MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Od użalania się do decyzji



Ludzie ze wszystkich stron mówili o tym, że Jezus nadchodzi. Bartymeusz usłyszał Jego głos. Jego przeżycia z ostatnich lat, doświadczone biedy, a przede wszystkim ślepota sprawiły, że skupił się na tym jednym głosie. To była szansa dla niego. Chciał skończyć z użalaniem się nad sobą. Traktowanie przez innych z litością i pobłażaniem, uwierało jego dumę. Usłyszenie Jezusa było jak otwarcie drzwi do nowego, radosnego życia. Poczuł w sobie pokój przenikający całe ciało, duszę, umysł, a przede wszystkim oczy. Przecież nic nie widział.

Dobrze mu było ze słowem, które dotarło do niego. Poczuł w nim ciepło i przyjaźń. Jezus przechodził coraz bliżej, cały czas mówiąc. Te słowa wchodziły miękko w jego doświadczenia, w lęki i niepokoje, poczucie winy i wstydu, w chciwość i gniew, w marzenia i wyobrażenia. Miał przyjaciół i wrogów. Odniósł wrażenie, że Jezus mówił tylko do niego znając jego życie. Usiłował ukryć się z częścią tego wszystkiego, co nie było na pokaz, również dla Boga. Był niepogodzony z własną przeszłością. Słowa Jezusa bolały go, ale i niosły pocieszenie, jakiego usilnie potrzebował. Nigdy jeszcze nikt do niego w ten sposób nie mówił. Miał wrażenie, że Jezus go zna. Przenikał jego życie, delikatnie dotykając swoim słowem poszczególne wydarzenia, a przede wszystkim bolesne miejsca w nim samym. Bartymeusz odczuwał światło i ciepło. Była też ciemność stawiająca opór napływającemu światłu. Dojrzewał do decyzji. Wszystko zaczęło w nim wirować w oszałamiającym tempie.

Słyszał słowa, które przez lata były przewodnikiem: "Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem moje jarzmo jest słodkie, a moje brzemię lekkie" (Mt 11,28-30). Słuchał głosu, który dobrze o nim mówił. Nie wiedział, że można o nim tak dobrze myśleć. Odczuł, że ogarnia go błogosławiąca moc. Wstał i zaczął krzyczeć: "Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!". Były to słowa bólu i radości. Przechodzący w pobliżu myśleli, że Bartymeuszowi pomieszało się w głowie. Nareszcie zrozumiał, że potrzebuje współczucia Boga. Przez tyle lat ludzkie współczucie niczego nie zmieniło w jego życiu. Stał się bardzie zgorzkniały i sfrustrowany. Może Jezus, który czyni cuda, przez swoje współczucie ożywi jego życie będące w stagnacji?

Bartymeusza częściej można było spotkać u wejścia do świątyni, niż w samej świątyni. Był wierzącym Żydem, ale uznanym za niezdolnego do uczestniczenia w obrzędach religijnych, ze względu na swoje kalectwo. Dawid ogłosił, że: "ślepiec i kulawy nie wejdą do wnętrza domu" (2 Sm 5,8). Traktowano go jako człowieka niżej ocenianego pod względem moralnym. Gdy pewnego razu grupa niewidomych i chromych przyszła do świątyni, by spotkać się z Jezusem i prosić o uzdrowienie, Bartymeusz nie wszedł razem z nimi, lecz został na zewnątrz. Brzmiały w jego uszach słowa "Żaden człowiek, który ma skazę, nie może się zbliżać do Pana" (Kpł 21,18). Najczęściej można było go spotkać przy jednej z bram prowadzących do świątyni i przy schodach, po których wchodzono na modlitwę. Był traktowany jako nieczysty. Uważano, że świętość człowieka, nie jest jedynie sprawą moralną. "Ludzie chromi, niedorozwinięci umysłowo, okaleczeni i niewidomi są wyraźny sposób pozbawiony pełni. Święty (doskonały) Bóg domaga się, by również tych, którzy do niego przystępują, cechowała świętość, doskonałość" (Słownik symboliki biblijnej, Warszawa 2003, s 1057). Jezus tę sytuację zmienił w sposób radykalny. Jak podaje Ewangelista Mateusz "W świątyni podeszli do Niego niewidomi i chromi, i uzdrowił ich" (21,14).

Wspomnienia pozwoliły mu nasilić wołanie: "Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!" Pierwszą reakcją była negacja ze strony tłumu. Najbliżsi Jezusowi, wyciszali wołającego Bartymeusza. Nie wczuli się w jego potrzeby, w to, że tyle lat czekał na takie spotkanie. Nie mógł na nich liczyć. Najbliżsi nam, bywają największą przeszkodą w "dostaniu się" do Jezusa. Próbowali zapanować nad człowiekiem, który po raz pierwszy tak zdecydowanie wyrażał swoje oczekiwania wobec Boga. Usiłowali narzucić mu swój sposób rozumienia sytuacji, skłaniając, aby wycofał się tego, co nie ma realnej szansy na powodzenie. Jedno z tłumaczeń przedstawia to wydarzenie bardzo dosadnie: "Łajali go, chcąc, aby zamilkł" (Komentarz żydowski do NT", Warszawa 2004). Nie słuchali jego argumentacji, nie interesowało ich to, co miał do powiedzenia Jezusowi. Decydowali za niego.

Bartymeusz wiedział, czego naprawdę chce. Długo dojrzewał do mówienia. W swojej ciemności wyczuwał przewodnika. Nic nie miał do stracenia, a tak wiele do zyskania. Wyczuwał, że Jezus jest po jego stronie. Po ludzku nie da się nic zrobić. Skuteczne okazują się jedynie metody, które proponuje Bóg. Trzeba zaakceptować w sobie strach, myśli o przegranej, bezradność, poczucie winy. Nie usiłować wyciągać się na siłę z tego, co nas osacza, więzi, ściąga w dół. Rozmawiać z tymi uczuciami, nie oceniając ich. Z bezradności nie trzeba się tłumaczyć. Jeśli zachowamy spokój, kontrolujemy uczucia na tyle, na ile jest to możliwe. Nie należy żądać od siebie natychmiastowych, wyjątkowych rozwiązań. Niekiedy trzeba pozwolić sprowadzić się aż "na dno". Chcemy tej rzeczywistości zaradzić, przeciwstawiając się i próbując nie dopuścić do tego, żeby spotkały nas przykre konsekwencje. Porażki, smutek, bezradność również mają swoją funkcję chronienia nas przed czymś dramatycznym, zgubnym dla więzi z Bogiem.

Idący za Jezusem udzielają Bartymeuszowi rady, aby trzymał się od Niego "z daleka". On nie może ci pomóc. Przeczekaj trudne chwile. Twój los i tak nie zmieni się na lepsze. Wielu próbowało. W tym zdeterminowaniu niewidomego dostrzegamy niezwykłe przyciąganie go przez Nauczyciela. On nie krzyczy swoją mocą. W jego rozdzierającym wołaniu jest wyznanie wiary. W naszym byciu ślepcami, zachowując troskę o wrażliwość serca, o łzy, o codzienną dobroć dojrzewamy do wyznania pełnego bólu i nadziei: "Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną!"

Bartymeusz przestał słuchać ludzi otaczających Pana. Tym, co utrudnia, a nawet uniemożliwia przyjście do Jezusa, są ludzkie głosy, które studzą nasz zapał i nasze dążenia. Nie możemy postrzegać wszystkie te osoby, jako naszych przeciwników. Oni są tymi, którzy doprowadzają do większej determinacji, spotęgowanej świadomości tego, co w określonej chwili naprawdę jest ważne. Bartymeusz zrozumiał, że ma prawo zachować się inaczej, wbrew temu, co słyszy wokół siebie. Głos Jezusa dociera bezpośrednio do niego. To jest wołanie, któremu nie może się oprzeć. To jest powołanie, z którym przedziera się przez tłum niechętnych i nierozumiejących go ludzi. W tym wołaniu nie idzie własną mocą. Jest "niesiony" mocą słowa Pańskiego. Zrozumiał, że ma prawo do swojej inności. Ci, którzy zdążają za Jezusem mają inną drogę niż on. Nie lepszą, ani gorszą, lecz inną. Konieczna jest odwaga do myślenia inaczej. Owo myślenie winno mieć swój początek w medytacji nad słowem Bożym. Konieczne jest podanie ścieżki" naszych rozważań rozeznaniu Kościoła, w osobie spowiednika czy kierownika duchowego. Dojrzałość religijna, duchowa, dojrzałość osoby wyraża się, między innymi tym, że pozwalam drugiej osobie mieć własne poglądy, życzenia, pozwalam innym realizować ich piękne, szlachetne pragnienia, które nie muszą być moimi. Powinniśmy zachować wolność od obrażania się, gdy bliskie nam osoby wyrażają życzenia, plany, które kłócą się z naszymi dążeniami, z naszą osobistą perspektywą rozwoju. Gdy czujemy się zobowiązani do realizacji pragnień innych osób wchodzimy w doświadczenie lęku, smutku i agresji. Wyjście z kręgu osaczenia przez namiętności dokonuje się wówczas, gdy zdobędziemy się na odwagę wyrażenia swoich życzeń, swoich myśli i odczuć, prezentowania naszych postaw, które, z czym należy się zgodzić, mogą doprowadzić do ostrego sprzeciwu osób nam bliskich. Bartymeusz ujawniając swoje pragnienia oczekuje od tłumu potraktowania go, jak partnera. Szukamy partnerstwa dla realizacji naszych pragnień i oczekiwań.

Osoby idące za Jezusem nie mając związku z Nim. Zamykają się na potrzebującego. Starają się go powstrzymać w dążeniu. Nie ułatwiają realizacji decyzji podjętej z wielkim trudem. Żywa więź z Bogiem powoduje w człowieku otwarcie na potrzebujących Jego uzdrowienia. Wydaje się, jakoby ta więź była budowana na sensacji, atrakcyjności osoby Jezusa, ciekawości tego, co będzie dalej, nie zaś na autentycznym przeżyciu religijnym. Największym problemem człowieka jest strata Boga. Można być blisko Niego fizycznie, a bardzo daleko swoim duchem, stylem myślenia, wrażliwością na to, na co On jest wrażliwy.

Jeśli nie przeżyjemy tego, co straciliśmy, nie rozumiemy siebie. Nie jesteśmy zdolni rozumieć przeżywających boleśnie straty i pragnących zachować swoją godność i więź z Bogiem. Często nasze straty są dla budowania więzi z Jezusem. Nie po to one mają miejsce w nasze codzienności, aby oddalać od Boga, lecz po to, aby być blisko Niego. Tłum ludzi mógł zatrzymać niewidomego. Oni chcieli być Jego wzrokiem, słuchem, dotykiem. Określili, że nie czas na jego uzdrowienie. Ocenili po swojemu sytuację. Nie interesował ich punkt widzenia Bartymeusza. Dramatem jest spotkanie kogoś, kto wie lepiej od nas tego, czego potrzebujemy. Równocześnie przeraża fakt, że "idący za Nauczycielem" nie pytają Go o zdanie. Nie wsłuchują się w gesty, reakcje malujące się na twarzy. Oni wiedzą, co Nauczyciel powinien w tej chwili zrobić. Przecież bronią Go przed natrętnym niewidomym.

Niezwykła postawa Bartymeusza. Żąda umożliwienia mu dojścia do Jezusa. Na wyraźny sprzeciw ludzi reaguje głośniejszym od dotychczasowego wołaniem. Jest "jak dziecko". Przeszedł drogę rozczarowań, niezadowolenia, smutku, depresji. Przechodzi w tej chwili od użalania się do dziecięctwa. Postawa dziecięctwa wobec Boga jest piękna i konieczna. Nosimy w sobie głód Boga. Bez Niego wszystko, co jest na ziemi, nie daje radości. Gdy zanurzamy się w Nim, odzyskujemy właściwe spojrzenie i ocenę tego, co jest na ziemi, tego, co łączy nas z nią, co łączy nas z ludźmi.

Był czas, w którym stronił od tłumu. Drwina, popychanie, odtrącanie, aby przez niego nie stać się nieczystym, głęboko osłabiły jego delikatną wrażliwość. Nie chciał już uciekać przed ludźmi, jak przed pokusą wprowadzającą w udręczenie. Postanowił ich nie oceniać, co dotychczas czynił bardzo często. Chciał przytulić się do Jezusa, Jemu powiedzieć wszystko. W swojej słabości, kalectwie i wielkiej biedzie odczuł narastającą moc. Zapragnął wszystko oddać. Również to, czego został przez innych pozbawiony – godności, honoru, szacunku. Zapragnął oddać to, co już się wydarzyło, całą swoją poranioną przeszłość. Cierpiał i nad tym, czego nie posiadał: wzroku, własnej rodziny, szacunku od innych, domu. Największe straty można przemienić w oddanie. Wszystko, co zamierzał prowadziło do mądrego "zagospodarowania" głębokich zranień.

Niezwykłe w życiu Bartymeusza jest to, że wychodząc od życia w lęku, upokorzeniach, w agresji i smutku – spotkał Boga. Odważył się wejść w ciemność. Nagromadzone wydarzenia owocowały bólem, który przeobraził się w silne pragnienie Boga. Nie chciał, aby o jego życiu decydowały uczucia i emocje. Postanowił, aby ujrzały światło dzienne. Swoje wewnętrzne ciemności wyprowadził w stronę światła. Ono je ogarnęło. Przez ciemność, w której żył odkrył znaczenie światła. Poczuł jego ciepło i leczące dotknięcie. Zrozumiał, że potrzebne było przejście przez ciemność. Zrozumiał też, że nigdy nie był sam. Również w ciemności był ogarnięty przez światło. Wiele stracił, ale więcej zobaczył, odczuł, zrozumiał, usłyszał. Stracił to, co było przeznaczone na straty. Dotarła do niego prawda, że nie jest panem samego siebie. Wszystko jest darem Boga. Bóg daje, zabiera i znowu daje. Prawo przechodzenia do bardziej dojrzałego etapu życia, prawo dorastania, wychodzenia z ciemności w światłość, prawo świętości. Stał się odważnym, a przez to otwartym człowiekiem.

Liczba wyświetleń strony: 9443995 * Liczba gości online: 28 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC