MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Lęk przed spotkaniem



"Oddać się miłości to oddać się wszelkim lękom", mówi św. Teresa od Dzieciątka Jezus (M. Eugeniusz od Dzieciątka Jezus, Twa miłość wzrastała wraz ze mną, Poznań 1996, s 39). Człowiek z uschłą ręką lęka się kontaktu. W synagodze chowa się za innych. Nie może wejść w relację, nie może podać swojej ręki. Przez ręce ujawniamy swoje wnętrze, swój styl myślenia, wrażliwość. Człowiek z taką ręką stał się jakby nieśmiały, wycofany, niestający w pierwszym szeregu z innymi, wręcz nie chciał, aby kto postrzegał jego kalectwo. Jeśli coś jest w nas umarłe chowamy się w sobie nie pokazując, jakimi jesteśmy, by nie narazić się na pytania zmuszające do wspomnień. Powrót do przeszłości bywa niezwykle uciążliwy.

Ręką mogę kogoś dotknąć czule, mogę nawiązać kontakt, mogę podać rękę komuś w geście przyjaźni. Ale mogę też w ręce coś wziąć, coś kształtować i formować, dzięki ręce mogę na coś się zdecydować, podjąć ryzyko. Uschnięta ręka jest symbolem człowieka, który się przystosował, który cofnął rękę, który nie chce się sparzyć czy pobrudzić. Porzucił walkę o życie, zrezygnował z życia własnego i zadowala się rolą biernego widza. Niczym już nie emanuje. On niczemu już nie nadaje kształtu, nie wnosi życia, jest wycofany. Lęka się kontaktu, jest dobrze ułożony, grzeczny i spokojny (por. A. Grün, Jezus droga do wolności, Kraków 2003, s 53-54).

Jezus wywołując go na środek wchodzi z nim w bezpośrednią relację. Potrzeba, aby chory słuchał. Posłuszeństwo w sercu uczyni go odważnym. Uzdrowienie bierze swój początek w słuchaniu słowa Bożego. Zajęcie miejsca w centrum synagogi jest o tyle ważne, że miejsce to wskazuje Jezus. Chodzi o to, aby stanąć w tym miejscu, które w skazuje, wypełnić to polecenie, jakie wydaje. Człowiek z uschłą ręką jest kimś ważnym, nie powinien jedynie przystosowywać się i ulegać. Ma swoją jedyną, niepowtarzalną godność. Powinien porzucić margines i stanąć pośrodku. Tu jest jego miejsce. Jezus czegoś od niego wymaga. Chory nie może nadal trzymać się roli widza. Staje w środku oglądany ze wszystkich stron. Znalazł się w sytuacji, której zawsze unikał. Nie może się schować. Jest odkryty, inni na niego patrzą.

Konfrontacja Jezusa z faryzeuszami i z tymi, którzy obserwują. Wyczuwa mur wrogości i milczenia. Jezus znajduje oparcie w sobie, w Ojcu, w miłości do nich. W synagodze jest mnóstwo ludzi, ale jeden chowa się za drugiego. Nie występują pojedynczo, lecz tylko jako masa. A przy tym obwarowują się Prawem. To słabi ludzie, pozbawieni kręgosłupa i dlatego potrzebujący jego namiastki. Faryzeusze kryją się za ideologią Prawa i normy prawnej. Jezus spogląda na nich, pełen smutku i gniewu. To zupełnie szczególne połączenie. Gniew Jezusa oznacza Jego odcięcie się od ludzi wiernie zachowujących Prawo; sprzeciwia się im i czyni to, co uważa za słuszne. Wyrażając swój gniew, Jezus dystansuje się do faryzeuszy, chroni przed ich zarzutami, oskarżeniem o nieprzestrzeganie Prawa. Gniewem uwalnia się od ich dominacji nad zgromadzonymi w synagodze, ale i od próby dominacji nad Nim samym. Nie pozwala sobą kierować.

Natomiast smucąc się, pragnie dotrzeć do ich serca. "Smucić się", oznacza być "współczującym". Wczuwa się w ich sytuację, próbując dojrzeć biedę moralną i duchową, kryjącą się za fasadą legalizmu. Smucąc się, Jezus okazuje współczucie tym ludziom; wyczuwa, jak muszą być martwi i "do niczego", jak ciemno musi być w ich sercu, jak chaotycznie; mogą utrzymać swój nieład na wodzy jedynie poprzez bezwzględne respektowanie Prawa. Jaki musi ich przeszywać lęk, skoro w ich duszy zapanowała taka ciasnota? Ile musi być w nich rozpaczy i pogardy, skoro potrafili zamknąć się na ludzkie cierpienie Jednak współczując im, Jezus nie może ich uzdrowić. Wprost przeciwnie, oni postanawiają Jego śmierć. Jezus uzmysławia faryzeuszom, że ich wykładnia Prawa wyrządza ludziom wiele zła i zabija w nich życie. Jezus chce zachować więź z faryzeuszami. Zasmucony podaje im rękę, lecz oni jej nie przyjmują.

W autentyczną relację z drugim człowiekiem wchodzimy wówczas, gdy znajdujemy oparcie w samych sobie. Brak zakreślenia granic między sobą a innymi ludźmi jest przyzwoleniem, aby uczucia i namiętności innych wpływały zdecydowanie na nasze wybory, postawy, styl życia a przede wszystkim na nasze wewnętrzne przeżycia (por. A. Grün, Jezus droga do wolności, Kraków 2003, s 56). Kostniejemy emocjonalnie i duchowo i nie wiemy, że to się w nas dokonuje. Uważając Prawo za ważniejsze od człowieka, jego normy stawiając wyżej od niedoli chorego, czynimy zło. Przestrzeganie nakazów i zakazów uśmierca duszę. Giniemy, gdy narzuca się nam sztywne normy, w których nie odnajdujemy czułej miłości Boga.

Lękamy się na przyszłość. W taki sposób w zawrotnym tempie zbliżamy się do sytuacji, której chcemy uniknąć. Zbliża się do nas rzeczywistość, której się obawiamy. Prowokujemy jej zaistnienie przez lęk. Wyobraźnia podpowiada nieszczęścia, jakie mogą nam się przydarzyć. Najczęściej mówiąc o lęku słyszymy, aby stanąć "twarzą w twarz" z nim i powiedzieć to, co czujemy. Wydarzenie z człowiekiem chorym sugeruje nam zupełnie inną postawę. To nie wobec lęku powinniśmy stanąć w taki sposób, lecz przed Jezusem. To w Jego oblicze, a nie w twarz lęku należy patrzeć, żeby nie uciec. Chory mimo obecnego w nim lęku, nie skupia się na nim. Lęk mógłby uczynić go swoim niewolnikiem. Patrzy na Jezusa, który go woła.

Nie jest nam potrzebna konfrontacja z lękiem. Nie mamy na to ani siły ani chęci. Postawa dziecka przed Bogiem-Ojcem jest rozwiązaniem, jakiego potrzebujemy. To nie do nas należy odniesienie zwycięstwa nad lękiem. Nie naszą sprawą jest walka. Do nas należy kontemplacja Oblicza naszego Pana. W miłosnym wpatrywaniu się w Tego, który nas miłuje jest nasza siła. Konieczne wydaje się przeniesienie całej rzeczywistości zmagań z płaszczyzny jedynie psychicznej na płaszczyzną religijną, na "ucieczkę" w stronę Jezusa. Potrzeba patrzeć na Tego, który emanuje na nas miłością. "Czasami wystarczy coś tak prostego jak rezygnacja z nieustannej walki (…) Nasz anioł stróż dobrze nam życzy i chce nam pomagać. Wystarczy tylko poprosić, a wskaże nam drogę. Z jego pomocą możemy zmienić spojrzenie na świat i odzyskać radość życia" (V. Clarce, Kochać mądrze, dz. cyt., s 70).

Spotkanie z Jezusem powinno dokonywać się w ranach. Kiedy z miłością wpatrujemy się w Jego przebite obie ręce i stopy i bok, odzyskujemy "władzę" w naszych rękach i stopach i boku, czyli w sercu. Przyłożenie naszych ran do ran Jezusa i tego, co w nas uschnięte, zniekształcone od bólu, frustracji i gniewu, i odrzuca swoim wyglądem – sprowadza łzy. Płaczemy nad sobą wchodząc w skruchę. Rany Jezusa pobudzają do skruchy, łez i miłości. Trzeba dotknąć tego, co w nas umarłe. Z ran Jezusa wypływa życie.

Nie można się przyzwyczaić do swoich ran. One nie pozwalają o sobie zapomnieć. Otwierają się w czasie, w którym nigdy nie jesteśmy na to przygotowani. Zawsze jest to chwila najlepsza na spotkanie z Jezusem. Kiedy żyjemy w złudzenia, udajemy, że żyjemy, maskujemy swoją nieuczciwość, nasze rany otwierają się. Można ten akt określić mianem "płaczu Jezusa" w nas. On płacze w naszych ranach. To jest też chwila upomnienia się o naszą miłość, wezwanie do miłości po raz kolejny. Zachęta do spotkania, przyzwolenia na prowadzenie, pójście tam, gdzie Jezusa wskazuje nam miejsce.

Człowiek chory stał wśród tłumu, ale czy dobrze czuł się wśród swoich? Był taki sam, a równocześnie jakże inny od nich. Doświadczenie wzgardy z zewnątrz, a wewnętrznie odczuwanie, że żyje na marginesie, nie będąc użytecznym tak, jak inni. Gdy nie zaznamy miłości to, albo uciekamy od ludzi lękając się ich, albo zbyt do nich lgniemy żądając tego, czego nam najbardziej brakuje. Poranienie odczytujemy jako odrzucenie. Dlatego stronimy od ludzi chodząc własnymi drogami nie opowiadając tego, co przeżywamy.

W naszym poranieniu chcemy być komuś potrzebni. Nie mamy jednak śmiałości wspomnieć o tym. Trudno przed drugim nazywać to, co jest mieszaniną składającą się na zagubienie. Człowiek mógłby nie zrozumieć naszych odczuć. Z Jezusem jest inaczej. Konieczne staje się przyzwolenie na Jego wejście w to, co już "cuchnie". On musi wejść w nasz brud, naszą ciemność i śmierć. Wyobrażam sobie, że Jezus w synagodze czyni to, co zrobił będąc u Marii i Marty, wobec swojego przyjaciela Łazarza. Wywołał go z jego grobu na zewnątrz. Podobnie człowiek z uschłą ręką jest przywołany na spotkanie ze Światłością, wyjście z ciemności. Tam gdzie jest Jezus, tam gdzie On przywołuje jest światłość uzdalniająca do zmierzenia się z własną chorobą, a nawet śmiercią.

Nikt w synagodze poza Jezusem nie spotkał się z chorym. Spotkaniem jest wejście w to, czego człowiek się lęka, co przeżywa, czego nie chce pokazać. Spotkanie nie jest po to, aby wyrazić współczucie, lecz w tym celu, aby Ojciec został uwielbiony. Nasze spotkania winny być miejscem oddawania czci Bogu. Wówczas z nich przyjmujemy siłę i zdrowie. W takich spotkaniach udzielamy życia. Człowiek z uschłą ręką staje się zwiastunem życia, zapowiedzią nadziei dla tych, którzy zdobędą się na odwagę posłuchania Jezusa. Chcąc zwiastować życie, trzeba odpowiedzieć na miłość. Życie rodzi się tylko z miłości. Kochanie jest dawaniem życia. "Kiedy kogoś kochamy, pozwalamy mu się narodzić, dajemy mu zaufanie do samego siebie, pokazujemy mu, jak bardzo jest piękny, objawiamy mu moc miłości, która w nim jest i jego zdolność do dawania życia" (J.Vanier, Źródło łez, Kraków 2002, s 71).

Liczba wyświetleń strony: 10664000 * Liczba gości online: 36 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC