MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Ręka Boga i ręka człowieka



Robimy to, co do nas należy. Mamy swoje dni trudne i pomyślne. Jak dobrze jest ręką czule dotknąć osobę najbliższą, z którą łączy nas relacja miłości i przyjaźni, nawiązać kontakt przez serdeczny gest pozdrowienia, przywitać się otwartą dłonią nie pozostawiając wątpliwości, że cieszymy się z tego spotkania. Ręce kochają, rzeźbią, malują, piszą, gotują. Ręce człowieka są jak ręce Stwórcy. Nieustannie stwarzamy siebie przez nasze ręce. To, co nimi czynimy ma wpływ na to, jak się czujemy, czy w siebie wierzymy, ale też – jak się modlimy. Przez nasze ręce wyrażamy to, co jest w nas najgłębsze: piękne, mocne. Odkrywamy naszą wrażliwość i czułość. Dajemy siebie przez nasze ręce; inni nas w taki sposób odkrywają.

Dzięki nim jesteśmy twórczy, podejmujemy określone ryzyko. Ręce uczestniczą w naszym grzeszymy. Uschła ręka mogła być sygnałem ostrzegawczym, skłaniającym nas do opamiętania się, przebudzenia wewnętrznego. Gdy wszystko funkcjonuje w nas odpowiednio nie odczuwamy potrzeby czynienia Boga pierwszym w naszym myśleniu. Dopiero nieszczęście sprowadza myśl o Nim. Problemy, jakie się pojawiają informują o potrzebie doradcy, lekarza, przyjaciela i zwracamy się w stronę tego, który powinien być w miejscu centralnym naszej troski.

Gdy źle wyrażamy siebie, coś w sobie niszczymy, doprowadzamy do uschnięcia, sami pozbawiamy się życia. Człowiek z uschłą ręką spotkał się wielokrotnie z niezrozumiałą dla siebie krytyką, odepchnięciem i okazaniem niechęci. To sprawiało, że będąc w synagodze ukrywał się za plecami innych. Stronił od ludzi. Od wielu lat męczyło go to, że nie przebaczył im naprawdę, przez co dał im nad sobą władzę, która utrzymywała go w dotychczasowej, okaleczonej egzystencji. Nosił w sobie wiele gniewu. Mimo takich namiętności przychodził do synagogi jakby wyczuwając, że zdarzy się coś, co zmieni jego życie na lepsze.

Jak siebie wyrażać, aby żyć? Ręką mogę czynić dobro lub zło, sprawiedliwość lub nieprawość, nawiązać z drugim przyjazny kontakt lub stanowczo od niego odejść. Kalectwo sprawiło, że czuł, iż słabnie w nim życie. Miał w sobie wielkie pragnienie przebaczenia i otrzymania go, uwolnienia się od ocen i opinii, jakie wypowiadał. Wydawane przez wiele lat sądy pogłębiały jego osamotnienie. Ciężko jest żyć z niewypowiedzianymi słowami i brakiem gestów, które wyjaśniają, jednoczą, zbliżają ludzi do siebie. To, czego nie powiedział, nie wykrzyczał lub nie wypłakał sprowadzało ciemność i obciążało go niewypowiedzianym poczuciem winy.

Mamy wiele negatywnych odczuć w odniesieniu do życia. Utrwalamy w sobie postawę ofiary, a przez to skazujemy się na samotność. Targa nami wewnętrzna obawa przed niepowodzeniami. Sytuacja ta sprawia, że boimy się wszystkiego, nad czym nie posiadamy kontroli, co jest niemożliwe do wcześniejszego sprawdzenia. Chcielibyśmy za wszelką cenę uniknąć porażek. Myślenie nasze jest schematyczne, w którym nie ma miejsca na spontaniczność, ryzyko, a przede wszystkim zaufanie Bogu.

Pamiętamy, że nas skrzywdzono. Ręce "opadają" przez zniechęcenie. Boimy się inwestować w uczucia. Nie chcemy kolejny raz dostać "po łapach". Zawiedzenie się i ból jest tak głęboki, że człowiek wycofuje się z życia "liżąc rany". Nie kochając samych siebie jesteśmy częściej podatni na zranienia. Bez zranień nie ma życia. Są one w tym celu, byśmy zdobywając doświadczenie "wśród łez i utrapień" uczyli się zaufania i pokory. Nie każdej ręce pozwalamy, aby rozciągnęła "namiot" nad nami. Nie każdy człowiek powinien być dopuszczony do tajemnic naszego serca. W sprawach relacji z innymi ludźmi, nie może być pośpiechu. To, czego najbardziej potrzebujemy w naszej codzienności, to udanych relacji, szczerego, otwartego i przyjaznego dialogu z innymi. Wycofuje nas z życia zawiedzenie się na innych, poczucie bycia oszukanym, niezrozumianym i wykorzystanym.

Na miarę gojenia się w nas najgłębszych ran rozróżniamy, co w naszym życiu jest dziełem "ręki" ludzkiej, a co Boskiej. Całe życie liżemy rany, o których wie jedynie Bóg i my. One uczestniczą w kształtowaniu się naszej pamięci, wspomnień, wrażliwości. Chcemy być twórczy lub zachowawczy. Skłaniamy się do wchodzenia odważnie w relacje z innymi lub staliśmy się przesadnie ostrożni. Musimy być uważni, aby przeszłość nie zajęła w naszej przyszłość zbyt dużego miejsca. Z tego, co się wydarzyło powinno pozostać to, co jest dobre, mądre, szlachetne i czyste. "Ciągnięcie za sobą" urazów, żalu, frustracji pozbawia nas chęci do życia.

Kochając siebie nie lgniemy do innych, wierząc w każde ich słowo. Głody uczuciowe sprawiają, że tracimy orientację w odniesieniu do rzeczywistości. To, co widzimy i słyszymy jest dla nas prawdziwe i przekonywujące. Nie mając odpowiedniego dystansu do własnych potrzeb emocjonalnych i duchowych, nie umiemy odczytywać człowieka w jego potrzebach i oczekiwaniach. Miłość samego siebie pozwala rozeznać zamiary człowieka, z jakimi przychodzi. Odpowiedni dystans do własnych uczuć, namiętności i potrzeb pozwala czuwać nad tym, co jest dla nas ważne. Potrzebujmy wewnętrznego spokoju, aby zaistniała w nas rozwaga. Nigdy nie będziemy cieszyli się relacją z innymi, jeśli nie będziemy nosicielami radości i pokoju z własnego istnienia.

Muszę poczuć się dobrze z samym sobą, abym mógł odczuwać ten stan ducha, będąc z innymi. Zanim poczujemy się dobrze z samym sobą potrzebujemy zrozumienia tajemnicy nienasycenia, niespełnienia, nie pocieszenia. Ważna wydaje się odpowiedź na pytanie, czego oczekujemy od życia, od ludzi, z którymi jesteśmy w relacji, a także od samych siebie? Często dzieje się tak, że dążymy do realizacji własnych potrzeb i pragnień, zupełnie pomijając oczekiwania innych. Gdy stajemy na miejscu centralom w relacji z innymi, z naszymi oczekiwaniami, poniesiemy klęskę spowodowaną krzywdzeniem osób drugich. Rozwiązaniem tej kwestii jest postawa, w której razem z drugą osobą stajemy w centrum. Zarówno innych jak i nasze potrzeby posiadają to samo znaczenie, tę samą rangę ważności. Na to wskazuje Jezus wzywając człowieka z uschłą ręką, aby stanął wraz z Nim na środku synagogi.

Nasze ręce są przede wszystkim do kształtowania własnego życia. Wycofanie się z tego zadania może wpływać na ich "usychanie". Kształtowanie własnego życia, to troska o życie własnym życiem. Bardzo często skupiamy się na gestach, słowach, postępowaniu osób nam bliskich. Ktoś pochłania naszą uwagę tak mocno, że nie znajdujemy wewnętrznej siły do refleksji nad sobą i oceny własnego postępowania. Stajemy się krytyczni jedynie wobec drugich. Może to prowadzić do niepewności we własnym życiu. Stajemy się przeczuleni na drugich. Całkowicie ulegamy opinii innych ludzi, również na nasz temat. Poglądy ich stają się dla nas sprawą życia lub śmierci, Chcemy na pewno kwestią dobrego lub złego samopoczucia. Równolegle chcemy wiedzieć, czym się zajmują osoby całkowicie pochłaniające naszą uwagę, o czym myślą, co przeżywają. Jeśli nie jesteśmy w stanie zdobyć odpowiednich informacji czujemy się rozdrażnieni i zniechęceni do życia.

Zaczepny ton uwagi, obojętne spojrzenie rzucone od niechcenia w naszą stronę skłaniają nas do wycofania się z życia, przebywania w zablokowaniu wewnętrznym własnych uczuć, myśli i słów. Przewrażliwienie staje się naszym uzależnieniem. Ono ma wpływ na podejmowanie przez nas określonych decyzji lub wycofanie się z podjętych inicjatyw. Rezygnujemy z realizacji określonego planu tylko, dlatego, że ktoś go nie rozumie lub nie jest nim zainteresowany. Tymczasem zależy nam chorobliwie na wyraźnym znaku poparcia ze strony tej właśnie osoby.

Konieczne jest myślenie o sobie i własnych potrzebach. To, co może nas uczynić szczęśliwymi nie znajduje się nigdy poza nami, ale w nas. Nosimy w sobie szczęście, a tego nie wiemy. Nasze szczęście jest uzależnione od tego, na co patrzymy, o czym myślimy i jakie przeżycia, wspomnienia nam towarzyszą. Należy odejść od koncentracji na sprawach pozbawiających możliwości myślenia o Bogu. On jest Osobą centralną. Chcąc odczuć radość życia z Bogiem, konieczne jest doznanie radości życia z samym sobą.

Po upływie czasu, wewnętrznych zmagań przebaczeniu ludziom i sobie samemu, będąc zatroskanymi o ciszę i modlitwę dochodzimy do odkrycia, że taka jest "ręka" nad nami, na jaką się zgadzamy. Ręka tego jest nad nami, w którego miłość wierzymy i ją odwzajemniamy.

Nie musimy dostrzegać w ludzkiej niegodziwości rękę Boga. To, co człowiek czyni nie czyni dlatego, że Bóg tak chce, lecz dlatego, że jest to wolą człowieka. Człowiek ma swoje kaprysy, niechęci, żale, którymi emanuje na drugich. Przypisywanie Bogu ludzkich czynów jest niegodziwością. To, do czego zachęca nas Jezus, to sposób przeżywania tego, co przychodzi na nas ze strony człowieka. Sposób przeżywania może prowadzić nas do Boga albo do rozpaczy. Jezus nie chce dla nas zła, którego twórcami są ludzie.

Liczba wyświetleń strony: 9477028 * Liczba gości online: 24 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-26
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC