MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Jesteśmy wyciszani



Reakcja idących z Jezusem była przedziwna. Uciszali go tłumacząc, że Pan ma ważniejsze sprawy, że się spieszy. Wymagali od niego, aby nie ujawniał swoich uczuć. A może chodziło o wypowiadanie się łagodne, pozbawione krzyku. Przedziwna konfrontacja między Bartymeuszem a tymi, którzy szli za Jezusem i słuchali Jego słowa. Inni pouczają nas, jak powinniśmy cierpieć, w jaki sposób panować nad swoim bólem czy objawami desperacji. Przychodzą chwile, w których nie możemy inaczej reagować na cierpienie jak tylko krzykiem. W cierpieniu uczymy się cierpliwości. Cierpliwość i cierpienie im bliżej są w człowieku, tym cierpiącemu jest lżej. Uczyć się cierpliwości oznacza nie buntować się przeciwko temu, co trudne. Bólu nie możemy zakrzyczeć. Gdy będziemy go tłumili w sobie, istnieje niebezpieczeństwo stania się ludźmi zgorzkniałymi i cynicznymi, reagującymi z gwałtownością a nawet agresją.

Jezus przechodził. Bartymeusz odczuł Pana nie tyle na drodze obok niego, ale tej w nim. Cierpienie, jakie w nim było i tęsknota za przejrzeniem utworzyły w nim drogę, na której odczuł bliskość z Jezusem. Krzyczał o ulitowanie się nad nim. Oczekiwał na współodczuwanie z jego biedą. Zachęcał Jezusa, aby odczuł tęsknotę za zobaczeniem Go własnymi oczami. Pragnienie widzenia jest w człowieku pragnieniem kontemplacji. Jego okrzyk łączył się z wiarą, że zostanie wysłuchany. Pierwszą przeszkodą w dotarciu do Jezusa byli ludzie. Tak bardzo troszczyli się o nie przemęczanie się Pana, że postanowili uciszyć niewidomego żebraka. To jednak spowodowało jeszcze intensywniejsze wołanie zdesperowanego człowieka. Niemiłe zachowania innych, trudne chwile, komplikacje których nie byliśmy w stanie przewidzieć niosą tak wielką siłę, którą powinniśmy podjąć dla usilnego błagania, bez względu na usilne perswazje innych, chcących odwieźć nas od realizacji naszych marzeń. Nie pozwólmy zabijać w sobie marzeń.

Bartymeusz słysząc niechęć tłumów idących za Jezusem, postanowił powierzyć swoje cierpienie rękom większym od ludzkich. Odczuł, że nie ma sprzymierzeńców w tych, którzy otaczają Nauczyciela. Nie chciał tracić czasu na obrażanie się, albo pretensje wobec ludzi. Nie pozwolił ponieść się emocjom gorzkiego żalu, które pojawiły się w formie silnej pokusy. Dość miał życia polegającego na liczeniu jedynie na ludzi. Odkrył swoją szansę w tym, że może Boga prosić o co tylko chce. Bliskość Boga jest prowokacją do zmiany sposobu życia. Bartymeusz odczuł w sobie powiew "łagodnego wiatru", który niósł go pragnieniami w stronę Nazarejczyka, na środek drogi. Dosyć życia w ciemności. Pragnienie światłości w jednej chwili zdominowało wszystkie jego odczucia i zmysły. Pozwolił się jemu nieść. Odczuł, że to nie on mówi, ale ktoś w nim prosi głosem, któremu Pan nie może oprzeć się.

To co stanowiło żal, ból i cierpienie, ciemność i łzy, rezygnację i pragnienie śmierci w jednej chwili sprzyjać poczęło przyjęciu łaski. Pozwolił wziąć z umysłu i serca utyskiwanie na życie, które skupiało całą uwagę na własnych potrzebach i doznaniach. Pojawiło się miejsce dla Jezusa, a w Bartymeuszu nie znane dotąd odczucie lekkości i pragnienie wielbienia. To, co boli, może zostać przemienione w pokój, strata zaś tym, dzięki czemu zyskałem więcej niż się spodziewałem.

Niewidzenie, to znaczna strata. Wytworzyła ona w Bartymeuszu pustkę. Godził się na to, czego nie posiadał, lecz przychodziły również chwile, w których buntował się przeciwko temu. Ci, którzy go spotykali, usiłowali pocieszać tak, jak potrafili. Mimo życzliwego traktowania, odczuwał obojętność na własną osobę. Coś pchało go stronę innych, a równocześnie odczuwał lęk przed ich reakcjami. Obawiał się słów nieprzychylnych, zjadliwych i raniących ośmieszaniem. Zmagał się często ze smutkiem i rozczarowaniem. Chodził na pograniczu życzliwości i nieżyczliwości, pragnienia przylgnięcia do spotkanych i bliskich mu osób, a równocześnie czuł się gorszy i pomijany. Chciał radzić sobie sam. Nie znosił nadopiekuńczości, z jaką wielu narzucało się. Bał się tego, że nie sprosta oczekiwaniom innych. Odczucie, że nie ma nic do zaproponowania, pogrążała go we własnym wnętrzu. Był świadomy własnych granic, możliwości działania powodowanych niewidzeniem.

Nie możemy mieć wszystkiego, za czym tęskni nasze serce. A równocześnie, tak ważne jest uświadomienie sobie, że posiadamy skarby duchowe, moralne, z których w pełni nie korzystamy. Ślepota była tą granicą wyciszającą ciekawe pomysły na życie. Kto będzie chciał słuchać tego, co jest pragnieniem czy potrzebą ślepca? Robił jedynie to, co potrafił. Swoje umiejętności żebrania i poruszania się w tłumie doprowadził do perfekcji. Nie chciał być postrzegany jako niewidomy, lecz tak jak inny, dający sobie radę z mnóstwem ograniczeń spowodowanych kalectwem i wewnętrznymi zranieniami. Sam siebie przekonywał, że nie ma prawa oczekiwać więcej od Boga i ludzi. Świadomość tego, że zostaje w tyle krzyczała w nim aż do bólu. Jak długo można tak żyć, chodząc po obrzeżach codzienności, gdy tymczasem inni smakują życia w pełnym jego wydaniu, wszystkimi swoimi zmysłami?

Miał swoje trudne dni, w których krzyczał na przechodzących drogą, za zbyt duży hałas. Złe samopoczucie doprowadzało go do obijania się o ludzi pogłębiając rozdrażnienie. Czasem ktoś przysiadł na poboczu drogi i chętnie go słuchał. Jednak od dłuższego czasu ludzie żyli w jakimś zawrotnym tempie. Siedząc w przydrożnym rowie nie był w stanie oprzeć się atmosferze drogi. Często miał odczucie, jakby przechodziła ona przez sam środek jego wrażliwego serca. Bezradność wobec hałasu doprowadzała go do głośnego płaczu. Potem było trochę lżej.

Wiedział, że jest inny. Czuł się z tego powodu nielubiany, opuszczony. Idealizował tych, którzy zatroskani zatrzymywali się przy nim. Wyrażał swoją wdzięczność i zachwyt ich dobrocią. Nie chciał ich stracić. Oczekiwał, że powrócą, gdy dobrze ich przyjmie. Nie jest dobrze samemu. Miłość jest po to, by się nią dzielić. Gdy nie mamy kogoś do obdarowania nią, uchodzi z nas życie, nadzieja, poczucie bolesnej niepotrzebności własnego istnienia. Uczył się przyjmowania tego, co dawali, lecz w większym stopniu cenił sobie ich obecność, bliskość, słuchanie. Czuł się wtedy jak ten, który widzi. Był partnerem. Lubił, gdy ktoś brał jego dłonie w swoje i serdecznym uściskiem wyrażał to, na co najbardziej czekał. Potrzeba wspólnoty i braterstwa była pulsującym pragnieniem, jak chleb i woda, jak słońce i wiatr, jak wolność i radość. Cóż mógł dać innym? Korzystał z ich hojności.

Jego oczy były w palcach, którymi delikatnie dotykał przychodzących. Głos kierowany w jego stronę pozwalał widzieć oblicze mówiącego.

Coś w nim umierało. Przeczuwał, że nic dobrego już go nie może spotkać. Do końca życia pozostanie ślepcem i żebrakiem. Komu taki człowiek potrzebny? Nie rozumiał, że Bóg troszczy się o niego, pomaga. Równocześnie walczył z pokusą zamknięcia się w sobie. Ocierał się o rozpacz. Zamknąć się w sobie, to zrezygnować z życia, wycofać się, być niewrażliwym, obojętnym na wszystko. W pewne rejony własnego wnętrza nie wpuszczał pytających go. Był przeświadczony, że nie zrozumieją. Lękał się pouczania. Wtedy najczęściej wybuchał i płoszył swoją gwałtownością zatrzymujących się na poboczu drogi. Są obszary serca, do którego nie wpuszczamy nikogo, nawet przyjaciół. Jakby przeczuwamy, że jest to "działka" do uprawiania zastrzeżona Bogu.

Od kilku dni był niespokojny. Wybuchy emocji i niekontrolowanej agresji sprawiały, że ludzie omijali go z daleka. Niektórzy podchodzi do niego, usiłując wyciszyć jego gderliwość. Odtrącał ich. Już za mało było mu przebywania z człowiekiem. Pragnienie "więcej" nasilało się narastającym żalem do Boga, chwilowym poczuciem winy za grzechy przeszłości i niepewnością, gdy myślał o własnej przyszłości. Przechodzący drogą nie godzili się na to, że płakał i krzyczał. "Bądź silny!" - podpowiadali. "Ośmieszasz się. Co inni pomyślą?" Zabraniali mu płakać, gdyż jego uczucia przeobrażały się w bolesny skowyt głęboko zranionego człowieka. Przechodzący chcieli spokoju. Drażnił ich swoich cierpieniem. "Powinieneś sam swoje sprawy przeżywać. Nie musisz wszystkim ogłaszać, że cierpisz. Dość mamy własnych problemów".

Musiał wypowiedzieć uczucia. Nie mieściły się w nim. Był jak bezbronne, małe dziecko, które w tłumie zgubiło swoją mamę i nie wie, dokąd iść. Potrzeba poczuć się bezbronnym, bezradnym i niemogącym samemu sobie pomóc. On musiał je przeżyć do końca tak, jak odczuwał. Wyciszanie sprawiało mu ból. Nie chcieli widzieć jego łez, który ujawniał bezgraniczny lęk. Wystarczająco czuł się skopany przez tłumienie uczuć. Doszedł do granic wytrzymałości. Atakował przechodzących za to, że go nie rozumieli. Patrzyli jedynie na to, by dać jałmużnę, przechodząc dalej z poczuciem wypełnionego obowiązku. Potrzebował w większym stopniu ich samych niż tego, co od nich otrzymywał. Zrozumienie ma siłę leczącą. Być może odzyskał by wiarę w siebie, gdyby pojawił się w ktoś, kto uwierzyłby w niego. Potrzebujemy nadziei wyprowadzającej nas na światło. Potrzebujemy człowieka, który ryzykowanie zainwestuje w nas, swój czas, wrażliwość i niemożność przewidzenia tego wszystkie, co może się wydarzyć.

Chcemy akceptacji dla naszej złości. Tymczasem spotykamy się z oceną moralną, że "nie wypada, nie wolno, jest to gorszące i świadczące o braku panowania nad sobą, a bezdyskusyjne wskazuje takie zachowanie na brak zaufania Bogu". Mamy prawo do naszych złości, ich wyrażania i przeżywania do końca. Tak porządkujemy nasze życie. Choćby zewnętrznie, niewiele się zmieniło, to w naszym wnętrzu dokonuje się w ten sposób oczyszczenie odnawiające i odradzające naszego ducha. Nie wyrażając naszych emocji, zatruwamy atmosferę życia, niszczymy życie innych w sposób wyrafinowany. Stajemy się cyniczni, podejrzliwi i niepodatni na przemianę. Zarażamy rezygnacją, poczuciem bezsensu wszystkiego. Jest to objaw wypalenia wewnętrznego.

Instrukcja w postaci "Bądź dzielny, bądź dojrzały i odpowiedzialny" jest działaniem przeciw człowiekowi, przeciw jego wnętrzu, rozwojowi duchowemu i psychicznemu. Nie należy podziwiać tych, którzy nie płaczą. Coś w sobie zamknęli, stłumili, zniszczyli. Nieumiejętność wypowiadania się przez łzy może wskazywać na zabicie ludzkiej wrażliwości. Czy jest możliwa wówczas odpowiedzialność?

Płacząc przeżywamy nasze uczucia. Nie przeżyte, pozostają w nas i "cuchną". Doświadczenia traumatyczne niewypłakane, nadal przeżywamy. Nieustannie do nich powracamy. Odkładają się w naszej psychice. Osłabiają duchowy rozwój. Czynią nas letnimi. Nigdzie nie jesteśmy naprawdę, w sensie wewnętrznego angażowania się, ani w przeszłości, ani w teraźniejszości. Wyciszanie naszych uczuć powoduje życie "w rozkroku", "pomiędzy" tym, co boli a tym, co powinno nas radować.

Zabronić płakać, nie pozwalać się smucić, to tyle, co tłumić w człowieku spontaniczność i autentyzm jego reakcji. Pozbawiać go w ten sposób szczerości i prawdy w wypowiadaniu tego jak myśli i co czuje. Nagromadzenie smutku może doprowadzić do depresji. Trzeba mieć czas i chcieć przeżywać żal do Boga, ludzi, z którymi się spotkałem, ale i żal do siebie samego. "Czas, to miłość" (kard.S. Wyszyński). Wejście w czas ze swoim żalem, smutkiem i łzami jest szansą na przemienienie tych doświadczeń w głęboką miłość.

Bartymeusz wyrażając uczucia wracał do bolesnych wspomnień. Równocześnie do tęsknoty za ciepłem, szacunkiem, lojalnością drugich, dobrym traktowaniem. Nasze reakcje emocjonalne nie powinny być wykorzystywane w celu uczynienia komuś krzywdy. Nie powinny być aktem rewanżu za doznane zranienia. Nasze uczucia powinny wyrazić prawdę o wielkim bólu, jaki nas paraliżuje i wielkim zawiedzeniu się na kimś, kto nas oszukał, nie był szczery, nie pomyślał, że możemy bardzo cierpieć.

Możemy skarżyć się przed Bogiem. Wyrażać swoje pretensje, zawiedzenie się Nim. To, co wypowiadamy przed Bogiem, porządkuje się w sercu. Odzyskujemy właściwą ocenę naszych przeżyć i naszej przeszłości. Dochodzimy do umiejętności zgodzenia się na nią, jaką była. Potrzeba często wracać do modlenia się uczuciami, jakie przepływają przez nasze serce, tworząc klimaty radości lub smutku. Przez wszystko możemy mówić do Boga; również przez swój żal, agresję i rozczarowania. "Człowiek w sytuacji wielkiego wyczerpania fizycznego, moralnego, duchowego daje upust swojemu cierpieniu poprzez krzyk jego serca, który zaadresowany jest do Boga (…) Sam fakt wołania, lamentacji, krzyku rozpaczy, jest już też modlitwą uwielbienia, dlatego że w ten sposób człowiek modlący się podkreśla, jak bardzo jest słaby, jak bardzo jest ograniczony, jak bardzo czuje się skończony, i w związku z tym jak bardzo potrzebuje Boga" (Z. Płużek i A. Jacyniak, Świat ludzkich kryzysów, Kraków 2006, s 39).

Uczucia są w nas zdrowe, gdy się nimi modlimy. Jeśli z tego rezygnujemy, zauważamy, że nie możemy sobie z nimi poradzić. Uczucia niewypowiedziane zawierające ból, mogą przeobrazić się w nękające nas zło, włącznie z chorym poczuciem winy. Uczucia należy z siebie wyprowadzać i kierować je w stronę Boga. On wyprowadzi z nich to, co dobre dla nas.

Liczba wyświetleń strony: 10708088 * Liczba gości online: 14 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-22
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC