MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Nie tak miało być



Jesteśmy chorzy. Dolegliwości natury fizycznej, duchowej, moralnej i psychicznej dotykają nas w różnym stopniu. Osiąganie zarówno dojrzałości psychicznej jak i duchowej łączy się w sposób nierozdzielny z cierpieniem. Możemy odnieść wrażenie, że postrzegamy zarówno siebie jak i innych w jedynej, możliwej prawdzie. Natłok oczekiwań wobec innych i ich niespełnienie powoduje mnóstwo konfliktów, na których upływa życie. Najczęściej nasza choroba w wymiarze moralnym, duchowym i emocjonalnym odnosi się do ślepoty i paraliżu.

Paralityk czuje się pokrzywdzony, ponieważ inni czują się dobrze. Nawet chorzy, którym ktoś pomoże, są w stanie dotrzeć do sadzawki wraz z poruszeniem się w niej wody. Przy nim zaś nie ma nikogo. Dlaczego nie jest dostrzeżony? Dlaczego nie może tej sytuacji sam zaradzić? Dlaczego jego sytuacja jest zła, a inni mają się o wiele lepiej? Nie chcemy chorować, nie chcemy doświadczać braków, biedy moralnej, materialnej, emocjonalnej czy duchowej.

Chcemy wszystkim pomóc, ale nie dostrzegamy, że to nam najbardziej jest potrzebna pomoc. Usiłujemy wypełniać marzenia innych, a o własnych marzeniach zapominamy, nie mówiąc tym, którzy nas kochają. Jesteśmy w każdej chwili do dyspozycji, gdy trzeba komuś coś załatwić, przynieść, przy kimś posiedzieć, lecz w tym wszystkim doświadczamy, że nie spełniamy się. To dobro, które wykonujemy nie daje nam oczekiwanej satysfakcji. Nosimy w sobie problemy innych, a własnych choćby jednym palcem nie dotykamy. Stąd nigdzie nie czujemy się na swoim miejscu. Odczuwamy obcość, nudę i stratę czasu wobec realizowanego stylu życia.

Jest w nas paraliżujące odczuwanie niespełnienia. Dobro wykonywane przez nas budzi podziw u znajomych i przyjaciół, a my odczuwamy frustrację i znudzenie. Czy to wszystko ma sens? A jeśli tak, to jaki? Mamy potrzebę zobaczenia wartości i znaczenia dla innych tego, co robimy. Jesteśmy wszędzie potrzebni, zapraszani, podziwiani. W pewnej chwili rodzi się w nas myśl o tym, czy nie jesteśmy manipulowani, wykorzystywani, a nawet wyzyskiwani. To, czego bardzo chcemy i za czym tęskni nasze serce, to odnalezienie tego, co naprawdę ważne, istotne i pierwsze. Pragnienie pozostawania ze sobą, z własnymi myślami i odczuciami, w odosobnieniu, aby przyszedł ktoś, kto dostrzeże nas, jako nas, i nie tyle będzie znowu czegoś chciał, ale wejdzie w nas czas ze swoim pokojem serca. Chcemy drugiego, by jego obecność i wysłuchanie mogły nas uzdrowić.

Zgromadzeni nad sadzawką Betesdą przebywali w Domu Miłosierdzia. Ludzkie niewidzenie, paraliż, namiętności przeobrażające się w nałogi objęte są Bożą litością, Jego współczuciem. Nie dostrzegamy Boga, który przyszedł na ziemię dla słabych, chorych i źle się mających. Mamy wielkie aspiracje. Chcielibyśmy być wydajni, atrakcyjni, poszukiwani przez innych, oczekiwani, tymi, których inni się radzą, słuchają, o których zawsze życzliwie i z uznaniem mówią. Tymczasem nie spełniają się nasze rozbudowane do przesady oczekiwania, a w ich miejsce pojawia się samotność, poczucie odizolowania, tęsknota za człowiekiem i przyjaźnią, stałym związkiem z odpowiednią dla mnie osobą. Stan taki potęguje pojawiająca się nuda, uczucie pustki i przygnębienia, a ponadto głębokie poczucie własnej bezużyteczności.

Moralne i duchowe ubóstwo najpełniej obrazuje stan ludzi posiadających bogactwo, szukających uznania, pędzących za sukcesem, popularnością i władzą. Nie mam na myśli władzy w znaczeniu struktur samorządowych czy państwowych, lecz o władzy nad innymi w małżeństwie, rodzinie, w środowisku pracy, we wspólnocie kapłańskiej czy zakonnej. Potrafimy chorować z powodu bolesnego braku znaczenia własnej osoby. Problemy moralne i duchowe zostawiamy na uboczu starając się przede wszystkim rozwinąć sprawy bieżące, które według nas, nie powinny czekać. W sytuacji osamotnienia nie zauważamy, gdy wpadamy w rygory męczących przyjaźni i zaborczych objęć. Wydaje się nam, że istnieje możliwość życia bez cierpienia, relacji z innymi, które będą pozbawiały bólu, niepewności i frustrujących rozczarowań. Relacje, w których oczekujemy powrotu odczuwania pokoju bardzo szybko kończą się wprowadzając nas w głębszy niż dotychczas niepokój. Cierpimy, gdyż nie chcemy uznać, że świat, o jakim myślimy, czyli bez bólu, bez cierpienia, osamotnienia, doświadczania niepokoju i konfliktów nie istnieje.

Wchodzimy w stan wewnętrznego paraliżu, ponieważ mąż czy żona, dzieci lub przyjaciele, wspólnota, znajomi nie są w stanie spełnić naszych pragnień, byśmy mogli doświadczać niezamąconej niczym jedności. Nakładamy na innych własne, pobożne życzenia, nie będąc do końca świadomymi. Tym samym uniemożliwiamy narodziny przyjaźni. W niej nie może być miejsca na przylgnięcie do siebie. Miłość i przyjaźń potrzebują wolności tych, którzy w nie wchodzą. Ujawnia ona swą obecność przez to, że jesteśmy zbliżać do siebie i od siebie oddalać.

Pozbawiamy się świadomie tego, co cenimy sobie w życiu, aby innym dotrzymać kroku. Chodzi o tych, którzy wybrali życie jałowe, letnie, bez wyrazu. Nie potrafimy wyrwać się z zaklętego koła uzależnienia od innych. Pojawia się w nas tendencja równania w dół, a nie w górę. Troska o własny rozwój bywa źle widziana przez osoby nam bliskie. Pojawiają się zarzuty o chęci wyróżnienia się, bycia ponad, próbie zdominowania innych. Odczuwamy uzależnienie od człowieka w tak wielkim stopniu, jakbyśmy byli czyjąś własnością. Gdy kogoś potrzebujemy, nie znajdujemy oparcia. Nie mamy człowieka, który by współczuł nam, doprowadził do lekarza, zrobił herbatę, kupił świeże pieczywo.

Usiłujemy oskarżać się za nasze ograniczenia, nieumiejętność, nie radzenie sobie. Potrzebujemy zrozumienia, że przeżywanie różnych sprzeczności, kryzysów, osamotnienia jest normalne. Bojąc się mniej tego, co nas spotkało, umożliwiamy Jezusowi zbliżenie się do nas, do prawdy o nas. "Wyrzeczenie się złudzeń powoduje cierpienie, prawdziwe wewnętrzne rozdarcie, żałobę, bardzo głębokie oderwanie. Pierwszym złudzeniem (…) jest stworzony przez nas samych wyidealizowany obraz własnej osoby, za którym podążamy i którego w żadnym wypadku nie chcemy utracić" (S. Pacot, Droga wewnętrznego uzdrowienia, Poznań 2002, s.50). Uważaliśmy, że mamy przyjaciół, którzy nie opuszczą nas w biedzie. Tyle razy zapewniali nas o własnej przyjaźni. Przyszedł czas, kiedy trzeba skonfrontować się z deklaracjami innych. Ta konfrontacja owocuje w nas bólem i smutkiem. Coś musi człowieku pęknąć, ulec rozdarciu, doprowadzić do strat, których się nie spodziewał, aby mógł żyć naprawdę.

Wydaje się nam, że stanowimy dla innych tak wielką wartość, iż bez nas sobie nie poradzą. Oni nas potrzebują, wiec nie mogą nas opuścić. Ludzkie znajomości, przyjaźnie, nawet miłość drugiego była zawodna. Coś się kończy, ktoś odchodzi. Pozostajemy sami bez możliwości "wejścia do wody", czyli rozpoczęcia życia na nowo. Czujemy się sparaliżowani, odebrano nam możliwości normalnego poruszania się w myśleniu i odczuwaniu. Już nie wiemy, "kto jest, kto" i "co jest, co". Zatraciliśmy zdolność oceny tego, na kogo naprawdę możemy liczyć. To, co naszym zdaniem wydarzyć się nie powinno jest naszym dobrem. Ustawiliśmy życie po swojemu. Tak miało być. Czuliśmy, że jesteśmy panami samych siebie, naszych planów, wizji, a nawet ludzi nas otaczających.

Konieczne jest odejście bliskich nam osób, aby zobaczyć, że nasze budowanie dokonywało się na piasku. Odeszli ludzie, którzy tak naprawdę nigdy z człowiekiem znad sadzawki Betesdy nie byli. Przyjaciele nie odchodzą, choć doznają swoich słabości i upadków. Odchodzą ci, którzy nigdy nimi nie byli. Często nie chcemy, aby były blisko osoby mające problemy ze sobą. Usiłujemy dobierać sobie przyjaciół, którzy byliby naszą dumą, którymi moglibyśmy się pochwalić przed innymi. Kiedy potrzebujemy przyjaciół, nikt przy nas nie pozostaje, ponieważ jednych wyróżnialiśmy, a innymi wzgardziliśmy.

Mamy idealną wizję małżeństwa, rodziny, wspólnoty. Rozwijamy w sobie marzenia dystansując się do rzeczywistości, a nawet ją odrzucając. Możemy zostać uwięzieni w ideałach, które sami sobie tworzymy. Nie chcemy uznać, że nie mamy mocy stwarzania, lecz jesteśmy powołani, do przeżywania takiej rzeczywistości, jaką ona jest. Trzeba zgodzić się na to, że nasza sprawność, umiejętność poruszania się po ścieżkach życia duchowego czy moralnego jest ograniczona. Paralityk był nad sadzawką, lecz nie mógł do niej wejść. Nie mogli pomóc mu inni, ponieważ ich przy nim nie było. Był natomiast Jezus. Liczmy na człowieka, a przychodzi nasz Pan.

Nie umiemy przeżywać słabości, niepowodzeń, strat. "Rozczarowanie może być straszliwym przeżyciem, z którego wychodzimy zgorzkniali, sfrustrowani, niezdolni do okazywania zaufania. Ale może także stać się okazją do wewnętrznego pogłębienia, dojrzewania" (S. Pacot, Droga wewnętrznego uzdrowienia, dz. cyt., s.51). Nie możemy zostać pozbawionymi rozczarowań. Jest to jeden z istotnych czynników kształtujących naszą dojrzałość i moc wiary. Te i podobne doświadczenia wyzwalają w nas potrzebę, czy nawet konieczność skierowania się w inną stronę, na drodze poszukiwania rozwiązań. Skoro sparaliżowany nie mógł otrzymać pomocy ze strony ludzi, chętnie przyjmuje ofertę do bycia zdrowym od Jezusa. Nasze rozczarowania mogą nas doprowadzić do Boga.

Chcemy mieć to, co posiada drugi człowiek. Pragniemy być tym, kim jest ten, którego podziwiamy i który budzi uznanie w oczach innych. Nie można chcieć być doskonałych "za każdą cenę". Ona bowiem nie oznacza wolności od ograniczeń, postępowanie bezinteresowne wobec najbliższym nam osób. Trzeba nauczyć się żyć w własnymi ograniczeniami. Wielu ludzi stawia pytanie, w jaki sposób uwolnić się od praktyki onanizmu. Przez rozwój życia wewnętrznego, higienę psychiczną i dobre relacje z inni. Jeśli to nie pomaga, trzeba nauczyć się żyć z onanizmem. Nie można myśleć przede wszystkim o tym, że zawsze i we wszystkim moje wysiłki duchowe i moralne powinny zostać zwieńczone sukcesem. To, czego zmienić nie możemy, staramy się tak postępować, aby nasze istnienie emanowało radością, pięknem, świeżością, nie zaś wegetacją.

Słabość, nałóg, chorobę, zdradę osoby bliskiej, straty duchowe i moralne należy przeżywać. Wychodzi to nam raz lepiej, innym razem gorzej. Rzecz nie w tym, aby nam zawsze się podobało nasze życie i postępowanie. To jest ciągłe dążenie do postawy, w której chcemy się podobać Bogu. Miłymi Jemu stajemy się przez to, że postępujemy w prawdzie, w pokorze i prostocie serca. Trzeba przyjąć siebie z własnym paraliżem i nie szukać za wszelką cenę wsparcia i obecności innych osób. Idziemy w życie z "bagażem" większy lub mniejszym, które budzi w nas określone emocje.

Rezygnując z bycia "wszechmocnymi" wobec własnych uzależnień dajemy Wszechmocnemu przystęp do siebie. Wszystko jest darem Boga. O dar prosimy i cierpliwie oczekujemy, lecz najważniejszym darem jest On sam, Jego bliskość, Miłość, Jego Słowo. Gdy przywracamy Bogu właściwe Jemu miejsce w naszym życiu, stajemy się zdrowi. Nie leżymy ugorem, gdyż tym, który sieje, podlewa i zbiera plon obfity jest Duch Święty.

Naszym dramatem jest próba obycia się bez Boga, albo próba stanięcia na miejscu należącym do Niego. Tracąc dary Boga, doznajemy paraliżu i osamotnienia.

Konieczne jest zaakceptowanie przeszłości. Dokonuje się to, między innymi, przez rezygnację z jakiegokolwiek usprawiedliwiania siebie oraz innych. Chcieliśmy dobrze, mieliśmy ideały i pragnienie doskonalenia się, przyszło w tym wszystkim doświadczenie rozbicia wewnętrznego i do tego trzeba przyznać się przed sobą samym. Nie należy szukać przyczyn własnych upadków u innych. Usiłujemy wmawiać kobietom, dziewczętom to, że gdyby nas nie pociągały, "prowokowały", wówczas nie mielibyśmy określonych problemów. Jest to próba przeniesienia własnej winy na drugą osobę. Nie mamy odwagi uznać, że mamy problem z samym sobą, nie zaś one.

Liczba wyświetleń strony: 9444151 * Liczba gości online: 29 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC