MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Wyjść z tłumu



Jezus dostrzega człowieka będącego w biedzie. Wywołuje go spośród innych. Dlaczego Pan go zobaczył? Ponieważ nigdy nie została zniszczona relacja między nim a tym mężczyzną. Przychodząc do synagogi człowiek dawał wyraźny sygnał, iż jest zainteresowany byciem blisko Boga, choć nie rozumiał tego, co go spotkało. Jezus uczy odwagi do wyjścia z tłumu. Trzeba zrezygnować z anonimowości, byciem jednym z wielu, kimś zgadzającym się na to, co przynosi los. Wywołanie człowieka z tłumu jest równoznaczne z powiedzeniem mu: "Powinieneś walczyć. Nie wolno się poddawać, nie rezygnuj z życia, sprawności fizycznej i duchowej". Przychodzi taki czas, w którym powinniśmy opuścić życie na marginesie, na uboczu i wybrać miejsce wskazane nam przez Jezusa. Wyjść z tłumu!

Drugi etap uzdrawiania dotyczy wyprostowania ręki. Odczujmy strach tego człowieka. Jest szabat. Wielu ludzi w synagodze, którzy jako prawowierni Żydzi, przestrzegają Prawa. Są kapłani, stróże świątyni, czuwający nad świętowaniem dnia szabatu. Chcąc być zdrowym ów człowiek musi narazić się tłumom, stać się kimś innym od nich w myśleniu i działaniu. Jezus oczekuje, by stanął przy Nim, odchodząc od tłumu. Mógł się narazić na śmiech, mogło nic nie wyjść. Ręka mogłaby pozostać na swoim miejscu, a on powróciłby do domu z niczym. Jezus mówiąc do człowieka daje Mu siłę zaufania, umożliwiającą czynienie tego, o co prosi. Tłum narzuca określony styl patrzenia. Człowiek pozwala się zamknąć w określonych formach zachowań, które nie są jego osobistymi przekonaniami, lecz będąc wewnętrznie słabym, nie mając sprecyzowanych poglądów, ulega manipulacji. Jest dobra chwila na dokonanie własnego wyboru, podjęcie decyzji, która nie będzie zależała od ludzi, lecz skutek jej będzie miał swoje źródło w posłuszeństwie słowu Bożemu.

Będąc w tłumie, słuchając wielu ludzi może się okazać, że nie posiadamy własnego kręgosłupa. Kryjemy się za innymi, gdyż nie spieszymy się do odpowiedzialności za własne słowa, decyzje, wybory. Przychodzi jednak czas, w którym Bóg mówi, że trzeba od tego odejść, dokonać radykalnego zwrotu, uzdrowić swoją kreatywność, której symbolem są ludzkie ręce. Jeśli się za kimś kryjemy, oznacza to, iż jesteśmy słabi, podobnie jak ci, którzy nas osłaniają. Naszym kręgosłupem bywa grupa znajomych, przyjaciół, którzy zawsze nam powiedzą, co jest lepsze. Idziemy za tym mając uschłe ręce.

Jezus pokazał człowiekowi z uschłą ręką, że ze strony tłumu, nic mu nie zagraża. Powinien wyrwać się spod jego dominacji. Powinien, ponieważ może to zrobić. Czasem upieramy się przy wizji świata czy środowiska, w którym żyjemy, będącego wrogo do nas usposobionym. To inni zatruwają nam życie, sądzimy. Tymczasem myślenie o rzeczywistości wprowadza nas w podejrzliwość, "Co powiedzą, gdy wyjdę i poproszę Jezusa o pomoc? Przecież jest szabat. Kapłani będą oburzeni. Najbliżsi wykażą wobec mnie swoją niechęć. Będę osamotniony". Jezus, każąc wyjść choremu człowiekowi tłumu, udziela mu władzy nad sobą i własnym losem. Oczyszcza teren, dając ogromne poczucie bezpieczeństwa. Stając po jego stronie, staje się jego fundamentem nadziei i odwagi. Staje się jego drogą, która prowadzi do życia.

Faryzeusze i uczeni w Piśmie chcieli w jakimś sensie sprawować kontrolę nad chorymi. Określali, kiedy mogą przychodzić i leczyć się, a kiedy tego czynić nie powinni. Nie zrozumieli, na czym polega prawdziwa miłość. Dlatego "urabiali" innych według litery prawa, nie zwracając się w stronę Ducha, który inaczej niż człowiek rozumie myśli i drogi Boga. Gdy człowieka nie kochamy, staramy się wpłynąć na to, kim jest, co myśli, co mówi, co będzie mówił, co zrobi. Wybieramy drogę postępowania za innych. To nie jest miłość.

Wydaje się nam, że znamy kogoś lepiej, niż on siebie i lepiej wiemy, kim być powinien oraz czym powinien się zajmować. Życie z takimi osobami staje się z czasem nieznośne. Uciekamy od ludzi, którzy "lepiej wiedzą", "zawsze znają odpowiedź na każde pytanie", "na wszystkim się znają". Wydaje się niektórym osobom, że miłość daje im prawo do drugiego człowieka. Miłość ta rozumiana jest jako posiadanie kogoś na własność, zawłaszczenie go dla siebie.

Jezus wiedział, że człowiek chory nie chciał stać w tłumie. Pragnął być pozbawionym anonimowości, poznany ze swoim problemem. Chciał zdecydować wreszcie o sobie, o tym, co w danej chwili zrobi i poniesie za to pełną odpowiedzialność. Wydaje się, że wyjściu z tłumu towarzyszy powrót szacunku do samego siebie człowieka chorego. "Z chwilą, gdy nauczymy się kochać siebie, odzyskamy również władzę nad naszym życiem. Przejście od stanu reaktywności do aktywności doda naszemu życiu natchnienia, energii, smaku i koloru" (V. Clarke, Kochać mądrze, Warszawa 2005, s 25). Chory człowiek staje poza zasięgiem negatywnych ocen, niezadowolonych spojrzeń. Zgodził się zainwestować w siebie patrząc na Jezusa i idąc w Jego stronę aż na środek synagogi.

Posłuszeństwo wezwaniu chorego przez Jezusa doprowadza do odkrycia prawdy o obecnych o synagodze. To, co się dokonało nie było wyłącznie złem, lecz miało swoje dobre strony. Pod wpływem słów Jezusa i cudownego uzdrowienia człowieka ujawnił się gniew i sprzeciw wobec takiej postawy Nauczyciela. Zgromadzeni ukrywali się pod pozorami prawdy. Wszystko to, co pozorne musi ulec zniszczeniu, gdy pojawi się odwaga, wezwanie do czynienia dobra drugiemu i jasne opowiedzenie się po stronie prawdy.

Wezwaniu Jezusa "ulega" jedynie człowiek chory. Pozostali, nie ruszyli się ze swoich miejsc. Uważali się za zdrowych i niepotrzebne im było wezwanie Jezusa. On tego od nich nie oczekiwał. Spodziewał się czegoś więcej, niż ukazania, jak w przypadku chorego, jego martwej ręki. Nauczyciel wezwał do ujawnienia stanu, w jakich znajdowały się ich serca. "Pytam was: Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy wolno źle czynić; życie ocalić czy zniszczyć?" (Łk 6,9b). Reakcja na tak postawione pytanie odsłania człowieka, mówi o nim wszystko zarówno w porządku ludzkim, odniesienia do człowieka, jak i w porządku nadprzyrodzonym – relacji z Bogiem. Ujawnia się egoizm, strach przed tym, jak wiele może ujawnić moja szczera odpowiedź oraz duma, w której nie pozwalamy, aby stawiano nam takie pytania.

Konfrontacyjne pytanie Jezusa odsłoniło to, czego nie można było dostrzec, patrząc na tłum zgromadzony w synagodze. Był on wspólnotą niejednorodną w swoich poglądach religijnych i moralnych. Brakowało tym, którzy ją tworzyli chęci i odwagi, aby wyjść poza swój strach i niewiadomą w stronę Jezusa. Trudno nam też zgodzić się z tym, że ktoś z naszej wspólnoty "idzie do przodu", rozwija się, jest posłuszny Słowu Bożemu. To może budzić opór i sprzeciw, przy równoczesnym uzasadnianiu, że nie powinien tego robić tak, jak robi, a także w tym czasie, w który zdecydował się na ten krok. Według Pasquale Ionata "Główny konflikt zachodzi pomiędzy tą częścią nas samych, która tęskni za wzrostem, a tą drugą, która pragnie pozostać na poziomie niedojrzałości i jest jeszcze zniewolona przez pępowinę, z której czerpie poczucie pozornego bezpieczeństwa" (Psychoterapia a problemy życia religijnego, Kraków 1993, s 63).

Człowiek z uschłą ręką reprezentuje tę grupę osób we wspólnocie, która tęskni za wzrostem, natomiast pozostali, zgromadzeni w synagodze są przedstawicielami tych spośród nas, którzy chcą pozostać na takim poziomie, jaki aktualnie reprezentują. Niechęć do rozwoju jest spowodowana chorą zależnością od faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Nie są zdolni do samodzielnego myślenia i autonomicznego wyboru. Obawiając się konsekwencji związanych z samodzielną decyzją, nie podejmują jej wcale. Jezus swoją postawą skłania obecnych w świątyni do dokonania przejścia od oparcia się na zewnątrz, czyli w przywódcach religijnych, do oparcia w sobie, we własnym sumieniu.

Człowiek chory nie wychodzi z tłumu jako ten lepszy od innych, chcący doznać wyróżnienia. Wychodzi, gdyż tłum nie zabiega o jego uzdrowienie. Jego wyjście jest oddaniem go przez tłum, aby powrócił zdrowy, na świadectwo dla tych, którzy będą na niego patrzeć i słuchać jego opowiadań. Chcąc żyć razem z innymi, trzeba zabiegać o własny rozwój duchowy i moralny. Wielkim obciążenie dla wspólnot rodzinnych, zakonnych, chrześcijańskich są ci, którzy nie chcą wzrastać duchowo. Potrzeba odejść wewnętrznie od najbliższych, aby powrócić wzmocnionym i proponującym określoną drogę.

Walczymy o lepsze miejsce lub o władzę. Rzecz nie w tym, aby służyć, lecz być bardziej widocznym, cenionym, uznanym za człowieka, który "ma siłę przebicia". Żyjąc razem, nie pozbawiamy się konfliktów. Musimy przejść przez doświadczenie, że jedni nas lubią, inni zaś nie znoszą. Podobnie jest i z nami. Nie tyle brane są pod uwagę umiejętności, kompetencje, lecz to, co ktoś może dobrego dla mnie zrobić. Jeśli jest przeze mnie lubiany, popieram go. Jeśli nie, tworzę atmosferę niesprzyjającą Jego przewodniczeniu wspólnocie. Na dalszy plan schodzi profesjonalizm, troska o dobro wspólne, bycie z innymi.

Musimy z czasem odkryć, że są osoby, które lubimy i tacy, których nie znosimy. Konflikty ujawniają, jak wiele jest w nas emocji głęboko ukrytych, a tym samym niszczących. Negatywne emocje skłaniają do "równania w dół". "Każdy reaguje inaczej: jedni zamykają się w depresji, inni uciekają w kompensacje, zżera ich zazdrość albo wstrząsa nimi nienawiść czy gniew" (J. Vanier, Źródło łez, Kraków 2002, s 80).

Liczba wyświetleń strony: 10034273 * Liczba gości online: 14 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC