojtyły: "Nie jestem samotny, bo drżę..." - powiedział zdumiony Adam, gdy po wielu duchowych cierpieniach odkrył, że... ma serce czujące, ojcowskie, piękne... Ja też teraz mogę powiedzieć: "Nie jestem samotna, bo drżę"..., bo odczuwam to niezwykłe zbratanie z naturą i zbratanie z człowiekiem - w pięknie i bólu człowieczeństwa, nieustannie odkrywanego... Ta noc, ta cisza rozgwieżdżona, ta granatowa nieobjętość, którą chciwie chłonę, jakbym nie mogła się nią nasycić, nacieszyć, przypominają mi o tym, że człowiek, choć tak boleśnie "osobny", nie jest samotny, bo "drży"..., bo ma serce, które czuje, tęskni, pragnie, kocha, żyje... I to jest najpiękniejsze w człowieku. I dla takich chwil, dla takich małych (ale kolumbowych) odkryć, warto się zmagać, warto płakać, warto żyć...

Wtorek, 4 września 2012

Czasami zastanawiam się, dlaczego moje życie od samego początku jest takie trudne..., dlaczego tyle w nim bólu..., a zarazem - tak wielkie pragnienie życia, witalności, PIĘKNA, które WIDZĘ, które objawia mi się na tak wiele sposobów... Dlaczego tyle antynomii w moim życiu: bólu, śmierci i tęsknot nieposkromionych za życiem, za pełnią... Tak często wydaje mi się, że nie nadaję się do życia, że jest ono dla mnie za trudne, że nie umiem żyć... I ta świadomość, że się "nie nadaję" tak bardzo boli i przytłacza. Wtedy czuję się tak nieskończenie samotna, tak oddalona od wszystkich, nawet od Boga samego... Wtedy odczuwam Jego "dalekość", a przecież szalenie Go pragnę... I te doświadczenia, tak sprzeczne, "dzieją" się w czasie jednej modlitwy, nakładają na siebie: osamotnienie, które boli, i niespodziewany błysk Jego bliskości, który koi... Wiesz, kiedy ten "błysk bliskości" pojawia się najczęściej? Gdy nocą staję przed otwartym oknem, gdy wpatruję się w rozgwieżdżoną ciszę, gdy poję spękane serce granatową nieobjętością nocnego nieba, wtedy wydaje mi się, że PIĘKNO zostało stworzone specjalnie dla mnie..., bo Bóg wiedział, że ono mnie koi, wypełnia, wycisza... I te noce, ta cisza rozgwieżdżona, ta granatowa nieobjętość, te białe, delikatne smużki chmur sennie płynące po przepastnych przestworzach - to Jego znak, to Jego dyskretny pocałunek w moje łzy... I wtedy Go adoruję - tak spontanicznie, w tym zadziwieniu i milczeniu, które rozrasta się w moim obolałym sercu...

Ja chcę być szczęśliwa, spełniona, PIĘKNA. Chcę być Jego radością, Jego chwałą...

Środa, 5 września 2012

To niesamowite, ale radość, szczęście i miłość nie pozwalają mi spać... Nie mogę spać z miłości... Jestem jak ta oblubienica z Pieśni nad pieśniami, która błąkała się po nocy, szukając "Umiłowanego swej duszy", aż wreszcie SPOTKAŁA SIĘ z Nim, On wyszedł z ukrycia, a raczej - to ona odpowiedziała na wołanie Oblubieńca, który prosił: "Ukaż mi swą twarz". Sakrament ma wielką moc... Wyprowadził mnie z ukrycia, pobiegłam ku Panu, który mnie pragnął, który wołał, abym "ukazała Mu swą twarz", abym wyszła z ukrycia. I wiesz, co najbardziej mnie wzrusza...? Tej nocy (nie mogłam w ogóle spać, leżąc, rozmyślałam nad swoim życiem...), kiedy myślą i sercem byłam przy Sercu, słyszałam tak wyraźnie: "Oczarowałaś me serce, siostro ma, oblubienico"... To wywołało we mnie ból, bo ja raczej zawiodłam to Serce..., a mimo tego ja wciąż słyszałam (i słyszę): "Oczarowałaś me serce...". Zobacz, jak ja mogę nie być czuła, ciepła, łagodna dla innych, jeżeli słyszę wypowiadane z miłością: "Oczarowałaś me serce...". Czy można oczarować serce Boga...? Czym...? Tyle we mnie miłości teraz..., odnowionej miłości... Wiesz, czuję się jak rodząca kobieta... Tak trudno mi wysłowić to uczucie, ale odczuwam, jakbym w ciszy swego serca przeżywała tajemnicę rodzenia..., rodzenia innych do miłości, dobra, wiary, piękna... Tajemnica rodzenia... Jestem tą, która rodzi... A Bóg jest Kochającym..., jest samym Kochaniem... Ja też chcę być kochająca, i też chcę być kochaniem, samym kochaniem... To nawet coś więcej niż być miłością, bo być samym kochaniem - to być miłością czyniącą, być miłością "spełniającą się"...

Czwartek, 6 września 2012

Uczyłam się milczenia. Od wiatru , od morza, od wydm; od nocy, od własnej samotności… Uczę się milczenia, aby móc słyszeć, widzieć i mówić; aby słowom przywrócić ich treść i prawdziwe znaczenie. Uczę się milczenia, aby ożyły moje słowa…, aby przywrócona im została moc stwarzania – piękna, dobra, nadziei… Co sprawiają moje słowa w innych? Jakie przestrzenie otwierają? Czego dokonują?

Najpierw muszę nauczyć się milczenia, aby nauczyć się mówić…

Piątek, 7 września 2012

Powołanie do kapłaństwa, do życia konsekrowanego, to powołanie do dobra, piękna i bólu. Tak, do bólu także. Niesionego świadomie, z odwagą, przez ogień. Modlę się za tych, którzy IDĄ, aby ich ból (ks. Pasierb pisał kiedyś, że po ranach poznajemy wybranego…) wypełniony był SENSEM…, i aby owocował mądrością, ciszą, współodczuwaniem, braterstwem…

Sobota, 8 września 2012

Duch jest Ogniem. Życie w Duchu to życie w ogniu… Boli przechodzenie przez ogień… Jakże bardzo bolą noc i ogień… Ale wartością życia w ogniu jest m.in. światło… Trzeba wejść w ogień, aby WIDZIEĆ, aby zobaczyć… Ogień wypala i oświetla. Chociaż najpierw budzi lęk, a nawet przerażenie… Im bliżej ognia, tym więcej światła, w tym świetle zaczynam dostrzegać wyłaniające się z ciemności nocy kontury. Zaczynam widzieć to, co przez tak wiele czasu było przede mną zakryte. Noc i ogień stają się sprzymierzeńcami w drodze, w powołaniu…


« poprzednia -   1  2   - następna »


Liczba wyświetleń strony: 10008322 * Liczba gości online: 18 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-17
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC