MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Nie widzę





Bartymeusz stracił wzrok. Wszyscy znali go w Jerychu jako niewidomego żebraka. Często można było go spotkać w pobliżu drogi, siedzącego w rowie, oczekującego na pomoc przechodzących. Uczył się żyć z niemożnością widzenia. Rozróżniał dźwięki jak nikt inny. Był mistrzem dotyku trafnie rozpoznając to, czego dotykały wrażliwe palce. Nie odseparował się od własnego cierpienia. Ciemność, która przenikała aż do bólu rzeźbiła w nim pragnienie widzenia, potrzebę światła, dostrzeżenia tych, których słyszał i dotykał. Poszukiwanie Boga jest poszukiwaniem w ciemności, mówiła św. Teresa od Dzieciątka Jezus (M. Eugeniusz od Dzieciątka Jezus, Poznań 1996, s 40).

Łączy nas z Bogiem Jego i nasze cierpienie, które może zostać przemienione w miłość. Przypomina ona, że jesteśmy odpowiedzialni za to, co widzimy i co chcemy zobaczyć. Rzeczy będące dla nas przedmiotem kontemplacji kształtują naszą osobowość, naszego ducha, wrażliwość, a także to, co chcemy, a czego nie chcemy. Patrzenie na kogoś lub na coś wpływa na głębię lub płyciznę ludzkich pragnień.

Cierpienie może drażnić, być postrzegane jako niemające żadnego sensu. Bartymeusz mimo cierpienia był człowiekiem aktywnym. Nie był to sposób ucieczki od braku, ale konieczność wynikająca z potrzeby samodzielnego utrzymywania się. Przejmował się tym, co z nim będzie dalej, gdy się zestarzeje. Czasem będąc w rowie przy drodze, nie słysząc odgłosu przechodniów, płakał. Przeżywał swoje niewidzenie, jako brak pełnej obecności w świecie, o którym słyszał, że jest piękny.

Niekiedy ktoś wypowiada przy nas sugestię, aby się nie przejmować cierpieniem, które nas spotkało. Nie poddawać się, nie płakać, nie smucić się. Jest to iście szatańskie podejście. Mamy prawo do okazywania naszych słabości, uczuć, namiętności. Wrażliwość, którą odsłania cierpienie jest wielkością, jaką w sobie nosimy. Powinniśmy korzystać z pomocy, jakiej pragną nam inni udzielić. Poleganie na osobach najbliższych nie jest ujmą, lecz umożliwieniem im w czynieniu tego, co dobre.

Oczy są tak ważne. Umożliwiają komunikację ze światem, z człowiekiem. Możemy patrzeć na świat w taki sposób, że przenosimy się poza serce ze swoim życiem. Wówczas tracimy kontakt z wymiarem duchowym. Gdy w naszych zmysłach nie znajdujemy tego, za czym tęskni nasze serce, szukamy rzeczywistości ducha. Pragniemy głębi spotkania z Nim. Wówczas pojawia się pragnienie "trwać przy Bogu, patrzeć na Niego z miłością" (Wilfrid Stinissen,Noc jest mi światłem, Kraków 1993, s 15).

Gdy nie widzimy sensu życia, może się okazać, że chodzi o dotychczasowy styl, w jakim żyliśmy. Ciemność jest po to, abyśmy przejrzeli. Gniew, jaki się pojawia w sercu ma na celu oprotestowanie i porzucenie tego, co prowadzi do wewnętrznej ślepoty. Trzeba pozwolić się nieść owemu niewidzeniu. Ono jest aniołem przygotowującym do przejrzenia. Przyjęcie własnej ślepoty wewnętrznej, uznanie jej staje się początkiem drogi ku widzeniu. Nasze widzenie Pana umożliwia powrót do prawdy, dobra i piękna. Jak pisał Paul Evdokimov "prawda i dobro stają się przedmiotem kontemplacji, iż żywa symbioza naznacza integralność bytu i rodzi piękno" (Sztuka ikony. Teologia piękna, Warszawa 1999, s 9). Wydaje się, że trzeba być zranionym przez świat, w którym żyjemy, aby odkryć, że piękno, prawda i dobro nie są ze świata. Owo zranienie jest doświadczeniem brudu, upadku przed złem, błąkaniem się w ciemności bez celu i nadziei na przemianę życia. Odkrywamy i otrzymujemy dar prawdy, dobra i piękna przez patrzenie z miłością na Boga i człowieka. Konieczne jest patrzenie z miłością na siebie, bez względu na jakość własnego życia duchowego i moralnego.

Bartymeusz wykształcił swoje słuchanie i mówienie. To była rekompensata za niewidzenie. Jego wzrokiem były uszy. Chciał wiele wiedzieć; prosił, aby opisywano mu to, czego nie może zobaczyć. Przyzwyczaił się do tego. Stało się to czymś powszednim. Czasem zapominał o tym, że nie widzi. Nauczył się trwać w rowie słuchając odgłosów drogi. Z czasem rozróżniał, kto przechodzi, jakie problemy w sobie nosi. Słyszał kłócących się i złorzeczących. Docierały do niego głosy radośnie roześmianych i szczęśliwych. Pośród wielu głosów usłyszał Jezusa z Nazaretu. Ten głos przemawiał inaczej. Zabolał go. Odczuł w sobie jakby rozpalone żelazo dotykało serca, czyniąc głęboką ranę. Patrzył w przed siebie tam, skąd dochodził ów głos. Odczuł, że coś ważne dokona się z jego życiem. Miał już dosyć tego, które przeżywał. Z dnia na dzień doświadczał osaczenia przez myśli i uczucia, które mówiły "do końca pozostaniesz ślepym człowiekiem". Wśród tych myśli pojawiała się jedna bardzo cicha, stanowcza, dająca odpoczniecie wśród wrzasku innych. To była myśl o nadziei. To był ten sam głos, jaki usłyszał wśród wielu głosów ludzi przechodzących drogą. Drogę i jej odgłosy od dawna nosił w sobie. Usiłował zrozumieć, co to oznacza?

Gdy nie uznajmy naszej ślepoty, nie prosimy o uzdrowienie. Życie w świecie rzeczy bawi, sprawia przyjemność. Przyjemność może prowadzić do zapomnienia o świecie ducha, o najgłębszych potrzebach człowieka. Tracimy wzrok, aby uświadomić sobie inny wymiar życia, ten niewidzialny, duchowy. Taki jest również sens wewnętrznej ciemności. Rzeczywistość z wymiaru duchowego nie rzuca się nam w oczy. Musimy oślepnąć, żeby być zdolnymi ją dostrzec. Musimy wejść w ciemność wewnętrzną, aby uzyskać nową wrażliwość postrzegania świata zewnętrznego. Naszym dążeniem jest "nauczyć się być ślepymi na to, co widzialne, aby móc wejrzeć głębiej w to, co niewidzialne w nas i wokół nas w to, co przenika wszystkie rzeczy swą obecnością" (A. Bloom, Odwaga modlitwy, Poznań 1987, s 81).

Dlaczego stajemy się niewidomymi w wymiarze ducha? Jesteśmy oślepieni zbyt wielkim światłem. Św. Symeon mówiąc o Bożej ciemności powiada, że "jest nadmiarem światła tak, że ktokolwiek w nią wkroczył, stał się niewidomym od jej blasku" (A. Bloom, dz. cyt., s 81).

Jesteśmy odpowiedzialni za to, co widzimy i czego nie chcemy zobaczyć. Jesteśmy odpowiedzialni na to jak patrzymy i dlaczego. W codzienności powinniśmy unikać stania się "ofiarą" naszego patrzenia. Wiele filmów, plakatów, programów telewizyjnych, wielu ludzi z różnych przyczyn przyciąga nasz wzrok. Możemy i powinniśmy wybierać to, na co chcemy i na co nie chcemy patrzeć. Żyjąc w świecie jesteśmy pozbawiani duchowej energii przez brak krytycznego odniesienia do naszego patrzenia. Ta sytuacja "wymaga od nas podjęcia świadomych kroków dla zabezpieczenia tej wewnętrznej przestrzeni, dzięki której możemy wpatrywać się w piękno Boga" (Henri J.M. Nuwen, Ujrzeć piękno Pana, Warszawa 1998, s 9).

Rzeczywistość, w którą się wpatrujemy wywołuje w nas strach, niepokój, lęk i nadmiar trosk, albo radość, otwartość i skupienie się na tym, co najważniejsze. Patrząc odczuwamy oddziaływujące na nas siły, zarówno wewnętrzne, jak i zewnętrze. W naszym patrzeniu jesteśmy po stronie Boga lub złego. Staliśmy się świątynią Ducha Świętego. Bóg patrzy na nas. Życie człowieka, jego duchowe stawanie się polega na patrzeniu na Pana. Życie duchowe to trwanie w odwzajemnieniu tego, co czyni Bóg wobec człowieka. Spotykamy się z Nim w patrzeniu, słuchaniu, mówieniu, miłowaniu, radości, bólu serca powodowanego Jego szukaniem.

Tam gdzie ludzki wzrok, tam też jego serce. Kontemplując Jezusa, naszym sercem jesteśmy blisko Niego. To jest celem kontemplacji – patrzeć na Pana i być blisko. Wpatrywanie się w Boga uzdrawia. Patrząc można się modlić. Życie nasze polega na patrzeniu z miłością na Boga, na bliźnich, na siebie samego. To jest tajemnica nieustannej modlitwy. Modlę się, gdy patrzę na wszystko i wszystkich z miłością.

Tym, co zamyka oczy na widzenie jest paraliżujący lęk. Obawiamy się, że zobaczymy to, co będzie ponad nasze siły, z czym sobie nie będziemy w stanie poradzić. Zamykamy oczy, bojąc się je otworzyć, aby rzeczywistość nie była taką, jaką podpowiada nam lęk. Przez niego stajemy się ślepi i nieszczęśliwi, uzależnieni od innych przez żebranie o miłość, współczucie, zrozumienie, przychylność, akceptację. Gdy przestajemy się lękać w nadmiarze, odkrywamy piękno Boga żyjącego w nas. Lęk pokazuje nam nieprawdziwy obraz nas samych. Patrzymy na świat bez przewidywania skutków. Będąc nieodpowiedzialnymi za patrzenie pogłębiamy się w lęku, a tym samym w wewnętrznej ślepocie.

Kiedy moje oczy otworzą się? Wtedy, kiedy pozwolę objąć się Bogu Jego spojrzeniem miłości. Konieczne jest przyzwolenie na to, aby On patrzył na mnie tak, jak zawsze patrzy – z miłością. Nie mogę o tym nie wiedzieć. Nie mogę tego nie przeżywać. Takie spojrzenie nie może pozostawić mnie obojętnego na jego miłość. Gdy Jezus patrzy na mnie, w moim sercu patrzę na niego. Jego spojrzenie jest wymowne. Wystarczy, że On patrzy na mnie, a odczuwam miłość. Nie muszę nic robić. Rezygnuję z analiz, rozważań, starania się o miłość. Ona zawsze jest darem. Kiedy nie przychodzi może to oznaczać, że stawiam stanowczy opór, bronię się uznając się na niegodnego, lub tego, który ze swej strony niedostatecznie nad sobą pracował. Jezus mówi do mnie, a ja do Niego. Nie ma słów. Jest radość, pokój, przywolenie na wszystko, są pragnienia, które przechodzą po niewidzialnej linie z Jego do mojego serca. Odczuwam miłość godząc się na to, aby połączyły nas Jego pragnienia. Modlę się pragnieniami Boga. Kocham nimi, patrzę przez nie. Świat jest inny – ludzki i boski zarazem.

Nie widzenie Bartymeusza jest znakiem jego przynależności do świata. Dominuje w nim lęk, postawa życia z dnia na dzień, beznadziejność, frustracja, rozpacz. Gdy nie chcemy zobaczyć tej rzeczywistości, którą pokazuje Bóg, trwamy w niewidzeniu. Zgoda na jej zobaczenie jest równoznaczna ze zgodną na nasze przejrzenie. Człowiek żyje, gdy patrzy na tego, który Go stworzył, zbawił i uświęca. Bóg patrząc na mnie, udziela mi życia w radości i pokoju. Dramatem naszym jest to, że nie patrzymy na Niego w wierze. Gdzie brakuje patrzenia na Boga, tracimy naszą wiarę i miłość. Bowiem są one owocem kontemplacji.

Gdy chcemy zobaczyć rzeczywistość ukazywaną przez Jezusa, zostanie nam to dane. Przejść jednak musimy przez ból "rodzenia", "szukania", "cierpienia" z Nim i dla Niego. Trzeba rozważać Słowo, aby nasze oczy skierowały się w stronę Boga. Gdy zacznę odczuwać Pana w sobie, będę chciał na Niego patrzeć, przebywać i rozmawiać. Patrzenie na Boga rozpoczyna się od serca. Nieuporządkowanie serca jest podstawową przeszkodą w kontemplacji. Porządkowanie serca i przyzwolenie na prowadzenie przez Jezusa jest wyraźnym sygnałem, iż pragniemy na Niego patrzeć, jak i On niestrudzenie (również w naszych upadkach) patrzy na nas z miłością.

Duch Święty zanim uzdolni nas do kontemplacji, patrzenia z miłością na Pana, odsłania stan wewnętrznej brzydoty w jakie się znajdujemy. Przechodzimy w naszym życiu duchowym od brzydoty do piękna, od fałszu do prawdy, od zniechęcenia do nadziei.

Liczba wyświetleń strony: 10716101 * Liczba gości online: 33 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC