MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Dotknąć Jezusa



Chora kobieta staje nie przed Jezusem, lecz za Nim. Trudno jest spojrzeć w oczy komuś, kogo się dotychczas pomijało, a nawet lekceważyło. Słyszała o dobroci Jezusa. Wiedziała, że jest otwartym na wszystkich ludzi i każdego może uleczyć. Znane jej było i to, że w Jego sercu nie ma podejrzliwości i stawiania zbędnych pytań. Intuicyjnie wyczuwała, że Jezus pomoże. Jeszcze tego nie wiedziała, że jest kochana bez żadnych warunków czy ograniczeń. Mimo rozpaczy, nieufności i strachu już wiedziała, że chce "dotknąć Jezusa". Nie chciała mówić jakiekolwiek słowa. Nie myśli były ważne, które mogłyby towarzyszyć w zbliżaniu się do Jezusa. Potrzebny był zwyczajny dotyk. Nie chciała tego odkładać. Oznaczałoby to, bowiem kolejne lata walki, cierpienia, samotności i niekończącej się męczarni.

Któż miał jej to powiedzieć, że jest kochana i nie trzeba się bać? Bliskość postrzegała jako zagrożenie. Czas cierpienia z jednej strony rozbudził w niej pragnienie ciepła, bliskich relacji z człowiekiem, z drugiej zaś strony obawiała się odrzucenia, zlekceważenia, pominięcia. Bała się, że doświadczy kolejnego zachowania, które będzie ją bardzo bolało. Nie chciała już więcej cierpieć. Jej szukanie zdrowia tak naprawdę było nieuświadomionym dążeniem do pokoju serca. Nie wiedziała, że można go znaleźć w słabości. Czeka on w tych miejscach serca, które są najbardziej zranione, najbardziej wrażliwe, pełne cierpienia i lęku.

Nie rozwiązując własnych problemów wiary, stosunku do Boga, a także emocjonalnego odniesienia do ludzi, traciła wiele energii. Nie rozwiązywane konflikty wewnętrzne prowadzą do naszego nadmiernego zmęczenia. Szczególnie człowiek staje się zmęczony tym, że stosuje nie te środki, jakie powinien przy rozwiązywaniu konfliktów. Możemy domniemywać, że chora kobieta doświadczała stanu frustracji. Brak skuteczności własnych wysiłków doprowadza do frustracji (por. K. Horney, Nasze wewnętrzne konflikty, Poznań 1994, s 159).

Tym, co mogło ją doprowadzić do tak wielkiego cierpienia, było jej niezdecydowanie. Nie rozwiązujemy konfliktów, ponieważ jesteśmy niezdecydowani. Nie wiemy, za czym się opowiedzieć, co zrobić, gdzie pójść, w jaki sposób odpoczywać. Musi przyjść duże zmęczenie, czy też presja zewnętrzna, konieczność, przed którą stajemy, byśmy podjęli korzystną dla siebie decyzję. W sytuacji kobiety chorej, nie miała innego wyjścia, jak zwrócenie się do Jezusa. Odwiedziła wszystkich lekarzy, którzy mogliby jej pomóc. Ich bezsilność wpłynęła na jej decyzję, ukierunkowała ją, pozwoliła wybrać. To było stanięcie przed murem. Nie ma innego wyjścia, jak tylko Jezus. Nie ma innych rozwiązań poza Nim.

Patrząc na nią, zagubioną i bezradną, odczuwamy jej wielkie zawstydzenie. Obawiając się odrzucenia, jak to było w relacjach z ludźmi, odsłania swoją nieśmiałość wobec Jezusa, podchodząc do Niego znienacka, chcąc uczynić to, co planowała, nie będąc przez Niego dostrzeżoną. Kobieta szuka Jezusa, ponieważ w swojej chorobie odczuwa bolesną samotność. Niezwykłe jest to, że szukając Go, równocześnie się Go boi. W doświadczanej pogardzie ze strony ludzi, Jezus jest odbierany przez pryzmat takich doświadczeń. Zmusza się do przezwyciężenia lęku. Chciała dotknąć Jezusa, pragnąc dzielenia z kimś swojej samotności i choroby, swojego poniżenia i frustracji.

Przez ciało komunikujemy się z drugim człowiekiem. "Doznania cielesne wpływają na nastrój i uczucia" (A. Kępiński, Lęk, Warszawa 1987, s 234). Kobieta pragnąc dotknięcia Jezusa, pragnie uporządkowania tego, co w jej ciele domaga się harmonii, wyciszenia. Chce pojednania z własnym ciałem, ze swoimi ranami, z dotychczasowym życiem.

Człowiek chory może zachowywać się jak dziecko. To, czego bardzo potrzebuje, to przyjazne uczucia innych wobec siebie, czyli "opieki, ciepła, poczucia bezpieczeństwa, słowem tego, co określa się jako "macierzyńskie środowisko" (A. Kępiński, Lęk, dz. cyt., s 315). Jezus pociąga ją do siebie nie tylko jako lekarz, ale przede wszystkim, jak matka i ojciec. W naszym zagubieniu szukamy odniesienia do pięknych przeżyć związanych z naszymi rodzicami. Pragniemy oparcia i umocnienia w tych uczuciach, jakie nas "stwarzały", kształtowały wrażliwość, odpowiedzialność, miłość. Jezus emanując ciepłem, szacunkiem, kulturą odniesienia do innych, zachęca chorą do przyjścia. Te wyznaczniki sprawiają, że również wokół nas pojawiają się ci, którzy potrzebują wzmocnienia w dobrych uczuciach, uspokojenia myśli, oparcia się na kimś, kto wzbudza zaufanie.

Nie wiemy, że będąc w cierpieniu mamy tak wiele do dania Temu, które chce nas uzdrowić. Dajemy to, co postrzegamy w sobie jako nadmiar. Nosimy w sobie wielkie doświadczenie ludzkiej przemocy, lęk i obojętność, która najbardziej rani. Kobieta była przekonana, że skupianie się na swojej wielkiej biedzie moralnej i duchowej uniemożliwi jej dotknięcie Jezusa. Wiele dni patrzyła na Niego. Odczuwała nieznane sobie dotąd przyciąganie. Było w Nim coś, co ją uspokajało, budziło zaufanie, dawało odczucie, że nie trzeba się bać, On na pewno pomoże. Wszyscy, którzy szli na spotkanie z Jezusem, wypowiadali głośno Jego imię. To Imię przyciągało ją z coraz większą mocą, a nawet odczuła, że jest niesiona. Przy bólu, jaki nadal odczuwała pojawiła się niewielka, lecz z dnia na dzień narastająca radość.

Przejście przez nieczystość i nieustanne szukanie zdrowia, napełniało kobietę odwagą. Tak naprawdę, gdy cierpi ciało, cierpi cały człowiek. Kierowała się intuicją, potrzebą pocieszenia możliwą do uzyskania przez dotknięcie kogoś drugiego. Była bardzo zmęczona swoją chorobą i oznakami ludzkiej niechęci. Chciała spotkać kogoś, kto spojrzy na nią inaczej, niż wszyscy inni, uganiający się za doskonałym wypełnieniem przepisów Prawa. Odrobina serca wyrażona w ciepłym, akceptującym spojrzeniu tak wiele znaczy w chwilach nieustannego poczucia winy, podsycanego przez tych, którzy "nigdy takich problemów za sobą nie mieli".

Przestała kierować się tym, co ludzie powiedzą. Ona znowu w tłumie. Z jakim przerażeniem musieli rozstępować się przed nią, robiąc jej przejście. Zawsze jest dobra chwila na kierowanie się sercem. "Nasze serce, jest centrum naszego człowieczeństwa, jest siedzibą odwagi" (Nouwen). Trzeba wracać do tych dobrych przeżyć dalszej i bliższej przeszłości, które zdolne są je ożywić. Kierując się ludzką oceną swojego stanu i zarządzeniami prawa, powinna zejść na margines życia i do końca życia unikać z ludźmi kontaktów. Pragnienie życia było w niej silniejsze niż ludzka opinia i restrykcyjne przepisy Prawa.

W jakiejś chwili trzeba powiedzieć "dosyć", zarówno sobie, jak i innym. Dosyć chowania głowy w piasek! Dość z chorym poczuciem winy! Czas skończyć z tym, "co ludzie powiedzą". Trzeba wyjść naprzeciw własnej biedzie okazując sobie litość, czyli miłosierdzie. Trzeba przebić się z całą siłą własnego współczucia do siebie, do tego, co w nas małe, słabe i nieczyste. To nie jest najważniejsze, jak inni na nas patrzą, lecz to jak sami siebie postrzegamy. Stosunek do siebie pozbawia nas wewnętrznej energii do życia lub ją potęguje. To nie ludzie dają nam odwagę, lecz Ten, który żyje w nas, dla naszej wolności.

Odwagą kobiety było nie podzielanie opinii o niej samej. Odwagą było to, że nie odwzajemniała niechęci, z jaką się spotykała. Nawet, gdy nasze życie wydaje się pozbawione chwil szczęścia i ludzkiego powodzenia, dobrze jest myśleć o nim w wdzięcznością. Kobieta miała świadomość, jak łatwo nią manipulować, gdy nie ma w kimkolwiek oparcia. Łatwo manipulować osłabiony przez nieczystość, wzbudzając emocje, które można z trudem opanować.

Kobieta dojrzewała do odnalezienia się blisko Jezusa. Nie mogła Go nie dotknąć. "Miłość nie znosi dystansu" (Nouwen). Żyjąc w nieczystości serca, dystansujemy się uczuciowo i duchowo od Boga. Czystość jest ponad ludzkie siły. Życie w czystości bywa często poprzedzone bolesnym zmaganiem się o czystość. Zawsze niedorastamy do życia w niej, do jej zachowania. Nie przychodzi ona jako owoc naszego wysiłku, inteligencji, sposobu na życie, lecz jako dar dany temu, kto pozwala się dotknąć Jezusowi, a także, kto odważył się dotknąć Pana. Na tym polega realizacja duchowych pragnień. Do tego zdążamy siłą naszej miłości i czułością zawartą w skrytych marzeniach serca. Nieczystość poprzedza spotkanie Jezusa i doświadczenie dotknięcia Go. Będąc zmęczonymi nieczystością, wchodzimy w obszar czystych tęsknot i pragnień, które należy podjąć i rozwijać w swojej wyobraźni i pięknej wrażliwości serca. Za czystością można i trzeba tęsknić jak za zdrowiem i wolnością, jak za człowiekiem kochanym i przyjaznym.

Chora kobieta musiała przejść drogę do Jezusa, której nikt inny nie mógł za nią przejść. Była hojna wobec lekarzy. Teraz swoją hojność kieruje na Jezusa. Obdarowuje Go swoją chorobą, a On udziela jej zdrowia. Co się dokonało w dotknięciu Pana? W miejsce urazów pojawiała się wdzięczność, zamiast odwetu przyszło pragnienie przebaczenia, zamiast zemsty na krzywdzących ją, współpraca z Jezusem, a zamiast paraliżującego ją lęku – miłość.

Dotykając Jezusa i pozwalając, aby On ją dotknął, znalazła drogę do własnego serca. Ono się ożywiło. Doświadczając uzdrowienia, doświadczyła spotkania z własnym sercem, przez serce Pana. Jego dotknięcie było zarówno zewnętrzne jak i zewnętrze. Dotknął ją wcześniej, zanim ona podeszła do Niego. Dotknął ją silnym pragnieniem własnego serca. Zapragnął zdjęcia z niej upokarzającego cierpienia. Stając przed własnymi ranami, stanęła równocześnie przed własnym sercem. W naszych ranach pulsuje serce. On mogą, przez przebaczenie naszym winowajcom, stać się ranami miłości.

Przez rany dajemy innym przystęp do siebie. One umożliwiają nam poznanie zranionych. Budzą w nas zaufanie. Nasze rany budzą w nas tęsknotę za Bogiem i Jego miłością.

Gdy chora kobieta dochodziła do Jezusa, po drodze spotykała tych, którzy umożliwiali jej przejście. Spotkamy takie osoby, które nie usiłują dawać nam dobre rady, ostrzegają czy moralizują. Oni cierpią z nami w ciszy, łkają patrząc w okno ku niebo spodziewając się dla nas pomocy. Zanim dotkniemy Jezusa będzie nam dane "otrzeć się" o odczuwających nasz ból, patrzących z miłością na nasze rany, namaszczających je cichymi łzami nadziei. To jest realna zachęta do niepodawania się temu, co wydaje się nie do przejścia.

W naszym życiu nie chodzi o to, aby inni dawali nam konkretne rozwiązania naszych problemów, lecz skłaniali swoim myśleniem, wypowiedziami, a przede wszystkim stylem własnego życia do poszukiwań tego, co jest dalej, głębiej i wyżej. Chcemy dotknięcia świadectwem, ludzką odwagą a nawet heroizmem. Bóg dotyka nas szaleństwem ludzi kochających, zmagających się z cierpieniem i niepoddających się zwątpieniu. Trzeba, aby dotknął nas świat, a potem Bóg. Świat rani, a Bóg leczy; świat rozdziera, Bóg zaś zszywa rozdarcie; świat pozbawia nas głębi, a Bóg na nią wyprowadza. Przechodzimy z rąk świata, w ręce Boga. W czyich rękach pozostaniemy, zależy od tego, której rzeczywistości częściej dotykać będziemy, za której pragnieniami będziemy podążali, którą rzeczywistość obejmiemy naszym miłosnym patrzeniem.

Nie należy uciekać od swojego bólu, ponieważ jest to niemożliwe. Ból, własne cierpienie, poszarpane życie trzeba otoczyć ramieniem własnego współczucia, jak płaszczem je osłaniającym, aby odkryć w odpowiednim czasie przed tym, który je zrozumie. Współczucie otwiera drogę naszemu uzdrowieniu, ponieważ serce nim przemienione odzyskuje siły. Kobieta cierpiąca na krwotok w chwili okazania sobie współczucia, odczuła więź z Jezusem, kierując się w Jego stronę. Jezus współczujący jest tym, który przywołuje do siebie obdarowujących się współczuciem. Doświadczenie współczucia jest przeżyciem uzdrawiającym i odnawiającym nas. To znak dotknięcia nas przez Jezusa i Jezusa przez nas.

Strzeżmy się tych, którzy dają niepodważalne rozwiązania. Ich usta są pełne norm, zasad, ostrzeżeń i przepisów. Przypominają o niebezpieczeństwa, nalegają, żebyśmy ich posłuchali, przypominają, że trzymanie się pewnych osób może się dla nas źle skończyć. Nie odczuwamy w ich mowie nieba, a w wyrazie twarzy nie sposób dostrzec powstającej jutrzenki słońca. Zmieniamy się jedynie przez obecność tych, którzy nas kochają.

Liczba wyświetleń strony: 9500964 * Liczba gości online: 14 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-28
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC