MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Martwa ręka



Ręka człowieka jest "naga", niczym nieosłonięta. Można zobaczyć jej kształt, ale też wszystkie schorzenia, jakim jest poddana. Ręką możemy posługiwać się do czynienia dobra, ale i do zła, np. manipulować innymi, wyrażając to, czego nie ma w naszym umyśle i sercu. Za pomocą ręki możemy zmieniać ludzi wokół nas, ale też i świat, jaki nas otacza. Może być i tak, że bierzemy zbyt wiele z tego świata, a niczym nie chcemy się z nim dzielić.

Na ręce maluje się historia ludzkiego życia. Inna jest ręka rolnika niż człowieka pracującego w biurze. Przez rękę człowiek wyraża to, co chce lub, czego nie chce, przed czym się wstrzymuje. To ręka służy do naszej komunikacji z innymi. Za pomocą ręki człowiek może wyrażać swoje "fiat" lub "non serviam". Nasze ręce mówią o nas. Możemy wyrażać swoje myśli i najgłębsze uczucia. Możemy siebie i innych chronić przed niebezpieczeństwem lub zadawać ból.

Gdy mamy pozytywny stosunek do ludzi nas otaczających ruchy naszej ręki są miękkie, pieszczotliwe. Gdy odniesienie nasze jest pełne nienawiści, gniewu i złości ręka może zaciskać się w pięść, przygotowując się do walki. Gdy odczuwamy lęk przed otoczeniem, gesty naszych rąk mają charakter odpychający od siebie, nastawiony na obronę. Gdy jesteśmy zrezygnowani, zniechęceni, nasze ręce opadają w geście rezygnacji.

Gdy panujemy nad rzeczywistością i wiemy, czego chcemy, ruchy naszych rąk są zdecydowane, celowe, pewne. Gdy opanowuje nas niezdecydowanie, bojaźliwość, wahanie, wówczas nasze ręce są zdominowane przez ruchy chaotyczne, nerwowe, bezradne. Swoimi rękami wyrażamy stosunek do innych, do tego, co przeżywamy. Ręce objawiają w jakimś stopniu nasze wewnętrzne przeżycia, oczekiwania, stany emocjonalne. Swoim uściskiem dłoni ujawniamy swój charakter, oraz wyrażamy relację, jaka jest między nami a drugim człowiekiem.

Ruchami rąk przekazujemy to, co trudno nam ująć w słowa – nasze emocje, stany wewnętrzne. Możemy w nich ujawniać nasze dążenie do prawdy, ale też odsłaniać zakłamanie.

Uschłą ręką nie mógł się posługiwać. Jego dramat nie miał wpływu na osobiste odniesienie do Boga. Przychodził do synagogi. Był tam, gdzie być powinien. Wierzył, choć nie rozumiał, dlaczego jest niesprawny. Mimo nieszczęścia miał świadomość, że nie powinien rewanżować się na Bogu unikając miejsca świętego. Choroba stała się miejscem próby dla jego wiary i przyjaźni. Nie wiedząc dorastał do dnia uzdrowienia. Bóg o nim pamiętał.

Człowiek przychodził do synagogi, aby się modlić, choć odczuwał swoje skrzywdzenie. To ono wraz z wytrwałą modlitwą prowadziło go na miejsce i chwilę najważniejszego ze spotkań. Odczuł potrzebę przejścia od narzekania na swój los do wielbienia Boga. Potrzeba wielbienia jest objawieniem żywej wiary, a tym samym otwarciem na przyjęcie uzdrowienia.

Trudno sobie radzić z codziennymi sprawami, będąc niepełnosprawnym. Być zależnym od innych, zdanym na ich życzliwość. Co miałoby to doświadczenie znaczyć? Niewątpliwie byłby czas zamknięcia, ucieczki od Boga i ludzi, a potem życie wymusza określone zachowania, potrzebę radzenia sobie w swojej biedzie. Jak trudno sobie wyobrazić człowieka w takiej sytuacji, gdy sami jesteśmy sprawni fizycznie. Martwa ręka jest dla mnie znakiem martwoty wewnętrznej człowieka, zaniechania przez niego określonych decyzji, albo też podejmowania takich, które zabijają radość i chęć tworzenia.

Im większy jest nasz ból emocjonalny czy duchowy tym bardziej nasze ręce zdają się być martwe. Trudno nam emanować ciepłem, czułością czy zaradnością. Jeśli szukamy przez nasze ręce bliskości drugiej osoby, to nie w tym celu by dawać ciepło, lecz je przyjmować. Ludzie o "martwych rękach" stawiają żądania, mają wiele wygórowanych oczekiwań wobec swojego środowiska. Jest to krzyk własnej nieporadności, zagubienia się w swojej wewnętrznej martwocie. Jest to znak rozpaczy człowieka nieodczuwającego w sobie głębi życia.

Zdolność panowania nad własnym życiem, rozwój duchowy i moralny uświadamia nam, że wzięliśmy je we własne ręce. Przysparza to radości i odczucia, że życie nie przecieka nam między palcami. Nic tak nie spełnia, jak radość wynikająca z tworzenia, uczestniczenia w dawaniu i przyjmowaniu. Są to postawy odradzające i odnawiające nasze wnętrze. Odczuwanie smaku życia łączy się z możliwością i umiejętnością wpływania na jego przebieg. Możemy być odpowiedzialni za coś, co trzymamy w naszych dłoniach, czego dotykają nasze ręce, co przekazujemy innym otwartością wyrażającą miłość i odpowiedzialność. Nie mając nic do dania myślimy o śmierci, odczuwając własną niepotrzebność.

Człowiek nie żyje przez to, co daje i ile daje, lecz przez to, kim jest i jakim jest dla drugich. Jesteśmy piękni, gdy jesteśmy otwarci. Bóg jest otwarty na człowieka. Otwartość nasza jest podobieństwem i naśladowaniem Boga. W naszym życiu ważne jest to, kogo spotykamy. Doświadczenie człowieka jest szkołą życia. Spotkanie kogoś, kto odmieni moje życie jest pragnieniem wielu ludzi. Smutne jest takie życie, w którym człowiek czeka na dobrą pracę, duże pieniądze i możliwość życia na wysokim poziomie materialnym. Nie troszczenie się o to, żeby być dobrym człowiekiem, a zabieganie o to, aby wiele mieć prowadzi do pustki życiowej, frustracji, drżenia o utratę tego, co człowiek zgromadził. To jest jedno z wileu znamion uschnięcia ręki.

Ręce uczestniczą w celebracji naszego człowieczeństwa. One wpływają na to, co i jak przeżywamy dotykając, obejmując, czule tuląc lub z odrazą odpychając od siebie. Uczucia, miłość, delikatność i wrażliwość serca odsłaniamy w naszym dotknięciu. Sposób dotknięcia człowieka budzi radość lub smutek. Czujemy się przez nasze i innych ręce potrzebni albo zbędni. Boleśnie odczuwamy, gdy ktoś od dawna nie okazał nam serdeczne uścisku, przygarniając do siebie swoimi rękami. Ręce człowieka są jak dom, w którym możemy zamieszkać, odczuwając bliskość i bezpieczeństwo; są jak zatoka, do które wpływamy w czas burzy, by się schronić. Nasze ręce wyrażają wsparcie dane drugiemu lub brak pokojowych, życzliwych relacji z innymi.

Smutek i łzy ulegają przemianie bliskością rąk, ciepło dłoni przyjaciela, osoby kochanej, kogoś rozumiejącego niemożność znoszenia przez nas udręki. Nasze oblicze i serce mają wpływ na ręce. Oddychają tym samym tchnieniem i rytmem. Nie możemy uniknąć bólu i smutku. Nasze ręce muszą przechodzić przez to, czego doznaje serce. Nie tyle męczy nas praca rąk, wysiłek fizyczny, choć i to ma swoje znaczenie w całościowym samopoczuciu, ile przeżycia serca, które sprawiają, że podnosimy nasze ręce w górę w gestach radości i uniesienia, albo opadają nam ku dołowi w znaku zmęczenia, rezygnacji i głębokiego przygnębienia.

Brak pojednania czyni nasze ręce martwymi. Nie kierujemy ich w stronę drugiej osoby, a tym samym nie żyjemy z nią, lecz obok niej. Ale też brak rozstania się z kimś drugim, brak decyzji o zerwaniu z osobą, z którą wzajemna relacja sprowadza destabilizację życia duchowego i moralnego sprawia, że nasza ręka usycha. Potrzebujemy przyjmowania i oddawania, zatrzymywania, ale i tracenia tego, bez czego nie wyobrażamy sobie naszego życia.

Rezygnacja z czujności prowadzi do martwoty człowieka. Życie duchowe wymaga czujności i świadomości procesów zachodzących w nas, ale też w osobach, z którymi wchodzimy w codzienne relacje. Czujność zawiera w sobie posmak kontemplacji. W coś się wpatrujemy, kogoś nasłuchujemy, jest w nas zdolność dokonywania słusznych wyborów. Tak postawa ożywia wiarę. Może zdarzyć się i to, że postawę czuwania niszczy nasza duma, podejrzliwość, wymagania stawiane sobie oraz innym, zazdrość i samolubstwo. Rzeczywistość taka prowadzi nas do niemocy duchowej i strachu przed Bogiem.

Trudność w zaufaniu Bogu przechodzi konsekwentnie na problem z zaufaniem człowiekowi. Otworzyć się na tych, z którymi przeżyliśmy chwile sporów, konfliktów, od których doświadczyli raz, jest sprawą niezwykle trudną, a przynajmniej na czas jakiś niemożliwą. Za wszelką cenę usiłujemy rozwiązać sprawy, które nie są do rozwiązania na "teraz", na chwilę, w której chcielibyśmy uwolnić się od udręki napięć, jakie one wyzwalają. "Nasze troski i kłopoty są wyrazem naszej niezdolności do zostawienia nierozwiązanych problemów nierozwiązanymi i niezakończonych sytuacji niezakończonymi" (H.J.M. Nouwen, Przekroczyć siebie, Poznań 2000, s 69). Obecność w naszym sercu uprzedzeń, zmartwień i zazdrości sprawia, że nie ma w nim miejsca na życie, spontaniczność, nadzieję pośród złożonych problemów. Chcemy by nas lubiano i kochano, choć sami nie czynimy w tym kierunku kroków, aby innym umożliwić realizację naszych ukrytych pragnień.

Czasem zamykamy się w sobie. Zranienia nas izolują. Nie tyle chcemy się izolować, ile to, co stało się naszym ciężarem nie do uniesienia, izoluje nas od innych, by nie być kolejny raz uderzonym w tę samą ranę. Doświadczenia, przez które przeszliśmy doprowadzają do niewiary w miłość. Stajemy się wewnętrznie martwymi, ponieważ nie chcemy, albo już nie potrafimy płakać. Jedynie łzy ożywiają rany do uzdrowienia. Nie chcemy cierpieć, nie chcemy, by ktoś nas oszukał, pragniemy zrozumienia mimo naszej ewidentnej winy.

Usychamy wewnętrznie, gdy musimy się ciągle przed kimś lub przed czymś bronić. Usychamy, gdy nie znajdujemy miłości w miejscach, w których przeżywamy większość naszego czasu. Dlatego on nie kojarzy nam się z miłością, lecz nudą, obojętnością i potrzebą ucieczki gdziekolwiek, aby to było jak najdalej od miejsc, w których nie pulsuje życie. Czujemy, że ogarnia nas martwota, którą emanuje nasze środowisko. Życie z dnia na dzień w poszukiwaniu bodźców wprowadzających choćby w złudne, iluzoryczne pocieszenie.

Człowiek z martwą ręką często stawał w synagodze. Odczuwał, że powinien tam być, pomimo bólu, który nie pozwalał przychodzić do świątyni. Doświadczał przykrości. "Wybór Boga nie jest wyborem ludzi" (J.Vanier, Źródło łez, Kraków 2002, s 25). Wybierając Boga ożywamy. Powracamy do życia przez doznane ogołocenie, niemożność, bezbronność, bezradność. Droga przekleństwa w ocenie ludzkiej staje się drogą błogosławieństwa z woli Boga. Bycie najlepszym, najsilniejszym i tym, który zawsze wygrywa nie koniecznie mówi o życiu pulsującym w człowieku, o jego szlachetności, prawości i mądrości. Często natomiast bycie ubogim, słabym fizycznie, duchowo i moralnie, wrażliwym a nawet nadwrażliwym, niekochanym, bezbronnym i wzgardzonym – prowadzi do odrodzenia. Człowiek taki jest w większym stopniu otwarty na wyznanie miłości Boga.

Zawiódł się na ludziach. Doprowadzili do sytuacji, że zaufanie im graniczyło z naiwnością a nawet nie rozumnością i złem. Jedynym, na którym się nie zawiódł był Bóg. "Jesteśmy ukształtowani przez wszystkie łaski, które przyjęliśmy, przez wszystkie łaski, które odrzuciliśmy, przez wszystkie gesty miłości i wszystkie gesty nienawiści czy obojętności, przez nasze porażki i nasze osiągnięcia; wszystko, dosłownie wszystko jest wpisane w nasze ciało" (J.Vanier, dz. cyt., s 42).

Liczba wyświetleń strony: 10024084 * Liczba gości online: 28 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC