MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Współczucie jest potrzebne



"Pomysł, że należy ci się coś lepszego niż to, co akurat posiadasz, jest rozumowaniem ofiary. Takie nastawienie zachęca do jałowego, beznadziejnego, biernego trwania i co gorsza, odwołuje się do współczucia ze strony otoczenia" (R. Firestone i J. Catlatt, Dlaczego tak nam trudno żyć? Warszawa 1995, s 95). Dopraszanie się o współczucie dla siebie hamuje inwencję człowieka do troski o własne życie, do pomysłów na nie, do walki o nadanie jemu lepszego kształtu. Należy dzielić z innymi ich smutek i ból, słuchając tego, co mówią, lecz nie dając współczucia mającego niszczący charakter. Kiedy decydujemy się na rezygnację z roli ofiary, wówczas można nam pomóc.

Nie mamy wpływu na to, w jakiej rodzinie przychodzimy na świat, w jakiej sytuacji ekonomicznej znajdują się nasi rodzice. Możemy natomiast zmieniać siebie, stawiać sobie cele bliższe i dalsze. Wymagając od siebie, będąc twórczym, nieustannie szukającym nowych rozwiązań odnajdujemy radość życia mimo skromnych środków materialnych i trudnego startu powodowanego sytuacją środowiska. Nie jest nam potrzebne litowanie się nad sobą lub pobudzanie innych do współczucia nad naszą sytuacją życiową, czy też zrzucanie winny na niekorzystne okoliczności. Nie tyle potrzebujemy użalania się nad nami ile uporania z sytuacjami, w których czujemy się nieszczęśliwymi.

Niepokojące jest to, że użalając się przed innymi żądamy od nich współczucia. W taki sposób bezwiednie usiłujmy przerzucić na nich własne problemy. Współczucie bliskiej nam osoby powinno wyrazić się we wspólnym szukaniu optymalnych rozwiązań.

Bartymeusz doświadczał ludzkiej pomocy, lecz ona, włącznie ze współczuciem człowieka okazała się z czasem niewystarczająca. Rozwijamy się w naszym cierpieniu. Ono jest dorastaniem, stawaniem się z dnia na dzień człowiekiem dojrzałym w tym, co jest naszą najtrudniejszą drogą w życiu. Przechodzący trzymali niewidomego Bartymeusza z daleka od siebie. Dali mu stosowną jałmużnę i czuli się tym samym usprawiedliwieni. Ich patrzenie było obojętne i bezmyślne. Bieda niewidzenia ich nie dotknęła.

Cierpienia i osób cierpiących nie można trzymać z daleka od siebie. Znamieniem tego jest między innymi to, że cierpiącym nie pozwalamy płakać, usilnie ich uspokajając. Ból, żal, zawiedzenie się na kimś trzeba wypłakać do końca. Nie należy przerywać, albo uznać za niepotrzebne to, co jest integralną częścią ludzkiego przeżywania cierpienia.

Przyszedł taki dzień, że Jezus przechodził drogą przy której żebrał Bartymeusz. Usłyszał Go. Wydaje się, że oczekiwał najbardziej na tę właśnie chwilę. To była jego szansa na przejrzenie. Wierzył w to i bardzo pragnął. Głos jaki wydobył z siebie był głosem człowieka wypełnionego po brzegi tęsknotą i nadzieją. Było w nim wołanie o pomoc, skarżenie się, jakoby już wystarczająco długo doświadczał niewidzenia.

Współczucie jest możliwe, gdy serce człowieka jest skruszone, wzruszone dobrocią i miłością Boga. Skruch przychodzi od Boga. Jest tym, co wprowadza nowe spojrzenie, nowe myślenie i odczuwanie. Skruszony człowiek, to człowiek przemieniony. Czym spowodowane jest to, że serce człowieka nie doświadcza skruchy? Przyczyną może być błędne pojęcie grzechu, albo też obraz nas samych jest nieprawdziwy. Doświadczenie skruchy z powodu własnych grzechów i zobaczenie siebie w stanie nędzy moralnej, budzi wewnętrznie do współczucia przede wszystkim wobec siebie samego. Kolejnym etapem jest współodczuwanie, czyli współczucie innym. Kiedy uświadamiamy sobie, że nasz grzech, chociażby w postaci obojętności na ludzkie potrzeby, jest równoznaczny ze źródłem zła i krzywdy jaką wyrządzamy, powracamy do tego podstawowego odczuwania, jakim jest współczucie w sercu.

Bartymeusz w rowie powinien pobudzić wyobraźnię dających jałmużnę. Jałmużna nie starczała na wiele. Współczując jesteśmy zdolni do przewidzenia sytuacji złej, samotnego cierpienia, izolacji budowanej za naszym cichym przyzwoleniem. Współczucie jest odejściem od postawy lenistwa, w stronę stanięcia do dyspozycji drugiego. Wyraża się w życzliwym słuchaniu i zasłuchaniu, aż do odczucia więzi, aż do zamieszkania w naszym sercu tego, którego słuchając, obejmujemy współczuciem. Wysłuchanie jest więcej niż chlebem. To życzliwa uwaga, w której odsłaniamy serce umożliwiając zamieszkanie w nim temu, który mówi. Słuchanie wymaga czasu, na brak którego wszyscy chorujemy.

Kogo obchodził człowiek niewidomy, mający swoje miejsce w przydrożnym rowie? Na jego widok przyspieszano krok, aby szybko odejść z miejsca, które budziło niepokój, upominało się o dar współczucia. Współczując pozwalamy sobie w nowy sposób spojrzeć na człowieka, który potrzebuje nie tylko chleba, mieszkania, pieniędzy, ale przede wszystkim serca. Wpuszczamy światło w życie drugiego, za którym idzie nadzieja na zmiany. Współczucie nie może rozbudzać tęsknot, za którymi nie podąża ludzka aktywność, dobroć, obecność.

Współczuć, to podać drugiemu swoją dłoń. Refleksja, iż inni w sytuacjach dla nas trudnych nie uczyniliby tego, może doprowadzić do rezygnacji ze współczucia. Stąd osobą, która pozwala utrzymać się w nurcie współczucia jest Jezus Chrystus. Nie rezygnuje z człowieka, bez względu na to, jak jest przez niego potraktowany. Rzeczywistość, w której żyjemy bywa brutalna, raniąca, bezwzględna. Gdy wycofamy się ze swoim współczuciem, będzie się ona rozrastać. Pójście naprzód oznacza cierpienie, ale i przemianę wewnętrzną tych, od których je przejmujemy. Okazując współczucie pozbawiamy innych ich wewnętrznej hardości, zamknięci i niewrażliwości.

Bartymeusz oczekiwał czegoś więcej, niż współczucie. Być może myśląc o tym, przed nikim nie wrażał swoich tęsknot i cichych marzeń. Jego obecność budziła współczucie. Może byli i tacy, którzy pogardliwie komentowali nachalność w proszeniu. Przed nim wewnętrznie miękli i w miejsce zaciśniętej pięści pojawiała się pomocna, wyciągnięta dłoń. Współczucie jest gestem, który zmienia współczującego. Już nie będzie on taki sam, jakim był wcześniej. Dobroć, hojność, otwartość pozwala Bogu skierować promień przemiany Przypowieść to, co wydawało się skamieniałe Przypowieść nieprzystępne. "Pocałunek jest lepszy od ukąszenia, uśmiech jest cieplejszy niż obojętność, przyjaźń lepsza od rywalizacji, a działania na rzecz pokoju to coś bliższego naszej naturze niż prowadzenie wojen. Innymi słowy, współczucie jest czymś bardziej ludzkim niż walka" (Nouwen,Życie Duchowe, 21 (7) 2000).

Przez współczucie wchodzimy w delikatną więź z cierpiącymi. Z nimi śmiejemy się i płaczemy, odpoczywamy i szukamy wyjścia z trudnych sytuacji. Skoro współczujemy, oznacza to, że zostaliśmy pocieszeni. Współczując bowiem niesiemy pocieszenie, które nie należy do "tworów człowieka", lecz Boga współczującego. Dlaczego możemy okazywać współczucie, a nie zniechęcić się, ani nie załamać; nie zbuntować się przeciw Bogu i ludzkiej niesprawiedliwości. Ogarnia nas i chroni Boża moc pocieszenia. Płaczemy, lecz nie złorzeczymy, doświadczamy zła, lecz nie bluźnimy Bogu. Zło, jakie jest w nas i pośród nas trzeba wypłakać, ale też dotknąć współczuciem mającym twarz kochającego Boga.

Współczucie innym niesie ich stronę uzdrowienia. Ma moc leczenia tego, co zostało zamknięte w człowieku przez konkurencję, niezdrową rywalizację, usilne pragnienie bycia najlepszym za wszelką cenę. Odkrywamy, że "wyścig szczurów" jest tym, co czyni nieszczęśliwym. Dążąc do celu, musimy nosić w sercu współczucie dla innych. Jego obecność pozwala mi zobaczyć, że jestem cząstką większej wspólnoty. Ci, którzy żyją ze mną (nie obok mnie), niosą w sobie pragnienia, oczekiwania i marzenia. Mogę na nie odpowiedzieć w takim zakresie, w jakim odczuwam więź z Bogiem i tymi, których traktuję, jako moich braci i moje siostry.

Pielęgnując współczucie w sercu nie możemy patrzeć przede wszystkim na to, co nas z innymi dzieli, lecz na to, co łączy. Utrwalanie różnic wprowadza dystans, a tym samym określoną niewrażliwość. Pozwalamy innym na "wejście" jedynie w niektóre obszary naszego życia. Wyznaczamy czas naszych spotkań kierując się własnymi potrzebami, bez uwzględnienia realnych możliwości i szczególnych potrzeb osób drugich. Bycie szybkim w myśleniu. Dysponowanie większym ilorazem inteligencji, większą zręcznością w przedstawianiu własnych poglądów i motywowanie ich naszą rozległą wiedzą, może przytłaczać. Każe poniekąd schować się drugiemu z równoczesnym wpatrywaniem się w to, czym nie dysponuje. Współczując, nie możemy dążyć do eksponowania różnic, a także swoich wyjątkowych uzdolnień, lecz podkreślanie tego, że spotykamy się w cierpieniu drugiego. Współodczuwanie bierze początek we współcierpieniu.

Wejście w cierpienie prowadzi do spotkania zranionego i poniżonego człowieka. Przy nim jest Jezus, który wprowadza w tajemnicę współodczuwania, dotykając nas łaską cierpliwości, łagodności i szacunku. W cierpieniu, zagubieniu i bezradności wszyscy jesteśmy do siebie podobni. Konieczne się staje przeświadczenie, że nasza moc we współczuciu jest z Boga. Wszystko rodzi się z miłości. Każda mała miłość ma swoje korzenie w wielkiej Miłości.

Współczucie drugiemu polega na okazywaniu uczuć tych pięknych, łagodnych, delikatnych, zanurzonych w piękno nie z tej ziemi. Nie mogę oprzeć się myśli, że ci, którzy patrzyli na Bartymeusza ze współczuciem, zobaczyli w nim pięknego człowieka przeżywającego życie tak, jak na daną chwilę potrafił. Z ludzi pokornych i prostych emanuje piękno. Pragnienie piękna nie z tej ziemi, jakie w sobie nosimy i odkrywamy, jest niewątpliwie pragnienie Boga. Pseudo-Dionizy Areopagita twierdził, że "Piękno jest jednym z imion Boga" (P. Evdokimov, Sztuka ikony. Teologia piękna, Warszawa 1999). Natomiast św. Grzegorz z Nazjanzu twierdził, że "Bóg ustanowił człowieka piewcą swego promieniowania" (tamże).

Praktykowanie współczucie jest wchodzeniem w doświadczenie Boga. Od człowieka oczekującego na nie, do Boga, który czeka na człowieka czyniącego współczucie. To jedna z wielu dróg życia duchowego. Przez współczucie zbliżamy się do siebie, tworzymy wspólnotę współczucia, a tym samym nowego życia. Może było i tak, że ktoś z przechodzących chciał zaprosić Bartymeusza do siebie, aby dzielił z jego rodziną wspólne mieszkanie. Wydaje się, że odmówił. Było mu ciężko w rowie, a równocześnie doświadczał w nim tego tchnienia wolności, której mógłby nie zaznać będąc ograniczany gościnnością osób współczujących. Nie należy narzucać się ze swoim współczuciem. Powoli dojrzewamy do przyjęcia tej wrażliwości drugiego, która w pierwszej fazie może powodować w nas zawstydzenie, zagubienie a nawet wycofanie się. Nie umiemy przyjmować współczucia. Często rodzi się podejrzenie o konieczność okazania w jakimś czasie rewanżu za doznaną dobroć.

Współczucie może i powinno być aktem bezinteresownym. Kiedy nim nie jest, odczuwamy go jako ciężar i przeszkodę w dobrej relacji z innymi. Współczucie jest ogniem, przy którym ktoś pozwala nam się ogrzać, poczuć bezpiecznie w swojej bliskości będąc rozumianym i potrzebnym. Bartymeusz doświadczał ze strony ludzi współczucia, a tym samym pocieszenia. Wystarczało mu to na jakiś czas. Potem jednak poczuł głód innego pocieszenia, tego, które daje Bóg swoim uzdrowieniem.

Pocieszając żebraka, nikt nie chciał być z nim na stałe. Nie tyle zatrzymać się na chwilę, ale pozostać w taki sposób, aby pocieszenie było stałym doświadczeniem jego serca. Nikt z ludzi tego nie potrafił. Bo któż mógłby z nim dzielić ból niewidzenia, samotności, chłodu wewnętrznej nocy. Nie strasznym było doświadczenie wewnętrzne, lecz to, które dawało się odczuć w głębi jego serca. Kogo mógłby wtajemniczyć w nadmiernie dręczące go lęki i niepokoje? Wszystkie one prowadziły do jednego źródła – tęsknoty za widzeniem. Otworzyć oczy i zobaczyć wszystkich tych, których dotąd jedynie mógł usłyszeć i odczuć ciepło dotyku dłoni, dającej chleb, pieniądz, czy szatę na chłodne wieczory w przydrożnym rowie.

Nie był w stanie uciec od bólu, co było rzeczą niemożliwą. Zdecydował zatem, że powinien w niego wejść dojrzewając do chwili, kiedy wykrzyczy wszystkie swoje lata samotności, poczucia opuszczenia przez Boga i ludzi. Nie mógł przyjąć pocieszenia nie zgadzając się na bolesną samotność. Z codzienności wypełnionej troskami i kłopotami ciągle się uczył, że od tego się nie umiera; troski i kłopoty nie muszą niszczyć, lecz mogą wewnętrznie wzmacniać. Każdy nowy dzień był oczekiwaniem na przejście drogą, w pobliżu "rowu" który zamieszkiwał, Jezusa z Nazaretu. Chciał usłyszeć Jego głos, który przebijał się przez rozentuzjazmowany tłum ludzi idących za Nim. Fragmenty słów dochodzące do Jego uszu, były nośnikami tajemniczej otuchy, jakiej nie doznawał nawet wtedy, gdy został sowicie obdarowany podczas żebrania. Pocieszenie i otucha zbliżały go i ośmielały do Nauczyciela. Odczuwał tajemniczą z Nim jedność i wspólnotę. Zrodziła się myśl, aby stanąć przed Nim i prosić. Nie zdecydował jeszcze, czego ta prośba będzie dotyczyć. Jezus był mu bliski, ponieważ dawał otuchę. Chciał użalić się przed Nim, ale zrozumiał, że szkoda na to czasu. Powinien powiedzieć krótko o tym, co najważniejsze. Nie mógł jeszcze uporać się z tym, co dla niego najważniejsze. Jedno było ważne. Odczuwał wewnętrzną siłę do określenia swoich pragnień i wyrażenia ich przez Nazarejczykiem.

Zaczął odkrywać dotychczas niewiele znaczące dla siebie gesty ludzkiego pocieszenia. Ciepło emanujące z niego pozwalało na długie godziny w blasku słońca zanurzać się w niekończące rozważania. Rzadziej wychodził na drogę, aby żebrać. Nasłuchiwał głosu, który choć z daleka słyszany, pozwolił inaczej odczuwać biedę, z którą się zmagał. Myśl o przyjrzeniu stawała się w nim natarczywa. Z nią zasypiał i budził się wczesnym świtem. Czuł ogarniające go podniecenie. Nie rozumiał tego, co się z nim i w nim dokonuje. W ludzkim współczuciu odkrył wezwanie do szukania większego współczucia. Zrozumiał, że przyjdzie ono od Jezusa z Nazaretu. W jaki sposób do Niego dotrze? Kto mu pomoże? Czy zdąży?

Liczba wyświetleń strony: 10716109 * Liczba gości online: 32 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC