MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Zdrowie w doświadczeniu miłości



Zdrowie bierze swój początek w doświadczeniu miłości i możliwości obdarowania nią. Brak przejrzystości, szczerości w kontaktach z innymi, czynią nasze życie bezcelowym, a w konsekwencji popadamy w chorobę. Bez człowieka kochanego nie odczuwamy włączenia w radosny rytm życia. Kostniejemy, czujemy się wypaleni i marginalizowani, poszkodowani niedowierzający istniejącym skarbom ukrytym w naszej osobowości. Stajemy się paralitykami dochodząc do całkowitego zatracenia poczucia własnej ważności. Odkrywamy w sobie skłonność do nieakceptowania i pomniejszania siebie. Utrudnia to usłyszenie słów wypowiedzianych przez Jezusa: "Ja nie jestem sam, bo Ojciec jest ze Mną". Jezus daje nam drugą osobę, abyśmy nauczyli się kochać Jego. Przez miłość do człowieka wchodzimy w doświadczenie miłości Boga.

Zasłuchanie się w to, co mówi Pan może uczynić nas wolnymi od świata. Możemy w nim żyć, nie należąc do niego. Przeżywając prawdę o byciu umiłowanym dzieckiem Boga, które jest kochane miłością bezwarunkową, jesteśmy w stanie nawiązać z naszym otoczeniem zdrową relację, bez umizgiwania się i szukania nieustannego pocieszania.

Paralityk ujawnia ból pozostawania w tyle, o krok bycia spóźnionym do osiągnięcia upragnionego celu. Nie godzi się z tym, że inni są szybsi, są bliżej rozwiązań dających im zdrowie, uwalniających od cierpienia. Osiągnięcia najbliższych nam osób mają paraliżujący wpływ na nasze zamiary. Poddajemy się zniechęceniu. Miejsce kolejne nie jest na naszą miarę, na oczekiwania, które są jedyną potrzebą. Spotkałem znajomego, który popadł w depresję. Jedną z przyczyn choroby był opór przed podjęciem innej pracy. Wyobrażał sobie, że jest dobry w tym, co robi. Konieczna zmiana, która zaistniała wbrew jego oczekiwaniom doprowadziła do wielkiego cierpienia. Poddał się. Nie widział siebie w innym miejscu. Uwał, że jest dobry w tym, co robił przez ponad dwadzieścia lat. Nieumiejętność dostosowania się do zmieniających się warunku sprawia, że przez zmarginalizowanie nas samych, odchodzimy w niepamięć osób, na których bardzo nam zależało.

Wyobrażamy sobie, że potrzebny jest człowiek jako lekarstwo na wiele naszych schorzeń. Tymczasem Jezus odsłania inne spojrzenie na tajemnicę człowieka chromego. Potrzebował miłości samego Boga. Ujawniała się ona w radykalnym poleceniu: "Wstań, weź swoje łoże i chodź!" Skończmy z rozczulaniem się nad sobą, wydaje się mówić Jezus. Trzeba wstać mimo odczuwanej głęboko w sobie atmosfery rezygnacji, lęku i tego wszystkiego, co komplikuje nasze życie. Należy zabrać ze sobą łóżko, będące symbolem paraliżu, niepewności i skrępowania chorego. Pójście swoją drogą jest możliwe, gdy zabierzemy także naszą niepewność i zahamowania. Nie sposób uwolnić się od całego skrępowania, jakie determinuje nasze istnienie. Nie na tym polega zdrowienie. Nowe spojrzenie polegać będzie na tym, że to, co było naszym ograniczeniem dla rozwoju, niepewnością i oporem zaczniemy traktować w sposób nowy.

To, co dotychczas utrudniało nam życie możemy przemienić, współpracując z Jezusem, w siłę wspomagającą nasze zdrowie cielesne i duchowe. Patrząc w siebie jesteśmy zdolni nawiązać łączność z tym, co jest w nas chrome, skrzywdzone, upośledzone, czyli z tym wszystkim, co powoduje, że nie ma we mnie woli życia. Rozmawiając z chorą rzeczywistością we mnie nie powinienem ulegać jej presji i narzekaniom. Chore miejsca we mnie, w mojej duszy, w emocjach mogą dopuszczać się manipulacji. Wiedza o tym jest niezbędna. Będąc świadomemu siebie jestem zdolny usłyszeć słowa Jezusa i podjąć się ich realizacji: "Wstań, weź swoje łoże i chodź!"

Nasza wolność w odniesieniu do świata daje nam możliwość mówienia również wtedy, gdy nikt słów moich nie chce przyjąć. Mogę robić wiele rzeczy, podejmować się różnych działań również w sytuacji, gdy to, co robię, jest ostro krytykowane, podchodzi się do tego z kpiną, a nawet twierdzą niektórzy, że jest to nikomu niepotrzebne. Czymś koniecznym wydaje się być uwolnienie się od niezdrowych zależności. Gdy kogoś nie ma blisko mnie, nie muszę wpadać w popłoch. Powoli w miarę upływu lat oraz radosnych i bolesnych doświadczeń uczymy się patrzeć na świat z perspektywy Boga. Naprawdę, tylko On jest konieczny.

Łatwo nas wykorzystać i nami manipulować w sytuacji, gdy nie wierzymy w siebie, jesteśmy bojaźliwi i nie aprobujemy siebie. Ponadto warto i o tym pamiętać, że tam, gdzie są powody do rozgoryczenia, tam też są powody do wdzięczności. Trzeba jedynie wybrać, podjąć decyzję. Decydujemy o tym, czy będziemy rozgoryczeni, czy wdzięczni. Decydując się na wdzięczność dostrzegamy coraz więcej powodów do jej wyrażania. Za jedną wdzięcznością postępuje następna, podobnie jak za jednym aktem miłości, wyłania się następny.

Jeśli nasza uwaga zbyt często koncentruje się na tym, co ciemne w przeżyciach, możemy odczuwać, iż żyjemy w ciemnościach. Podkreślanie w swoim myśleniu i rozmowach jasnych, pogodnych wydarzeń życia doprowadzi do tego, że będzie z nas emanowała światłość. To my sami decydujemy o tym, w którą stronę pochylamy swoje życie. "Największą przeszkodą dla Ducha Świętego jest to, że sami sobie wmawiamy, że jesteśmy bezużyteczni, że jesteśmy niczym" (H. Nouwen, Jedyne, czego nam trzeba, Kraków 2005, s.84).

Będąc z innymi trzeba uczyć się dostrzegać, że to jest wartość. Warto podjąć ryzyko zaufania innym. Zaufanie jest ujawnieniem w nas siły miłości, a tym samym siły naszego zdrowia wewnętrznego. Przy udziale zaufania uzyskujemy pomysł na życie zdrowe z innymi. Nasze przekonanie do człowieka wzrasta wraz z uwalnianiem się od podejrzliwości, niechęci i "trzymania się z daleka". Potrzebujemy pragnienia zaufania podobnie jak pragnienia kochania. Odwaga podjęcia nowego życia łączy się z tym, czy posiadamy nową wyobraźnię o nim, nowy pomysł, nowe spojrzenie na nie. Bóg udziela naszej duszy natchnień. W nich jest zawarty projekt, pomysł na życie twórcze, szalone, w którym istnieje konieczność podejmowania ryzyka. Ryzyko zawiera się w uwierzeniu Jezusowi. Ryzyko jest obecne, jako warunek pięknego i wartościowego życia, w uwierzeniu człowiekowi.

Kiedy staną się dla mnie najważniejsze sprawy Jezusa, odkryję człowieka i potrzebę "tracenia czasu" właśnie dla niego. Gdzie pojawiają się drobne gesty miłości, odczuwamy chęć życia będącą odczuciem naszego wewnętrznego zdrowia. Jestem dla innych. Radością jest dla mnie to, kiedy mogę być dla innych. Powiadają niektórzy, że musisz pamiętać o sobie, o planowaniu czasu na własne potrzeby, lekturę, odpoczynek, modlitwę. Nie jest to myślenie budzące wątpliwości. "Chociaż miłości nie da się pogodzić z wykorzystywaniem osoby ukochanej dla zaspokojenia własnych potrzeb, nie wynika z tego, że miłość musi być zupełnie i wyłącznie altruistyczna i pełna poświęcenia. Na miano miłości nie zasługuje też takie uczucie, które nie żąda niczego dla siebie" (K. Horney, Neurotyczna osobowość naszych czasów, Poznań 1993, s.89-90).

Dostrzegamy rzecz niezwykłą, iż dając, już otrzymujemy. To, czym dzielimy się z naszymi braćmi i siostrami spływa na nas w stokrotnym obdarowaniu. Gdy to, co dajemy jest miłością, jesteśmy zdrowsi. Jednym z przejawów miłości jest szacunek do człowieka. Pozwalamy mu być w naszej obecności. To on decyduje o tym, czy wpuści nas do własnego serca. Kiedy go słuchajmy, pozwalamy mu zaistnieć taki, jakim jest. Niech nazywa po swojemu własny ból i tęsknotę. Niech pragnie tego, co cieszy go od miesięcy, a może i lat. "Szacunek do człowieka to również wiara, że potrafi nam opowiedzieć swoimi słowami i gestem o własnym bólu i trosce" (M. Zioło, Obietnica otwartości, Poznań 2003, s.50).

Jesteśmy chorzy, gdy nie jesteśmy pojednani. Odczuwamy wtedy brak miłości. Pozbawiają nas życia ci, którzy nas nie kochają. Ale należy patrzeć i tak, że my pozbawiamy "tchnienia życia" tych, które oczekują naszej miłości, tęsknią za nią, wołają wylęknionym spojrzeniem, niedopowiedzianym słowem, krzykiem w powłoce smutku. Kiedy się poświęcamy innym, wychowujemy ich do poświęcania się. Poczujmy smak życia w takim wymiarze, w takim sposobie obecności. Odczuwając nad sobą "wyciągniętą rękę Boga" i chodząc drogami wierności, nie lękamy się zniszczenia przez człowieka, odebrania nam radości życia zanurzonego w Bogu. Wszelkie przeciwności przychodzące na nas możemy i powinniśmy postrzegać jako zachętę do kochania. Każdy, kto nas atakuje, obraża, sądzi, usiłuje pozbawić nas dobrego imienia, nosi się z zamiarem głębokiego zranienia – jest człowiekiem wołającym o miłość, o życie. "Cechą charakteryzującą niezdolność do kochania /…/ jest lekceważenie potrzeb i pragnień drugiego człowieka, a także niemożność pogodzenia się z jego wadami czy nietypowością" (K. Horney, dz. cyt., s 91).

Możemy być pośrednikami między człowiekiem a Jezusem wtedy, kiedy nie odwzajemnimy jego agresji, lecz przyjmiemy na siebie jak "uderzenie w drugi policzek" dający nam prawo iść z nim dwa tysiące kroków, oddać mu nie tylko suknię, ale i płaszcz. Atakujący nas są ludźmi chorymi. Nie potrafią mówić z szacunkiem, nie są zdolni do cierpliwego czekania i słuchania, mają świadomość, że drugi, gdy mówi, poucza. Dlatego przelewają się w słowach będących dla nich pogrzebaniem wewnętrznego pokoju. Wielość słów jest zwiastunem zagubienia, lękiem przed uświadomieniem sobie własnej choroby. Stąd ucieczka od błogosławionej ciszy wprowadzającej nas w nasze serce.

Ciągła potrzeba bycia z kimś, bez równoczesnej nieumiejętności przebywania z sobą samym sprawia, że nie posiadamy rozeznania w pragnieniach, jakie przepływają przez nasze serce. A to "Miłość Boga rozlewa się w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany". Mieć czas dla Ducha Świętego, to mieć czas na Jego wielbienie w sobie. Jestem świątynią, do której mogę wchodzić, aby adorować mojego Boga. Zdrowie człowieka ma swoje źródło w adoracji Boga. Potrzeba "wczuwania" się w Jezusa. Odczytujemy Boga, bliskiego nam człowieka, ale i siebie samych przez wczuwanie. Otulamy siebie czułością delikatną. Pozwalamy, aby ujawniło się w nas to wszystko, co jest nieczułe, brutalne, wypełnione strachem, złością i gniewem. Okazując sobie czułość nie tylko doznajemy uzdrowienia naszych uczuć i ducha, ale i poznajemy siebie. Z człowieka po dotknięciu wyłaniają się reakcje, których jest najwięcej w sercu. I nie można ich ukryć za parawanem słów. Nie jesteśmy zdolni maskować serca wyuczonymi minami, pojawiającymi się automatycznie w zależności od sytuacji. Gdzieś podskórnie czai się lęk, niepewność, obawa o to, że ktoś odkryje naszą grę. Powrót do szczerości, do czułości i przyjaźni jest powrotem do zdrowia. Bowiem one, między innymi, odsłaniają serce, które kocha. Ks. Jan Twardowski napisał:
"Jest miłość trudna
jak sól czy po prostu kamień do zjedzenia
jest przewidująca
taka co grób zamawia wciąż na dwie osoby
niedokładna jak uczeń co czyta po łebkach
jest cienka jak opłatek bo wewnątrz wzruszenie
jest miłość wariatka egoistka gapa
jak jesień lekko chora z księżycem kłamczuchem
jest miłość co była ciałem, a stała się duchem
i ta co nie odejdzie – bo znów niemożliwa"
(Ja ksiądz wędrujący, Warszawa-Rzeszów 2002, Jesteśmy.157-158)

Liczba wyświetleń strony: 10658855 * Liczba gości online: 33 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-18
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC