MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Żyć w świecie realnym



Kim mógł być człowiek znad Sadzawki Betesda? Dlaczego znalazł się w "Domu miłosierdzia"? Chromymi wewnętrznie stają się niemiłosierni, pozbawieni współczucia, nieszukający dróg przebaczania i pojednania, narzucający innym swoje zdanie. To ludzie, którzy zamknęli oczy na rzeczywistość i w taki sposób dystansujący się do życia, jakie jest. Nie żyją w rzeczywistości realnej, lecz przez siebie wymyślonej, czyli takiej, jaką powinna ona być, aby chcieli w niej żyć.

Może paraliżować nas strach lub tłumienie pragnień i potrzeb, szczególnie tych, które jesteśmy zdolni bardzo szybko naznaczać znamieniem grzechu. Nosimy w sobie umiejętność "pomagania" w sposób chory. Aby nie ulegać wewnętrznym zahamowaniom emocjonalnym i duchowym powinniśmy wypowiadać to, co jest dla nas trudne. Powiernikami naszych zwierzeń, otwarcia serca winni być przyjaciele, osoby dobrze na nas wrażliwe. Należy unikać "mistrzów" gorszenia się, bezsensownego dziwienia, moralizowania, upominania, wypowiadania strofujących uwag, straszenia, a także tych, którzy do zagadnień religijnych, moralnych czy duchowych podchodzą z fanatyzmem.

Jest w nas obawa, aby nie zawieść tych, którzy nam zaufali. Troską naszą jest wierność. Prosimy Boga, aby nas takimi uczynił. Czuwamy nad tym, co Bogu jest w nas miłe, wyrażając wdzięczność i radość. Nie może nas jednak opuszczać świadomość, że błędy są wliczone w całość ludzkiego życia. Problemem nie są nasze błędy, lecz to, co z nimi robimy, jak również, co one w nas i z nami dokonują. Uczymy się na błędach. Poznajemy obszary naszej osobowości, do których nie dotarła zachęta życia w "duchu i prawdzie".

Życie w świecie realnym daje odczucie spokoju, wolności od lęku. Ciągła pogoń za tym, aby czuć się wielkim, ważnym i majętnym jest obsesją wielu ludzi. Pogoń jest znakiem tego, że uciekamy z tego, co jest, kim jesteśmy, co posiadamy, aby osiągnąć inną rzeczywistość. Nie jest to błędne podejście do życia, ale na zasadzie rozwoju, nie zaś "wyścigu szczurów".

Nie mogąc poradzić sobie ze wszechobecnym lękiem, pędzimy w poszukiwaniu miłości. Jak mówi K. Horney "Pogoń za miłością to jeden z często stosowanych w naszej kulturze sposobów łagodzenia lęku" (Neurotyczna osobowość naszych czasów, Poznań 1993, s.133). Za wszelką cenę usiłujemy zdominować lęk, a nawet całkowicie wyeliminować go z naszego życia. Uważamy, że należy nam się pomoc, bez względu na to, jak traktujemy tych, którzy nam ją świadczą. Sądzimy, że jesteśmy osobami bez zarzutu, stąd wszelkie uszczypliwe uwagi pod naszym adresem postrzegamy jako brak kultury, a nawet cynizm i brak poczucia realizmu.

Posiadający wyidealizowany obraz samych siebie są tymi, którzy żyją w świecie nierealnym. Nie dostrzegamy, że przypisujemy sobie cechy, których nie posiadamy i zasługi, które w żaden sposób nie należą do nas. Arogancja człowieka pozwala nam odkryć, że jest to ktoś żyjący poza rzeczywistością. Będąc oderwanymi od życia, stajemy się bezbronnymi wobec otaczającej nas rzeczywistości. Chcąc przetrwać w swoim nierealnym świecie czynimy wszystko, aby zdobyć uznanie i akceptację. Uznajemy, że nie ma potrzeby weryfikacji przez naszych bliskich obrazu nas samych, ponieważ nie odczuwamy potrzeby potwierdzania wartości, którymi się w naszym życiu kierujemy. Jesteśmy zaskoczeni, gdy inni tego nie widzą. Czujemy się oburzeni, kiedy kwestionuje się nasze zasługi.

Istnieje nagląca konieczność przejścia od życia w świecie nierealnym, to znaczy – świecie iluzji, do życia rzeczywistości, która choć bolesna, może doprowadzić do uzdrowienia nas samych i relacji z innymi. Konieczna jest zgoda na to, co jest, aby można było spojrzeć z nadzieją na to, co może przyjść. Chorobowym zachowaniem jest idealizowanie siebie oraz innych. W tym większym stopniu patrzymy na innych w taki sposób, im bardziej męczy nas myśl, że pewne wzorce na "teraz" nie są dla nas osiągalne.

Pojawia się w nas tendencja do traktowania wysokich wymagań stawianych sobie i innym, jako rzeczywistych ideałów, którymi należy żyć. Nie wiemy, że stawiając sobie wygórowane zadania do spełnienia, weszliśmy na drogę perfekcjonizmu. Ideały, których nie jesteśmy zdolni urzeczywistnić w codzienności prowadzą nas do tego, że życie nasze będzie przeżywane statycznie, a nie dynamicznie. Pozbawieni jesteśmy zdolności twórczych, oddaleni od kreatywności życia, ponieważ pułap wymagań, jaki sobie narzuciliśmy sprawia, że nie tyle obraliśmy kierunek dochodzenia do ideałów, lecz zdecydowaliśmy się już żyć w takiej atmosferze, jakbyśmy je osiągnęli. Ideały są potrzebne jako czynnik inspirujący nas do rozwoju. Nie tyle mamy się w nie wpatrywać, lecz je urzeczywistniać, przekładając na prozę dnia codziennego. Bez nich nie mamy w sobie siły napędowej.

Ideały są konieczne jako propozycja drogi, którą powinniśmy iść. Nie można jednak ubrać się w konkretny ideał i stroić miny, jakbyśmy już byli przez niego przemienieni. Kiedy nosimy obraz wyidealizowany samych siebie, wyrządzamy sobie krzywdę, ponieważ, albo nie jesteśmy zdolni dostrzec naszych wad i niedostatków charakteru, albo potępiamy siebie za wady, z którymi przyszło nam się skonfrontować. Ideały rodzą w człowieku postawę pokory, natomiast nierzeczywisty obraz siebie samego przyczynia się do powstania zarozumiałości.

Dlaczego w taki sposób reagujemy na siebie? Przesadnie wierzymy we własne siły i przeceniamy wartość dokonanych osiągnięć. Zrażamy przez to osoby najbliższe, które trzymają się jak najdalej od nas i naszych problemów. Buta, pewność siebie, jaką prezentujemy prowadzi w konsekwencji do tego, że nie jesteśmy zdolni kierować własnym życiem, lecz pozwalamy się unosić na fali różnych wydarzeń. Zobaczmy sytuację, w której znalazł się paralityk. Być może zraził do siebie osoby najbliższe. Kiedy ich potrzebował, osób życzliwych zabrakło.

Wyidealizowane spojrzenie na siebie sprawia, że stajemy się ludźmi nieufnymi. Uważamy, że żyjemy w środowisku osób, którym nie możemy zaufać. Są oni w stanie nas upokorzyć, oszukać, pomówić. Jest w nas przeświadczenie, że jesteśmy ludźmi prawymi i szlachetnymi, uczciwymi i niezdolnymi uczynić komukolwiek krzywdę. Ci natomiast, z którymi, na co dzień żyjemy, nie są godni naszego zaufania. Towarzyszy nam mania nieustannego poruszania się z innymi. Z tego zestawiania się zawsze wychodzimy obronną ręką. Porównywanie się nie jest naszym wyborem, lecz wewnętrznym przymusem, koniecznością, która bierze swój początek w wyidealizowanym obrazie własnej osoby.

Nie chcąc żyć w świecie realnym, potrafimy nieustannie poszukiwać tego przemawia na naszą korzyść, równocześnie podnosząc na duchu, pokazujemy siebie samym sobie, jako bardziej wartościowych od innych. Z łatwością patrzymy na nasze nierealne wymagania stawiane innym, interpretując je jako wyraz naszej miłości do nich i odpowiedzialności. Naszą bezwzględność tłumaczymy koniecznością stawiania wymagań, aby inni się rozwijali. Nasz cynizm tłumaczymy potrzebą rozszyfrowania niektórych osób, które szczelnie przed nami zamknęły swoje serca. I to właśnie cynizm ma doprowadzić do otwarcia się człowieka i powiedzenia tego, co w sobie ukrywa.

Niechęć do życia w świecie realny ma i tą przyczynę, żeby górować nad innymi. Kontakt z własną rzeczywistością sprawia, że wielu z nas mówi o kłopotach, trudnościach, trudnościach, z którymi nie może sobie poradzić, namiętnościach, które doprowadzają go do zniechęcenia. Życie w wyidealizowanym patrzeniu na siebie zawiera potrzebę górowania nad innymi. "Pragnienie bycia lepszym od innych objawia się często chęcią pokonania ich" (K. Horney, Nasze wewnętrzne konflikty, Poznań 1994, s.103). Wydawać by się mogło, że człowiek taki jest szczęśliwy, dążący do doskonałości duchowej i moralnej, mogący być przykładem życia dla innych. Nic bardziej mylnego. Czuje się on bardzo często bezbronny i zagubiony. Uważa, że jest źle traktowany i niedoceniany, a przede wszystkim upokarzany. Inni się na nim nie poznali, ponieważ nie prezentują ani większego poziomu umysłowego, ani też odpowiedniej głębi życia duchowego. Człowiek taki za wszelką cenę musi innych poniżyć, aby samemu "poczuć się lepiej". Jest to doświadczanie nie tyle wartości, ile narastającej w nim rozpaczy i osamotnienia.

Sytuacja, w której znalazł się paralityk uwalnia go od dotychczasowych iluzji, tego, kim naprawdę jest. Jezus przez rozmowę z chorym, uwalnia go od jego zagubienia. Szukając ludzi, okazuje się, że nie szukamy ich, lecz tego, co w relacji do nich dla nas będzie najlepsze. Nie szukamy innych, ale siebie samych, a przez to tracimy więzi, na których naprawdę nam zależy. Więź z Bogiem i człowiekiem jest sprawą istotną, nie zaś to, co możemy od nich otrzymać.

Sytuacje dramatyczne, bolesne, będące wstrząsem psychicznym, duchowym mogą przywrócić nas życiu w świecie realnym. Przed Jezusem chromy nie może ukryć własnego paraliżu. Jego bliscy, znajomi nie mogli zobaczyć bezradności człowieka, który nie chciał, aby widzieli go w takim stanie. Wolał być sam w zagubieniu i bezwładności. Człowiek chory był w Izraelu traktowany z szacunkiem. Często spotykamy opisy przedstawiające piękne zaangażowanie się zdrowych w dostarczenie chorego przed Jezusa. Jeśli my nie chcemy, inni nie będą trwali przy nas. Decydujemy o własnym życiu. Często nie mówimy wprost o tym, żeby ktoś odszedł i nie zajmował się nami, lecz poczucie wyższości nad innymi, nieumiejętność przyznania się do wad i błędów, zarozumiałość i pycha sprawiają, że eliminujemy z korzystnego dla nas wpływu na życie tych, którzy nas naprawdę kochają.

Chromy patrząc na Jezusa, który jedynie przy nim pozostał, dostrzega własną bezradność. Nie umiejąc patrzeć na ludzi, tracimy ich. Nie będąc zdolnymi słuchać ich, postrzegamy, że odeszli. Pomijając okazywanie innym naszych uczuć doświadczamy, że nie ma przy nas człowieka. Nie okazując uczuć, ciepła, czułości stajemy się wyobcowani ze środowiska, w którym żyjemy. Inni na nas nie czekają. Nie chcą jedynie oficjalności, załatwiania spraw, kompetencji, merytorycznego podchodzenia do życia. Bez uczuć, bez ich okazywania, nie ma w nas siły życia, nie ma kochania. To ci, którzy kochają, nie obawiają się życia takim, jakie ono jest. Emanując wewnętrznym ciepłem, dobrocią przyciągamy innych do siebie. Kapłan pozbawiony wewnętrznego ciepła, serdeczności, zrozumienia i troski o swoich parafian, nie stworzy wspólnoty wierzących.

Podobnie jak Bóg, my również patrzymy na serce. Tam, gdzie ono jest i żyje dla nas, tam idziemy, ponieważ dobrze się czujemy w bliskości z człowiekiem, który ma odwagę kochać i zdolny jest do oddania swoje życie w ręce drugiego przez dar przyjaźni.

W chromym znad sadzawki jest "ogromna potrzeba miłości i akceptacji, chęć, by ktoś się o niego zatroszczył, okazał mu zrozumienie i współczucie, by był troskliwy, dobry i kochający" (K. Horney, Nasze wewnętrzne konflikty, Poznań 1994, s.107). Strach paraliżował go. Miał świadomość, że z powodu określonego stylu życia, pozostał sam. Nie ma ludzi, którzy by go podziwiali, ale nie ma przede wszystkim tych, którzy pomogliby mu, aby stanął na własnych nogach. Jego pragnienie dojścia do sadzawki możemy odczytywać, jako pragnienie spotkania się z uzdrawiającym działaniem Boga. Wie, że jest chory i sam nie może sobie pomóc. Potrzebuje jednak do uzdrowienia pośredników. Są nimi osoby najbliższe. Zatem powrót do rzeczywistości ujawnia się przez dostrzeżenie własnego problemu, uznania go i pragnieniu zaradzenia paraliżowi.

Liczba wyświetleń strony: 10667966 * Liczba gości online: 22 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC