MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Zapiski siostry

Sobota, 1 listopada 2008

...Kontemplując dziś cud życia, cud narodzin (tak..., bo każda śmierć - KAŻDA, na różnych płaszczyznach - jest rodzeniem ŻYCIA...), powtarzam w sercu słowa Goethego z jego ostatnich, dojrzałych liryków: "Umieraj i stawaj się"...

Umieraj i STAWAJ SIĘ.

Niedziela, 2 listopada 2008

Patrząc na groby moich współsióstr, na groby, setki grobów, tylu ludzi, jakże mocno odczułam dziś to, co starał się powiedzieć Exupery w swojej "Twierdzy": "Jesteś tym, który szuka swojej pełni". To prawda, ja wciąż jeszcze szukam swojej PEŁNI..., oni - już w niej są. 

Bo stworzyła nas Miłość - na swój obraz i podobieństwo. A Miłość jest NIESKOŃCZONA. Tej nieskończoności, czyli PEŁNI, nie jesteśmy w stanie tu, na ziemi, w sobie pomieścić ani jej ogranąć. I DLATEGO ten ustawiczny ból serca, i dlatego tęsknota, i dlatego szukanie... Trzeba zachować serce wędrowcy, chronić swoją tęsknotę...; tęsknota jest dobra, jest "przeczuciem" Pełni...

Poniedziałek, 3 listopada 2008

Milczenie zawsze jest słuchaniem. Milczenie – dla mnie – to spoczywanie w Bogu. Milczę, aby Go słuchać. Milczę, aby słuchać siebie samej. Milczę, aby nauczyć się mówić… Odkrywam w swoim życiu, jak wielka jest moc słowa. Tak, właśnie MOC – zarówno stwórcza, umacniająca, jak i burząca, niszcząca, uśmiercająca… Bóg poprzez SŁOWO stwarzał… Jezus SŁOWEM uzdrawiał… Syn Boży jest SŁOWEM WCIELONYM. Wsłuchując się w uzdrawiające słowa Jezusa, zastanawiam się nad wartością moich słów. Co one sprawiają w drugim człowieku i we mnie samej? Jakie światy stwarzają – we mnie i w innych? Czy niosą błogosławieństwo, pokój i bezpieczeństwo czy rany? Czy moje słowa – na wzór słów Boga – mają moc stwórczą? Czy stwarzają w innych pokój, czy otwierają innych na piękno, dobro i miłość? Czy uzdrawiają z niewiary w miłość, z lęku? Co sprawiają moje słowa…?

Wtorek, 4 listopada 2008

Myślę wciąż o SŁOWACH. Czy są "ciepłe jak bliskość" - jak pisał ks. Pasierb - czy "chłodne jak blizna"?

Środa, 5 listopada 2008

...a kiedy już zdecydujemy się na uchylenie serca, na spojrzenie w głąb i wprowadzenie siebie nawzajem w te nieobjęte przestrzenie - wtedy dopiero uwidacznia się nasza nieporadność, niezdolność do NAZYWANIA... Tak jest i teraz, gdy próbuję nazwać ból przemijania, nieuchronność odchodzenia na zawsze. Nie, nie boli mnie śmierć jako ŚMIERĆ. Boli mnie to, że są we mnie słowa, którym nigdy nie pozwoliłam się wysłowić... I to boli najbardziej... Spoglądam wstecz, odsłaniam ostrożnie, powoli, wspomnienia - gdzieś zza mgły tych wszystkich minionych chwil wyłaniają się gesty, których nie podarowałam... (dlaczego NIE UMIAŁAM?), słowa, których nie wypowiedziałam. Słowa też mają swój CZAS..., potem, niewypowiedziane - przemijają często już bezpowrotnie...

Tak bardzo chciałabym nauczyć się MÓWIĆ, NAZYWAĆ. Śmierć bliskiego człowieka rozrywa serce - dopiero wtedy uwalniają się słowa ciepłe, gesty delikatne i czułe... Dlaczego nie umiałam ich wypowiedzieć WTEDY? Dlaczego nie umiałam okazać czułości WTEDY? Dlaczego ta nieśmiałość, to zażenowanie, może lęk, a najczęściej - nieporadność?

Czwartek, 6 listopada 2008

Dopiero serce SKRUSZONE jest naprawdę zdolne do przyjęca daru. Skruszone, czyli po-kruszone. Droga do "pokruszenia" pewnie u każdego jest inna... Moje serce musiało doświadczyć pęknięcia - wyglądało jak ziemia zeschnięta, która PĘKA, bo nie jest nawadniana, nie ma w niej ożywczych soków... Wszystko, co nie było z Jezusa, co nie było czerpaniem z Niego, wyschło. I wtedy serce - wyschnięte - zaczęło pękać... I kiedy już wyschło zupełnie, DOPIERO WTEDY możliwe było, by Bóg wziął je w posiadanie. I POKRUSZYŁ, pokruszył tak jak się kruszy zeschłą, spieczoną ziemię przed nawodnieniem (skruszenie, pokruszenie, konieczne jest, aby możliwe było nawodnienie, czyli przygotowanie na przyjęcie ŹRÓDŁA). To kruszenie bolało, bardzo bolało... Ale dopiero wtedy, pokruszone, całkiem już bezbronne, mogło przyjąć DAR - Bóg zaczął je nawadniać łaską, tak, jak On chciał, nie jak ja..., i w sposób, który On wybierał, nie ja...

Piątek, 7 listopada 2008

Moją siłą jest adoracja Najświętszego Sakramentu. BYĆ, być blisko Niego, w Nim - to jest moje pragnienie, moja tęsknota. To pragnienie to wołanie Jezusa we mnie, to Jego "tęsknienie" we mnie. To On mnie pragnie, to On chce obdarowywać... Czasem trzeba doświadczyć niemocy, pęknięcia,"wyschnięcia serca", aby zacząć tak naprawdę przyjmować dar obecności Jezusa... Adoracja uczy mnie PRZYJMOWANIA. Pokruszone serce nie ma już NIC do ofiarowania... Kiedy jestem przed Jezusem, kiedy nie umiem już mówić (i nie chcę już nic mówić...), wówczas odkrywam, że On chce, bym PRZYJMOWAŁA. Tylko PRZYJMOWAŁA. Kiedy trwam przed Nim, kiedy JESTEM, i tylko jestem, ogarnia mnie wewnętrzna łagodność, pokój i PEWNOŚĆ, że On mnie "nawadnia", w szczeliny serca, powstałe po popękaniu, wprowadza wodę żywą...

Sobota, 8 listopada 2008

Medytowałam dziś to wydarzenie, gdy setnik zaczął prosić Jezusa, by uzdrowił jego sługę; mówił: "...wystarczy tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie". A ja Mu mówię: "Panie, wystarczy tylko Twoje SPOJRZENIE, a odzyskam zdrowie, nawet nie trzeba słów, tylko spojrzenie...". Tak dzieje się podczas adorowania Pana w Najświętszym Sakramencie. To szczególny czas - patrzenia na siebie... Jego spojrzenie leczy..., Jego spojrzenie koi..., Jego spojrzenie umacnia..., Jego spojrzenie zabliźnia rany... Pozwolić, by Jezus patrzył na mnie, we mnie - gdy adoruję Go, dokonuje się moje uzdrawianie, "napromieniowanie" miłością Jezusa. Odczuwam to w głębinach mojego "jestem". Wierzę. Ufam.

Nie umiem już żyć bez adoracji, nie umiem już żyć bez Jego spojrzenia... Tak trudno o tym pisać, tak trudno... Bo jak opisać ciszę, w której "dzieje się" czułość, intymność, dotyk, patrzenie - miłość po prostu...Jak opisać?


« poprzednia -   1  2  3  4   - następna »


Liczba wyświetleń strony: 9447369 * Liczba gości online: 18 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-24
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC