MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Zapiski siostry

Środa, 1 października 2008

Noc. Październikowa, pachnąca ciepłym deszczem i lasem. Rozrzutna - cała w gwiazdach. Nieobjęta. Fioletowa. Cudna... Patrzę w morze gwiazd. Myślę o wierności... Być wiernym - to być wytrwałym. Nie oznacza to wolności od upadków, od błędów, od pęknięć w "stwarzaniu więzów". Może te pęknięcia w "stwarzaniu więzów" są potrzebne, abyśmy dojrzewali do wierności? Najważniejsza jest wytrwałość, podążanie ku miłości, konsekwentne, pomimo różnych "odchodzeń", zagubień, ran, upadków... I tę WYTRWAŁOŚĆ nazywam wiernością. Nie doskonałość, nie wolność od błędów, ale wytrwałość w miłowaniu. Wiernym jest nie tyle ten, kto jest silny, ale kto jest wytrwały. W wierności najbardziej wzruszające są powroty...

Czwartek, 2 października 2008

Nic nie jest tak piękne w życiu, jak trud POZNAWANIA człowieka. Zawsze myślałam, że - aby prawdziwie pokochać drugiego człowieka - trzeba go zrozumieć... I starałam się przede wszystkim ROZUMIEĆ... A dziś, nieoczekiwanie, podczas rozmowy, nagłego wzruszenia, niespodziewanego zdziwienia INNOŚCIĄ przyjaciela, uświadomiłam sobie, że nie chodzi o to, aby rozumieć, ale aby PRZYJĄĆ. Przyjąć razem z tajemnicą, z tym, co niezrozumiałe dla mnie, tak inne, czasem trudne... Nasza inność jest naszą tajemnicą... Gdy próbujemy ją "wytłumaczyć", wyjaśnić, zrozumieć, odzieramy ją z piękna. Tajemnicy nie można posiąść, tak jak "posiada się" wiedzę, trzeba ją po prostu przyjąć. Powoli, bardzo powoli, uczę się PRZYJMOWANIA, i odnajduję w tym radość, radość wolności.

Piątek, 3 października 2008

Jesień coraz bardziej wtula się w ciepłe brązy, w ramiona drzew. Lubię poranki, kiedy jeszcze świat jest senny, kiedy jeszcze nie „słychać” zaśpieszenia. Potrzebuję tej porannej ciszy, kontemplacji, zapatrzenia. Potrzebuję takich poranków, aby żyć uważnie, aby nie przeoczyć piękna, aby smakować każdego dnia możliwą, naprawdę możliwą!, pełnię.

Zamyśliłam się nad słowami C.S. Lewisa; kiedyś, rozmawiając ze swoim studentem o literaturze, o dojmującej wręcz potrzebie czytania, powiedział: „Czytamy dlatego, aby wiedzieć, że nie jesteśmy sami…”.

Jest w nas jakiś głód za jednią z drugim człowiekiem, za jednią na różnych poziomach, za jednią w myśleniu, odczuwaniu, postrzeganiu… Czasami, gdy ten głód mnie przeszywa aż do bólu, wydaje mi się, że jest on tylko mój, że to jakaś tylko moja przypadłość, nadwrażliwość. I jakie niezwykłe to doświadczenie, gdy zdumiona widzę, że to nie tylko „moje”, że inni też to czują, że też o tym piszą (przecież literatura piękna rodzi się z życia..., gdy jest tylko sztuką dla sztuki, gdy jest tylko wirtuozerią, nie jest już PIĘKNA..., nie porusza serca), że też za tym tęsknią. Odczuwam wówczas przedziwną wspólnotę losu z innymi… Wzruszenie, że jesteśmy tak bardzo podobni w przeżywaniu naszego człowieczeństwa… W naszych ludzkich tęsknotach, pragnieniach, oczekiwaniach…

Sobota, 4 października 2008

Najwięcej ciszy jest w moich wczesnych rankach i późnych wieczorach, kiedy – zmęczona już całodzienną pracą, walką z czasem – mogę nareszcie wpatrywać się w Jego serce. Tak odpoczywam. To jest moja modlitwa, gdy różne zmęczenia (fizyczne, czasem psychiczne, emocjonalne) nie pozwalają na nic więcej. Wystarczy tylko BYĆ. Trwać. Adorować „Najpiękniejszego z synów ludzkich”. Wpatrywać się. Wierzyć w Obecność. Adoracja jest jak położenie głowy na ramieniu przyjaciela: nie trzeba nic mówić, nie trzeba nawet czynić żadnych gestów, wystarczy BYĆ. Bliskość rodzi się z obecności.

Niedziela, 5 października 2008

Czasami zmęczenie mnie pokonuje; są takie dni, gdy wydaje mi się, że NIC w nich nie ma, są jałowe, nieudane, źle przeżyte... Odczuwam wówczas frustrację, smutek, niechęć do samej siebie. Odkryciem dla mnie były czyjeś słowa, zdawałoby się - tak oczywiste: "Żyj ofiarowaniem". I wtedy - coś się zmieniło w moim przeżywaniu: to, co oddaję Bogu, moje życie, a więc także to, co nędzne, nieudane, obolałe - nie musi być szlachetne, WYSTARCZY, aby było ofiarowane. Zamiast więc ofiarować dzień "doskonały", ofiaruję Mu dzień godny pożałowania (taki, jaki jest) - nie jest najważniejsze, jaki jest, ważne jest to, aby go OFIAROWAĆ.

Poniedziałek, 6 października 2008

„Tam, gdzie jest miłość, nie ma lęku, gdyż doskonała miłość odrzuca lęk…” (1 J 4, 18). Kochając, jesteśmy najbardziej podatni na zranienie… Być może dlatego tyle w nas lęku przed bliskością, tyle niepewności, wycofywania się w bezpieczny dystans… Gdy zaczynamy kochać, odzywają się w nas dawne rany (często jest to niezależne od naszej woli), które ostrzegają przed bliskością. Wspomnienia dawnych ran, te blizny na sercu, nie pozwalają na odwagę zaryzykowania „oswojenia”, utrudniają „stwarzanie więzów”… Potrzeba wiele czasu, czułej cierpliwości i wspólnego trwania w ciszy, aby serce wyprowadziło nasze rany na zewnątrz… Co to znaczy? Jeżeli zostaliśmy kiedykolwiek zranieni w najbardziej czułym miejscu serca – w miłości, bliskości – wówczas te miejsca stają się niejako grobowcem dla uczuć. I dopiero mądra miłość (Boga i człowieka, człowieka i Boga) – cierpliwa, bezwarunkowa, delikatna – wyprowadza na zewnątrz nasze rany, abyśmy stawali się coraz bardziej wolni, zdolni do ponownego „stwarzania więzów”. Bo uzdrowienie to nie uleczenie z ran, ale uczynienie wolnym wobec ran. Moje blizny na sercu będą nadal…, ale pomimo tych blizn możliwa będzie miłość, możliwa będzie bliskość, możliwy będzie trud „stwarzania więzów”, możliwe będzie „oswajanie”… Ale jak boleśnie się do tego dorasta… Wiem… Boję się jeszcze o tym mówić, ale przeczuwam, że rany naprawdę są błogosławieństwem... Bo dzięki nim (tak, DZIĘKI nim) serce się pogłębia...

Wtorek, 7 października 2008

Piękno człowieczeństwa jest WSTRZĄSAJĄCE. Tak jak wstrząsające jest cierpienie, jak miłość, jak turkusowy wschód słońca oglądany na wysokości 11 tysięcy metrów, w samolocie, nad granatowym Atlantykiem, samotnie..., gdy współpasażerowie śpią jeszcze, gdy przeszywa mnie świadomość, że w tej właśnie chwili uczestniczę w cudzie stwarzania..., że jestem świadkiem narodzin światłości dnia... Tak wstrząsająco piękny jest człowiek, jego głębiny, jego wzruszająca kruchość, jego podobieństwo do Boga... Tak wstrząsająco piękny jest jego trud dorastania do PEŁNI, jego wszystkie rany, te zamilczane i te wypłakane, błogosławione rany..., tak wstrząsająco piękne są jego tęsknoty, pragnienia, marzenia, nadzieje..., poprzez które Bóg otwiera jego serce, odnawia je i ożywia..., czyniąc podobnym do serca Syna Bożego...

Zejść w otchłań własnego człowieczeństwa, wytrzymać ogień i ciemność. Przeżyć to. I nie zwątpić. Dopiero (i tylko) wtedy będzie można coś pojąć z cudu Wcielenia...

Środa, 8 października 2008

Pulsują dziś we mnie słowa z wiersza księdza Szymika pt. "Vevey": "Bezradność wobec piękna. Czy da się oswoić?".


« poprzednia -   1  2  3  4   - następna »


Liczba wyświetleń strony: 9447378 * Liczba gości online: 16 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-24
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC