MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Mówić o najgłębszych pragnieniach



Bartymeusz siedział przy drodze, lecz kiedy usłyszał, że Jezus chce by przyszedł do Niego, powstał. Od medytacji do działania. Od cierpienia do uzdrowienia. Od smutku i łez do radości i wielbienia Boga. Gdy został wezwany zrzucił płaszcz jaki nosił i przyszedł do Jezusa. Płaszcz był jego "domem", osłoną za którym mógł się ukryć, osłonić swoją biedę i wszystko to, co pod nim przechowywał dla własnego utrzymania. Żebrak zdecydowanie idący w stronę Jezusa wybiera nowy dom. Nie chce się już skrywać za czymkolwiek. Odsłaniając siebie przed Jezusem, wskazuje przed ludźmi na potrzebę życia w prawdzie, porzucenia czegoś, co było złudzeniem schronienia i mieszkania. Dopóki nie znajdziemy Jezusa, jesteśmy bezdomni.

Bartymeusz zaryzykował wyjście z własnego rowu, z dna, w którym się znalazł, z żebrania, na którym skoncentrowana była jego codzienność. Zrzucił z siebie to, co dawało mu poczucie bezpieczeństwa, chroniło przed zimnem, było jego małą, ale ważną przystanią. Idąc w stronę Jezusa "wypłynął w morze", wręcz rozpoczął chodzenie po nim, po niewiadomej. Jeśli próbujemy uniknąć jakiegokolwiek ryzyka zapewniając sobie różne gwarancje bezpieczeństwa, nasze życie może zostać złamane i skończyć możemy w piekle stworzonym przez samych siebie.

Nie ma życia, w którym nie byłoby narażania się na cierpienie. Bartymeusz słysząc wzywającego go Jezusa podejmuje ryzyko. Oddaje serce temu, którego głos usłyszał. Nie można odczuwać smaku życia, nie oddając nikomu serca, a tym samym, nie zdobywając się na ryzyko popełnienia błędu. Wielu z nas pragnąc zachować ulubione nawyki i wiele przyzwyczajeń, unika możliwych komplikacji, wycofując się w ten sposób z życia twórczego, dynamicznego, w którym jest miejsce zarówno na porażkę jak i na zwycięstwo. Nie podejmując ryzyka stajemy się ludźmi nieprzystępnymi, zamkniętymi w sobie, chorobliwie ostrożnymi. Nie ma możliwości całkowicie zabezpieczyć się przez ryzykiem, jakie każdy w życiu ponosi i przykrymi konsekwencjami, będącymi skutkiem ubocznym naszych zmagań.

Pamiętam rozmowę o miłości. Pewna kobieta próbowała mnie przekonać, że miłość do drugiego człowieka jest wielkim ryzykiem, ponieważ nie wiemy, z kim mamy do czynienia. Miłość łączy się z cierpieniem. Cóż, zatem? Kochać i cierpieć, czy też nie kochać i również, a może w większym stopniu doświadczać cierpienia? Miłość jest tym doświadczeniem, bez którego całe nasze życie możemy nazwać nieudane. Ona czyni sensownym każdy ludzki wysiłek. Ona motywuje do takich zachowań, do których nie jesteśmy zdolni, będąc jej pozbawieni. Nie odczuwając miłości do innych, nie potrafimy mądrze i z godnością przeżywać naszych strat, godząc się na nie. Bartymeusz postanowił wyjść z objęć dotychczasowego życia, zaryzykować, przeczuwając, że gdy uwolni się z dotychczasowych przyzwyczajeń wejdzie w obszar oddziaływania wolności. Jezus swoim wezwaniem zachęcił niewidomego do zaprzestania kontroli nad własnymi krokami i rozpoczęcia życia wiary.

"Co chcesz, abym ci uczynił? Panie, żebym przejrzał". Wyrażając osobiste, najgłębsze pragnienia, stajemy przed Bogiem. One nas niosą przed Jego Oblicze. Głębia pragnień przyzywa tego, który jest głębią Miłości i odpowiedzią na nie. Chcemy żyć według własnej logiki, ustalając porządek spraw, według których coś trzeba przeżyć i załatwić. Nasze życie nie należy do nas, nie jest naszą własnością. Nie mamy bardzo często wpływu na nasze myśli, emocje, wyobrażenia. To, co się w nas pojawia jest chwilą, nad którą nie mamy żadnej kontroli. Nie mamy wielkiego wpływu zarówno na siebie, jak i na innych. W jakimś momencie życia trzeba uznać, że nie zawsze musimy być w centrum uwagi innych, nie zawsze wiedzący, co powiedzieć, mający błyskotliwy humor na spotkaniach towarzyskich. Uczymy się przez doświadczenie własnych strat i wymykających się spod naszej kontroli namiętności, oddawania życia w ręce Boga. Uzmysławiamy sobie, że coś jest ważniejsze niż życie.

Bartymeusz nie pozwolił wejść w swoje życie ludziom, którzy zdążali za Jezusem. Usiłowali nim manipulować przez wyciszanie krzyku, jaki się z niego wydobywał. Bliskość Pana otwarła jego serce. Pragnął Boga, dlatego nie pozwolił uwieść się ludzkim słowom, perswazjom i manipulacji. Nie pozwolił na odebranie sobie możliwości świętowania bliskości Pana. Jego niecierpliwość była błogosławiona. Wiedział, czego bardzo chce. Przez lata cierpiał, śmiał się, płakał, drżał z zimna, przeżywał chwile głodu i upokorzenia od ludzi – wszystko dla tej chwili, w której Jezus przechodzi przez Jego życie, obszar jego ślepoty. Nadzieja pozwalała krzyczeć. Źle się czuł, gdy inni usiłowali skłonić go do czegoś, czego nie rozumiał, nie był przekonany. Chciał czynić coś, co sam uznawał za słuszne, choćby inni uważali to za absurdalne. Poczuł wolność, jak wiatr w żagle. Nie chciał był pouczanym, ponieważ odczuwał, że jest to manipulacja jego osobą.

Wiedział, że to jego czas, nadeszła jego godzina wykrzyczenia pragnień. Porywało go przeświadczenie o pewności i słuszności własnego zachowania. Bartymeusz daje prawo uciszającym go, nie rozumienia tego, o czym mówił. Idzie dalej nie rozważając ich sugestii. Tłum otaczający Jezusa wyrażał troskę o Nauczyciela. Nie było w nich agresji ani negacji potrzeb Bartymeusza. Są sytuacje, w których nie mamy wokół siebie przeciwników, ale ludzi przyjaźnie do nas nastawionych, których nie powinniśmy posłuchać. "Trzeba bardziej słuchać Boga, niż ludzi", mówi Jezus. Przyjdą chwile, w których trzeba płynąć pod prąd pragnień, potrzeb czy oczekiwań osób najbliższych. Nasze rozumienie rzeczywistości jest uwarunkowane osobistym doświadczeniem, bólem, cierpieniem i walką, którą toczymy. To, co dla innych jest nierozważne, nierozsądne zbyt pośpiesznie czynione, okazuje się wyborem słusznym, dokonanym w odpowiedniej chwili. Słuchajmy innych, lecz nie podążajmy zawsze za tym, co mówią.

Bartymeusz posłuchał Jezusa, który jedynie zaspokaja wszystkie potrzeby i pragnienia. To była miłość. Pozwolić na przystęp do siebie, gdy On wzywa. Ludzie dawali mu pożywienie. Sytuacja ta umożliwiała przetrwanie do następnego dnia. A potem znowu żebranie. To jednak było za mało. Jego cierpienie odnosiło się do życia duchowego. Potrzeby ciała są ważne, aby je zaspokoić. Głód jest cierpieniem człowieka. Ale wielki jest głód ludzkiego ducha. Wielkim dramatem jest brak pragnień duchowych, tęsknoty za czymś więcej niż chlebem, pieniądzem, pracą, poczuciem bezpieczeństwa. Bartymeusz był świadomy, że musi wypuścić z rąk to, co było dla niego cenne, aby otrzymać najcenniejsze. Chleb i pieniądze nie zaspokajały jego największego głodu. Nie chciał więcej gromadzić pod swoim płaszczem i udawać, że poradzi sobie z organizacją własnej przyszłości. Porzuca "finansowe bezpieczeństwo" dla zaspokojenia najgłębszych pragnień. Spodziewał się, że wydarzy się w jego życiu coś, czego nie był w stanie przewidzieć ani wyobrazić. Nie ma dla niego przyszłości bez Nauczyciela.

Można przypuszczać, że Bartymeusz nie pierwszy raz słyszał przechodzącego drogą Jezusa. Dotychczas nie reagował. Trwał jakimś wewnętrznym uśpieniu. Można bowiem przyzwyczaić się do rytmu dnia, którego nie chcemy zmieniać. Jest w nas silna presja, aby wiele spraw zostawić "po staremu". Niepokój odnoszący się do tego co nowe, nieznane, niesprawdzone każe nam wycofać się i zaniechać prób pójścia nową drogą. Powoli dojrzewamy do przyzwolenia na wewnętrzne przebudzenie. Nie możemy twierdzić, iż określone wydarzenia, zachowania czy porażki były zbędne. Jeśli takie jest nasze myślenie, oznacza to niewidzenie, iż Bóg z naszego zagubienia wyprowadza wolność.

Pozwolił Jezusowi uwolnić się od lęku o to, "co będzie potem". Wsłuchał się w słowa, "Co chcesz, abym ci uczynił?". Pytanie, w którym odczuł miłość pytającego. "Wszystko mogę ci dać, jeśli chcesz przyjąć, jeśli powiesz, co jest twoim głodem. W tym, co ode mnie otrzymasz, będę ja sam". Jezus otwiera serce Bartymeusza na otrzymywanie. Rozmowa ta jest niezwykłą modlitwą, w której Bóg pyta człowieka o pragnienia. Pytanie Jezusa jest dla niewidomego wskazaniem odnoszącym się do jego największej biedy.

W życiu i modlitwie i w wieczności jest pragnienie widzenia Boga. Nie możemy żyć bez Niego. Gdy nie mamy silnej więzi z Jezusem, świat, w którym żyjemy bardzo nas męczy. Wartość tego wszystkiego, na co patrzą nasze oczy i co słyszą nasze uszy i czego dotykamy ma znaczenie o tyle, o ile przez wiarę widzimy Jezusa będącego blisko. Wszystko to, na co patrzymy, czego słuchamy, czego dotykają nasze ręce jest cenne wtedy, gdy we wszystkim jest Jezus.

Bartymeusz nie jest pouczany o tym, jak powinien żyć, co zmienić, z czego zrezygnować. Nie otrzymuje umoralniających nauk, lecz pojawia się pytanie o to, co w nim jest najgłębsze. Pytając daje możliwość nazwania najgłębszego marzenia. Słuchając Jezusa odkrywamy najgłębsze nasze marzenia. Ich sprawcą jest Duch Święty. Nie podejmując pragnień Boga czujemy się ślepi i nadzy i nikomu na tej ziemi niepotrzebni.

"Co chcesz, abym ci uczynił? Panie, żebym widział". Oczy były uważane za źródło piękna, dlatego ślepotę traktowano jako wielkie kalectwo. Widzenie człowieka miało znaczenie duchowe. Łączyło się ze zrozumieniem, wglądem. Człowiek pozbawiony widzenia jest tym, który nie wyraża siebie, swoich emocji, zrozumienia lub braku danej sprawy, sympatii lub żalu. Oczy odsłaniają to, co jest w sercu (por. Słownik symboliki biblijnej, Warszawa 2003).

Lęk powoduje zamykanie oczu. Nie chcemy patrzeć na coś, czego się obawiamy, co będzie budziło przykre wspomnienia, wyobrażenia. Nie chcemy patrzeć na ludzi, którzy nas głęboko zranili. Nie chcemy słuchać, ponieważ słowa odtwarzają w naszej wyobraźni sceny naszych porażek. Zamknięcie oczu, niszczy człowieka. Wskazuje na uraz, jaki nosi w sobie, sprawy, których nie przebaczył, z którymi się nie pogodził. Pragnienie widzenia jest równoznaczne z potrzebą uwolnienia się od wszystkie, co trzyma nas w wewnętrznej ciemności. Otwierając oczy wyrażamy nasze głębokie pragnienie pojednania się z innymi, uznając przede wszystkim prawdę o tym, co doprowadziło do zamknięcia się na światło.

Celem otwarcia oczu jest kontemplacja, miłosne wpatrywanie się w Boga i Jego dzieła. Głód Boga i głód człowieka, właściwych relacji, otwiera nam oczy, a przede wszystkim serce. Jeśli mamy, przed kim wypowiedzieć swój żal, otwiera się dla nas nadzieja. Gdy nie ma nadziei, nie odczuwamy żalu. Jesteśmy zamknięci i zapiekli w swoim urazie. Bartymeusz odczuł żal, kiedy uświadomił sobie, że Jezus na niego czeka. Kiedy czeka na mnie osoba, którą skrzywdziłem, mam nadzieję, że ona na mnie czeka. Pojednać się można tam, gdzie mamy nadzieję pojednania.

Zamykając oczy na przeszłość, nie otwieramy ich tym samym na przyszłość. Jeśli nie jesteśmy pojednani z przeszłością, nie ma przed nami przyszłości. Gdy nie ma pojednania, nie ma uleczenia ran. Nieuleczone rany wskazują na zatrzymanie się człowieka w rozwoju. W rany Jezusa wkładamy to, co w nas umarło. Dzięki Jego ranom pojawia się w nas życie, Jego życie.

Bartymeusz był umarły, ale ożył. Nie mógł odrodzić się, ożyć, dzięki ludziom, których, na co dzień spotykał. Ożył dzięki Chrystusowym ranom. Został powołanym do życia przez Jego pragnienia. Łączymy się z Jezusem przez to, co nas zraniło, ale i przez to, czego zapragnęliśmy, a co jest zgodne z Jego "Pragnę" wypowiedziane na krzyżu. Najbardziej blisko jesteśmy z Jezusem i z ludźmi przez nasze rany i pragnienia. Kiedy przestajemy pragnąć, umieramy wewnętrznie. Przestać pragnąć to tyle, co utracić nadzieję, nie spodziewać się już niczego dobrego. Tracąc wiarę, tracimy też pragnienia płynące z wiary. Gdy nie mamy pragnień doświadczamy choroby. Brak pragnień powoduje chorobę. "Niemożność pragnienia prowadzi do pustki, rozpaczy i choroby. (R. May, Miłość i wola, Poznań 1998, s 222). Należy w sobie nieustannie pogłębiać pragnienia. To jest wyraz autentycznych dążeń człowieka, to jego rozwój, ale też proces wspomagający Boże uzdrawianie. On cieszy się naszymi pragnieniami, które umożliwiają jednoczenie się z Nim.

Liczba wyświetleń strony: 9500994 * Liczba gości online: 19 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-28
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC