MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Kiedy ludzie zawodzą



Dotarła do Jezusa, kiedy wszyscy ludzie ją zawiedli. Straciła wszystko. Życie to zyskiwanie i tracenie. Nie mogła zrezygnować z troski o samą siebie. Często nie można znaleźć oparcia w kimś drugim. Znajdujemy je w sobie, w świadomości bycia kochanymi przez Boga.

Niekiedy wydaje się nam, że strat jest więcej. Ale tam, gdzie one się pojawiają, tam człowiek może stać się bogatszym. Straty przygotowują nas do życia. Przemieniamy się w naszym myśleniu, odnawiamy swoje spojrzenie, choćby w ten sposób, że nie mamy na tej ziemi stałego miejsca pobytu. Będąc w drodze, tracimy, ale nie po to, aby stawać się słabszymi, lecz w tym celu, aby odnawiać swojego ducha. Straty do tego prowadzą, aby człowiek chciał zobaczyć inny też wymiar swojego istnienia.

Gdy straciła wszystko, spotkała Jezusa. Jego nie można spotkać, gdy człowiekowi nie zależy na jednym, kiedy "jedno", nie zaś "wiele", jest ważne. Lubimy posiadać. To właśnie posiadanie daje nam odczucie wartości, znaczenia, uznania, zazdrości ze strony innych, którzy nie mają. Nie zauważamy w pewnej chwili, że tak wiele posiadamy w sposób chory, że chorujemy. Posiadamy tak, że oddalamy się od Boga. Dlaczego wielu ludzi wybiera życie w ubóstwie? Aby nikt i nic nie przeszkadzało im w spotkaniu Pana. Gdy uświadomimy sobie wielkie i małe interesy. Niektórzy tracą kontakt ze swoimi dziećmi, a gdy oczy im się otwierają, widzą dom, bogato urządzony, ale w którym nie ma miłości. Miłość to trwanie w nieustającym spotykaniu się, odkrywaniu, fascynacji. Na to potrzebny jest czas. Być może kobieta cierpiąca na krwotok szukała swojego spełnienia się tam, gdzie spełnienia nie ma. Bóg jest spełnieniem, gdyż jest głębią, za którą tęsknimy. Zaspokoić może nas jedynie to, co udziela mocy ducha, ożywienia wewnętrznego prowadzącego ku radości.

Taka jest zasada, która sprawdziła się w życiu wielu ludzi, że aby spotkać Boga, trzeba Go "stracić", zgodzić się na nieodczuwalnie Jego bliskości, zgodzić się na to, że Bóg jakby nie był po mojej stronie. Nie tyle tracimy Boga, lecz Jego fałszywy obraz jaki w sobie nosimy. Nie istnieje odejście od Boga takiego jakim On naprawdę jest, lecz od tego, który był iluzją, wytworem mojej fantazji, zbudowanym w oparciu o szczątkową wiedzę religijną lat minionych, obudowaną lękami przed Bogiem, który może mnie posłać do piekła. Strat związanych z własną wiarą, religijnością trzeba doznać na własnej skórze, by tak bardzo zabolały, iż stały się początkiem tęsknoty za spotkaniem Jezusa, za którym "tęskni moje serce i dusza i ciało".

Nosimy w sobie pragnienie by ktoś był ważny w tym wędrowaniu naszym. Gdy znajdujemy człowieka podobnego nam, dzielącego wspólnotę w myśleniu i odczuwaniu, cenimy sobie takie znajomości i przyjaźnie. Dobrze się czujemy w świecie zdrowych myśli i odczuć. Jest gdzieś taka potrzeba, aby stracić nawet tych, z którymi rozumieliśmy się, aby zyskać nowe, bardziej ożywiające umysł i serce patrzenie na Boga. On chce patrzenia na wprost, nie zaś przez człowieka. To bowiem powoduje, że ujawnia się skłonność zatrzymywania się na dobrym, kochającym, cudownym, wyjątkowym człowieku. Nie pójdziemy dalej. Wystarczy nam człowiek. Gdy "wycierpimy od" wielu ludzi, zaczynamy szukać tego jednego, niezawodnego Syna Człowieczego. Dlaczego wielu przychodziło do Jezusa? Aby ich uzdrowił. Świat rani, Bóg zaś leczy. Prędzej czy później każdy człowiek szuka Jezusa przez szukanie wewnętrznego pokoju, ciszy, ludzi, którzy powiedzą mu prawdę o nim, ciepłego, czułego dotyku osoby kochanej. Chcemy by w nas drgnęło coś, co otworzy podeptane tęsknoty z przeszłości. Zapomnienie jest powodowane pędem życia, ustawiania się, uzyskiwania, zbierania. A chwila pozwala odkryć, że "To nie to. To nie o to nam chodziło. Nie o to szło".

Gdy życie z nas uchodzi, postanawiamy zadbać o własną duszę. Dla ludzi starożytnych czerwień krwi w sposób mistyczny łączyła się z życiem i śmiercią, była potężnym i złowrogim symbolem przemocy i zła, winy i nadchodzącej kary. Krew uchodziła z kobiety. To mogło oznaczać jedno, niechybną śmierć i obrócenie się w proch. Jak zatrzymać upływ krwi? Podjąć pokutę. Dotknąć Jezusa. Pokuta jest powrotem do życia, odnową myślenia, podjęciem się reinterpretacji wydarzeń minionych. Pokuta to także nowe spojrzenie na to, co człowiek przeklinał, uznał za zbędne, niszczące go. Pewne wydarzenia niszczą nas dlatego, że nie wiemy, co z nimi zrobić, jak się zachować wobec ich oddziaływania, zamętu jaki wnoszą. Uciekamy do ludzi, chodzimy na psychoterapię i do psychoanalityków, niekiedy potrzebny jest neurolog. I co dalej? Nie wiemy że chodzi jedynie o to, aby zbliżyć się i dotknąć Jezusa.

Gdy krew ze mnie uchodzi, oznacza to, że coś się w moim wnętrzu rozkłada, niszczeje, nie chce żyć. Coś we mnie przemija, umiera, unicestwia się. Krew przypomina nam o tym, że jesteśmy śmiertelni, przemijający, odchodzimy z tej ziemi. Uchodząca krew wskazywała na uszkodzenie ludzkiego ciała. "Ciało i krew" to człowiek.

W życiu najbardziej zależy nam na zaufaniu innym. Nie odnajdujemy przyjaciół, dachu nad głową, spokoju serca, gdy nie mamy komu zaufać. Nie jest rzeczą możliwą, aby je kupić, nie można kogoś przekonać, aby mi zaufał, gdyż ja w ten sposób lepiej się poczuję. Gdy ufamy, wewnętrznie zdrowiejemy. Przeczuwamy, komu możemy zaufać, lecz często się też mylimy. Obarczeni urazami chowamy się w sobie, lecz nie jest rzeczą możliwą pozostawanie w takim stanie, który grozi rozpaczą. Uświadamiamy sobie, że zaufanie do człowieka odnawia nas samych. Nie tylko ja odnawiam się przez zaufanie, lecz życie wstępuje w tych, którym zaufałem. Nie można komuś zaufać, nie doświadczając tego, że pierwszym, który mi zaufał jest Bóg. Zaufanie człowiekowi ma swój początek w odkryciu, że Jezus mnie dotyka wpierw, zanim ja dotknę Jego.

Zawiedzenie się na innych jest równoznaczne z doświadczeniem zranienia. Nie spotka nas ono ze strony osób szczęśliwych, realizujących swoje marzenia. Człowiek radosny nie zadaje ran i nie ma podstaw do zachowań agresywnych. Ci, którzy opanowani są przez uczucia niepewności, strachu i podejrzliwości, najczęściej ranią innych. Podobnie, atakują nas przede wszystkim ci ludzie, kozy panicznie się boją i swój lęk tłumią. "Ranią tylko ci, którzy są poranieni" (M. Słowikowski). Kobieta zawiodła się na lekarzach, ponieważ były w niej wielkie oczekiwania. Jej marzenia nie zostały przez nich spełnione. Poniekąd oczekiwała od ludzi tego, co było wyłącznie w mocy Boga. Gdy człowiek nie spełnia tych nadziei, jakie w nim pokładamy, głęboko nas rani. Stąd konieczne jest uświadomienie sobie ograniczonych możliwości dawania przez człowieka.

Gdy pogrążamy się smutku, złości, frustracji, warto uzmysłowić sobie to, dlaczego ktoś nas zawiódł? Co może odczuwać człowiek raniący innych, niespełniający ich oczekiwań? To pytanie pojawia się w tym celu, aby odpowiedź na nie mogła w pewnym stopniu zmniejszyć siłę rażącego nas cierpienia. Prawda leczy rany, wyzwala z uczuć mściwości, ucisza emocje skłaniające nas do obnoszenia się ze swoim skrzywdzeniem i rozlewania wokół siebie atmosfery oskarżeń. Otóż osoby krzywdzące innych, same doznały głębokiego skrzywdzenia. Ich przemiana nie jest możliwa z tej racji, że nigdy nie odważyli się wejść na drogę pojednania ze swoimi winowajcami, a także z tego powodu, iż nie odczuwają cierpienia, które zadają. Nie dostrzegamy, że depczemy czyjąś godność, kierujemy bezpodstawne podejrzenia innych na osobę żyjącą w konkretnej wspólnocie. Naszej uwadze uchodzą słowa bezpodstawnych oskarżeń, doprowadzające innych do nerwowego załamania. Co w takiej sytuacji możemy zrobić? Uciec. Nie należy wchodzić w relację z osobą, której styl funkcjonowania w rodzinie, grupie, we wspólnocie zakonnej przypomina działanie zimnego, ciężkiego walca zgniatającego wszystko, co znajdzie przed sobą.

Od ludzi wiele możemy się nacierpieć, jak owa kobieta z Ewangelii. Komuś wydaje się, że może nam pomóc, że nas rozumie. Tymczasem inni nie odczuwają tego, co jest tylko naszym cierpieniem. Nie odczuwają tak, jak my to rozumiemy. Bólem napełnia interesowność innych. Spodziewają się wzajemności. Taka jest miłość. Podobnie jak my oczekujemy zrozumienia, tak inni przez to, co nam okazują, szukają pocieszenia. Pocieszenie ma moc uzdrawiania. Oglądałem program telewizyjny, w którym by Ono objawiło się w odwzajemnieniu dotyku. Kobieta dotknęła Jezusa z zaufaniem, że będzie zdrowa, On zaś napełnił ją zdrowiem. Wystarczyło dotknąć. Nie trzeba wiele. Ulegamy teorii mówiącej o potrzebie wielu wyrzeczeń, umartwień w życiu duchowym, aby dojść do czystości serca. Zaufać nad wszystko. Uwierzyć, że Bóg leczy, miłuje, porządkuje życie, które Mu zawierzamy. Prawdą jest, że trzeba stracić wiele, aby stać się zdrowym. Co jest tym wiele? Wewnętrznie przeświadczenie, że ludzie mogą mi pomóc, pomogę sam sobie, gdyż nikt inny nie rozumie mnie lepiej. Bóg pomaga.

Tym, co nas obciąża, są nasze wewnętrzne przekonania, że wiemy, jak sobie pomóc, co inni powinni uczynić, aby nam pomogło. Zobaczenie Jezusa uświadomiło kobiecie, że On jest tym, na którego czekała. Ujrzeć Jezusa, zdobyć się na odwagę, mimo zmęczenia życiem a przede wszystkim zniechęceniem, by do Niego podejść. Zmęczenie zbliża nas do pogłębiania się w odczuwaniu rozczarowań, frustracji, chęci wycofania się z życia. Rozczarowanie życiem, jest jak wielkie rekolekcje przygotowujące do zobaczenia Boga, iż zawsze On był, lecz zaufanie w to, co przynosi świat czyniło nas niewidzącymi Jego, który jest zawsze najbliżej nas, bliżej niż my sami siebie.

Ważne jest nie idealizowanie tych, którzy w jakikolwiek sposób stali się bliscy naszemu sercu. Z ich powodu możemy doświadczyć wielkiego rozczarowania i cierpienia. Jest w nas słuszne przeświadczenie, że nie ma ludzi idealnych, a mimo tego chcemy ich zobaczyć idealnych mężu, żonie, przyjacielu, przełożonej zakonnej, kapłanie. Ideały należy w sobie nosić, przeżywać je i w miarę możliwości nimi żyć. Nie wolno jednak uczynić ideału wartością absolutną, celem samym w sobie, ponieważ może się okazać, że nasze oczekiwania są utopijne. Wyobrażamy sobie człowieka, którego kochamy i darzymy wielkim zaufaniem, że nigdy nas nie zawiedzie. Gdy jednak doznamy bolesnego rozczarowania, popadamy w zgorzknienie, zamknięcie się w sobie, a nawet depresję. Twierdzimy wówczas, że nie ma takich ludzi, którym moglibyśmy zaufać. Nie istnieje ktoś, kogo możemy pokochać, bo każdy człowiek jest zawodny. Nie potrafimy przebaczyć drugiemu zdrady, gdyż w naszym rozumieniu miłości i przyjaźni, on nigdy nie powinien zdradzić.

Gdy pojawiają się nieporozumienia, skupiamy się nadmiernie "na winie i wadach drugiej strony. Tym samym ustawiamy się w pozycji, która nie pozwala nam dostrzec naszej własnej odpowiedzialności za powstałą sytuację. (…) Udaje się na wymazać ze świadomości fakt, że w rzeczywistości to również my, podobnie jak druga strona, pozwoliliśmy (aby chora sytuacja rozwijała się) w niewłaściwym i niesatysfakcjonującym nas kierunku (…) Jeśli chcemy cokolwiek zmienić na lepsze, musimy zacząć od głębokiej analizy i modyfikacji naszych własnych zachowań; musimy przestać myśleć, że zadanie to należy wyłącznie (do bliskich nam osób)" V. Clarke, Kochać mądrze, Warszawa 2005, s 9).

Nie możemy pogodzić się z tym, że ktoś nie okazał się być na miarę naszego wyobrażenia. Nie spełnił naszych oczekiwań. Nie okazał się tym, jakim go widzieliśmy. Ponieważ nie chcemy słuchać tego, co myśli osoba nam bliska, kochająca, przyjaciel, wówczas może zdarzyć się tak, że on nam nie mówi tego, co mogłoby zachwiać naszą relacją. Gdy ludzie zawodzą, otwierają nam oczy na to, kim naprawdę są. Pokazują nam rzeczywistość, której nie znaliśmy, ponieważ wytworzyliśmy sobie własną, w której czuliśmy się bezpieczni i spokojni.

Co zrobić, kiedy ludzie zawodzą? Wyrzec się ich sądzenia. "Nie osądzać innego to nie starać się ocenić stopnia jego odpowiedzialności, mieszkającego w nim zła, nie próbować odsłonić jego motywów, jego intencji" (S. Pacot). Nie powinniśmy także identyfikować człowieka całkowicie z jego postępowaniem. Uraz głęboko w nas osadzony, każe nam pójść taką właśnie ścieżką myślenia i odczuwania. Doświadczenie mówi nam, że właśnie uraz będący przeciwieństwem przebaczenia, prowadzi do utrwalania w nas zła, jakiego doznaliśmy. Myśląc o nim i nieustannie powracając do rozważań wypełnionych po brzegi bólem, agresją, złorzeczeniem, poczuciem wielkiego skrzywdzenia nie pozwalamy złu odejść z naszego myślenia, uczuć i emocji, z tego, co jest najczulszą tkanką naszego życia, z naszej duszy. Gdy uraz jest głęboko zakorzeniony, pielęgnowany i zatrzymywany, nie jest możliwe nasze uzdrowienie przez Chrystusa.

Możemy, zatem przypuszczać, że kobieta cierpiąca na krwotok uwolniła się od urazy do nieskutecznie leczących. Może to oznaczać rezygnację z myślenia życzeniowego. Rezygnacja z uprzedzeń i oczekiwań adresowanych do lekarzy, pozwoliła jej zobaczyć to, na co wcześniej nie zwracała uwagi. Słyszała o Chrystusie, lecz nie dopuszczała do serca możliwości z Nim spotkania. Doznane zawiedzenie otwiera ją na możliwość odniesienia się do Jezusa. Kiedy ludzie zawodzą powracamy do naszego wnętrza. Nie jest to działanie zmierzające do zamknięcia się w sobie, lecz zorientowane na pogłębioną refleksję. Pomijając wymiar duchowy w naszym zdrowiu, samopoczuciu, odczuwaniu szczęścia, oddalamy się od Jezusa i Jego uzdrawiającej mocy.

Liczba wyświetleń strony: 9501020 * Liczba gości online: 13 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-28
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC