MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Zapiski siostry

Poniedziałek, 1 września 2008

Niezwykłe są ranki o tej porze roku – całe we mgle, pachnące deszczem i morzem, niebieskoszare, otulone jakimś dziwnym pięknem. Kiedy patrzę na wyłaniającą się z mroku świtu niebieskość, na tę przeogromną, nieogarnioną przestrzeń, gdzieś z głębi mnie wydobywa się krzyk – nagły skurcz serca (jakże znajomy…): tęsknota za PIĘKNEM. Za PEŁNIĄ. Za życiem, za SMAKIEM życia. Pragnienie PEŁNI życia pulsuje we mnie, przywołuje serce, czyni je chłonnym (zachłannym?), coraz bardziej pojemnym…

Od kilku dni kontempluję Jezusa i Marię w Betanii. To, co mnie pociąga i zachwyca, gdy kontempluję Jezusa w Betanii, to intymność, klimat bliskości, porozumienia serc. Maria siedząca u stóp Pana jest mi ogromnie bliska. Zachwyca mnie jej czułość – bez słów. Są tylko gesty. Uważne. Ona WIE, dlaczego to czyni. Miłość można wyrazić na tak wiele sposobów… Gdy patrzę na Marię, widzę w niej tęsknotę za RELACJĄ, bliskością, prawdziwym, głębokim spotkaniem. Chce BYĆ. Wydaje się, że poznała SMAK relacji, smak obecności. Wie, jak cenne jest trwanie sercem przy sercu. Wie, czym jest CZAS, uważność, wsłuchanie się w serce kochanej osoby. Maria jest tą, która poznała SMAK życia, smak istnienia. Odkryła go w RELACJI. Tu jest sam miąższ istnienia, jądro mojego „jestem”. Skąd ta tęsknota za relacją – za Bogiem i za człowiekiem? Bo Bóg sam jest „Relacją”, przecież jest Trójcą…

W relacji jest SMAK. Czuła (ale nie czułostkowa!) relacja z Bogiem wprowadza mnie w relację z człowiekiem. Znając smak bliskości, serce pragnie jej i za nią tęskni, staje się coraz bardziej zdolne do wsłuchiwania się w drugiego człowieka, coraz bardziej uważne. Maria wchodzi w relację z Jezusem nie tyle przez robienie czegoś dla Niego, ile przez wsłuchiwanie się – z tego rodzi się bliskość…

Smak relacji z Jezusem niejako spontanicznie przenosi się na relację z człowiekiem. Doświadczywszy smaku relacji z Jezusem, spragnieni też jesteśmy głębi w relacjach z ludźmi. Nie chcę powierzchowności, pośpiechu, ale ciszy, uważności, bliskości. To jest największą tęsknotą serca Marii. Mojego. Bliskość z Jezusem i z człowiekiem daje m.in. takie owoce: poczucie „zbratania” ze światem, z życiem. Patrzę wówczas na ludzi cieplej, przyjaźniej, uważniej. Jest we mnie harmonia, cisza…, jakaś delikatność wobec świata, życia ludzi. Powoli uczę się mądrej czułości.

Gdy jest doświadczenie bliskości, wówczas każdy ból jest możliwy do przeżycia…

Wtorek, 2 września 2008

Czym jest ta PEŁNIA, o którą woła moje serce? Może jest nią, po prostu, ŚWIADOME przeżywanie wszystkiego: radości i bólu. Żyć pełnią, to być OBECNYM.

Przypominają mi się słowa księdza Jerzego Szymika, który powiedział kiedyś w jakimś wywiadzie: „Warto więc kochać, cierpieć, żyć – bo jeśli Chrystus prawdziwie zmartwychwstał, to dobro i smak istnienia są niezniszczalne w ostatecznym rozrachunku… To właśnie cieszy: życie jest godne życia”.

Środa, 3 września 2008

„Słuchaj, Izraelu…”, a dopiero potem mówi „będziesz miłował”. Najważniejszą rzeczą jest słuchanie, czyli otwieranie się na przyjmowanie. Słucham, aby poznać. Nie tyle, by wiedzieć (to jeszcze za mało), ale aby POZNAĆ. Zarówno Boga, jak i człowieka, poznajemy nie dla wiedzy o nim, ale dla pokochania… Poznanie łączy się czasem z bólem, ale jest ono wprowadzaniem (a może i nawet warunkiem?) w miłość coraz głębszą…

Słuchać – to też poszukiwać. Gdy słucham słów Boga (a także człowieka), to jednocześnie Go poszukuję, odkrywam, poznaję, SPOTYKAM. Czy można trwale i głęboko kochać bez trudu poznawania? Nieprzypadkowo najpierw Jezus mówi o słuchaniu, czyli poznawaniu, a dopiero potem – o miłowaniu „całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem”. Całym sobą. Co to znaczy? Kochać całym swoim jestestwem, to także – objawiać siebie, rzeczywistość własnego serca, to odkrywać przed Nim wszystkie jego obszary, te żyzne i te pustynne. Kochać Go wszystkim, co jest w sercu, tym, co piękne, dobre, wierne, szlachetne, ale także – bólem, porażkami, słabością, upadkami, żalem, płaczem, złością, stratami, bezradnością, niedojrzałością... Wszystko we mnie jest ważne i wszystko „nadaje się” do kochania.

Czwartek, 4 września 2008

Miłość, w której jest miejsce na prawdę, staje się schronieniem, „miejscem” bezpiecznym, najbardziej „własnym”, domem… Prawda rodzi bliskość, a bliskość jest znakiem obecności Boga.

Piątek, 5 września 2008

Przyglądam się spotkaniom Jezusa z kobietami. Spotkanie z Jezusem czyni kobietę piękną… Jezus wydobywa piękno z jej głębin, odsłania je, utwierdza (i potwierdza). Kobieta przy Nim dojrzewa, ale zawsze łączy się to z wejściem w ból…

Wzrusza mnie bezradność Marii w wielkanocny poranek: „Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono”… Doświadczenie straty wprowadza w bezradność, dezorientację. „Nie wiem” – to jedyne, co Maria WIE. „Powiedz, gdzie Go położono, a ja Go wezmę” – pragnie powrócić choćby do namiastek. Poczucie straty wprowadza w stan poszukiwania namiastek, cienia tego, co się utraciło. Człowiek chciałby choćby „resztek” z tamtego doświadczenia sprzed straty, z tamtej radości, tamtego szczęścia. Skoro wie, że powrót do dawnej rzeczywistości jest już niemożliwy, pragnie choćby okruchów, trzyma się kurczowo przeszłości. A tymczasem Pan chce pokazać, że to nie ten kierunek, że nie należy patrzeć wciąż wstecz, nie należy szukać okruchów, namiastek…, On chce dać WSZYSTKO, ale INACZEJ, inaczej niż przedtem… Maria wciąż jeszcze chce namiastek, nie przeczuwa, że w tej stracie jest życie, jest zmartwychwstanie. Straty są „grobem” – bolą. Ale – przeżywając je – powoli wyłania się z nich życie, nowa rzeczywistość, której się nie spodziewałam. Czasem szukam straty, a nie chcę zobaczyć OWOCU straty. Może powinnam się modlić nie tyle o odzyskanie strat, ile o doświadczenie Boga pośród moich strat… Modlić się nie o odzyskanie strat, ale o dostrzeżenie owocu strat.

Sobota, 6 września 2008

Boli mnie milczenie Jezusa… Czasami zdarza się w moim życiu tak, że ból (czy duchowy, czy emocjonalny, czy jeszcze inny) zdaje się być nie do wytrzymania. Płaczę. Pragnę. Wołam. I napotykam milczenie. Milczenie Boga jest dla mnie trudną tajemnicą. Dlaczego On tak reaguje…, dlaczego pozwala, by ból się nasilał, potężniał, kaleczył serce… Przyglądałam się w takich trudnych dla mnie chwilach Jego spotkaniu z kobietą kananejską (z Mt 15, 21-28). Bolało mnie, że „On nie odezwał się do niej ani słowem”. Ile razy odczuwałam ten ból milczenia…

Aż któregoś wieczoru, gdy znowu kontemplowałam to dziwne spotkanie Jezusa i Kananejki, niespodziewanie wyłonił się SENS: Jezus MILCZY, aby kobieta mogła siebie wyrazić DO KOŃCA, aby jej pragnienie się nasiliło, tak bardzo, by aż bolało. Milczenie Jezusa jest jednocześnie uważnym SŁUCHANIEM. Jezus milczy, aby człowiek mógł wołać, a nawet krzyczeć. Może ten krzyk duszy, to wołanie serca, nigdy by się nie ujawniło, gdyby Jezus przemówił od razu… Milczenie Jezusa okazuje się być błogosławione dla mnie. Dlaczego? Dlatego że wówczas odsłania się moje serce, ból się „wypowiada” do końca, ujawnia swoją siłę, uwalnia serce z nadmiaru ciężaru. Kobieta kananejska krzyczała. Krzyczała, bo Jezus milczał. Jej serce coraz bardziej się ujawniało, jej ból się odsłaniał, a więc – objawiała Jezusowi najgłębsza prawdę o sobie samej.

Milczenie Boga umożliwia otwieranie się serca, czyli „wychodzenie naprzeciw”.

Niedziela, 7 września 2008

Dla serca każdy kolejny ból jest pierwszy, bo każdy ból jest inny. Każdy nowy ból inaczej boli i chyba nie jest możliwe oswojenie bólu. Możliwe jest oswojenie się z doświadczeniem bólu, ale nie z samym bólem…

Poniedziałek, 8 września 2008

Dlaczego czasem ta przeraźliwa samotność, ten ból wnętrza, ta obcość wobec siebie samej? „Któż bowiem wie, co kryje się w człowieku, jeśli nie duch człowieka, który w nim jest?” (1 Kor 2, 11a). Bywa tak, że im głębiej siebie poznaję, im bardziej świadomie pragnę żyć, im głębiej schodzę we własne wnętrze, własne serce, tym większy ból odczuwam. Dlaczego tak jest…? Bo człowiek na obraz Boga został stworzony (stąd tęsknoty, pragnienia, które – zdaje się – przerastają mnie, są spoza mnie) i odnawianie w sobie podobieństwa do Boga tak boli…

Dlatego też bez pomocy Ducha nie jestem w stanie zrozumieć własnego serca, nie jestem w stanie zrozumieć bólu odnawiania podobieństwa do Boga, którego obraz wyryty jest w sercu..


« poprzednia -   1  2  3  4   - następna »


Liczba wyświetleń strony: 10008322 * Liczba gości online: 18 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-17
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC