MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Potrzeba bliskości



Potrzebowała bliskości Jezusa. Przeszła przez doświadczenie wielu udręk. Przestała wierzyć ludziom, gdyż bardzo boleśnie zawiodła się na nich. Była bliska rozpaczy. Nie wiedziała gdzie pójść, aby otrzymać skuteczną pomoc. Choroba, jakiej doświadczała zniszczyła ją materialnie. Nie to jednak było największym problemem. Stała się kobietą samotną z poczuciem wielkiego odizolowania się od znajomych, przyjaciół i rodziny. Tęskniła za przyjaźnią a także stałym związkiem z kimś drugim. Wiedziała jednak, że nikt jej nie potrzebuje, ponieważ jest chora. Cierpienie całkowicie skupiło ją na samej sobie. Odczucie nudy i pustki, przygnębienia i głębokiego poczucia bezużyteczności powodowało nasilenie się myśli o rezygnacji z życia. Równocześnie było w niej silne pragnienie znaczenia, cieszenia się każdym nowym dniem. Żaden nowy pomysł nie przychodził jej do głowy, gdzie poszukiwać uleczenia. Wraz z chorobą ciała pojawiły się problemy moralne i duchowe. Szukała pokoju, gdyż serce potrzebowało go więcej, niż ciało udręczone sprawności.

Bliskość nawiązujemy przez szczerą, otwartą rozmowę. Czując się bezpieczni odbieramy to ciepło, które jest w naszym rozmówcy, mogące nas wewnętrznie otulić i wyciszyć. To, że mamy możliwość porozmawiania z kimś, jest błogosławieństwem. Uwalniają nas od lęku ci, którzy z nami szczerze rozmawiają. Otwieramy się przed nimi, pokazujemy im nasze wnętrze, zapraszamy do niego, jak do domu otwartego dla przyjaciół. Bliskość odczuwamy przez to, że ktoś daje nam swój czas. Znajdując dla mnie "chwilę", znajduje mnie samego. Pozwalamy się poznać, ułatwiamy innym rozumienie siebie. Bliskość drugiej osoby dająca poczucie bezpieczeństwa, ułatwia możliwość rozumienia samych siebie.

W tej bliskości oczekujemy bezinteresowności. Nie chcemy, by ktoś wzruszając się naszą biedą, pozbawiał nas tego, co jest naszą siłą, dumą i godnością. Pragniemy obecności dla nas, nie zaś dla tego, co nasze, co możemy dać w swojej wolności i odpowiedzialności.

Kobieta przez chorobę trwającą wiele lat odczuła bolesne osamotnienie. Chorując doświadczamy jak nikt inny, że jesteśmy sami, wręcz skazani na siebie. Nasz ból, wyjątkowość tego, co przeżywamy każe nam myśleć, że nikt inny nie cierpi tak, jak my. Tak rzeczywiście jest. Nikt inny nie cierpi, nie kocha, nie postrzega siebie i innych tak, jak my to czynimy. Jesteśmy niepowtarzalni.

Bliskość człowieka, nawet ta nieodpowiedzialna, może prowadzić do bliskości z Bogiem. Kobieta cierpiąca na krwotok przeszła swoją drogę "od ludzi do Jezusa" we łzach, w bólu, utracie majątku, szukaniu pełnym nadziei i nabrzmiałym rozczarowaniami. Patrząc od strony tych, którzy ją spotykali wiemy, jak trudno jest być blisko kogoś, kto przeżywa kłopoty. Nie chcemy nosić w sobie obciążeń emocjonalnych, duchowych i psychicznych człowieka chorego. Wiemy, jak bardzo ktoś potrzebuje naszej bliskość, z drugiej jednak strony obawiamy się, czy owa bliskość nie wprowadzi nas w doznanie cierpienia, z którym nie będziemy mogli sobie poradzić.

W naszym cierpieniu pomaga ten, który nas słucha, który milczy, po prostu jest. Chcemy zobaczyć w jego oczach błysk zrozumienia. To uwalnia od napięcia mówiącego, że nikt nie jest w stanie wejść w naszą sytuację, odczuć to, co my odczuwamy. Niewątpliwie tak jest. Każdy człowiek przeżywa sam swoje cierpienie. Jednak obecność z nim i dla niego, jest znacznym pocieszeniem. Bliskość człowieka pozwala odczuć, że ktoś zna nasz lęk, czuje go i rozumie. W ten sposób dokonuje się jakby przeniesienie części naszego bólu na drugiego, przez nasze współprzeżywanie.

Prawdą jest i to, że boimy się bliskości innych osób. Nasza obawa sprowadza się do pytania, czy możemy zaufać? Chcielibyśmy wiedzieć w danej chwili, czy zaufanie konkretnemu człowiekowi, jest korzystnym dla nas wyborem. Nie chcemy się rozczarować, boimy się cierpieć więcej. Podejrzane wydaje się to, że inni poświęcają nam swój czas. Czego będą oczekiwali w zamian? Równocześnie trzeba pamiętać, że "zanikowi miłości towarzyszy uczucie wstydu i mnóstwo udawania" ( R. Firestone i J. Catlett, Dlaczego tam nam trudno żyć?, Warszawa 1989, s 31). Tracąc ufność doprowadzamy się do zanikania w nas miłości. Utrata zaufania do lekarzy sprawiła, że miłość kobiety została wystawiona na ciężką próbę. Chce bliskości, a równocześnie boi się jej. Być może, dlatego nie podchodzi do Jezusa z przodu, lecz od tyłu, jakby mimo woli, przy okazji, przypadkowo dotykając Jego szaty.

Odczuwanie leczącej nas bliskości łączy się z zaufaniem. Obawa przed bliskością odnosi się do strachu przed zależnością. Trudno jest być zależnym, nie czując się kochanym. Zdrowa zależność zakłada obecną w nas miłość. Ta zaś wskazuje na wolność. Tam, gdzie zależność, tam również powinien znajdować się obszar wolności umożliwiający nam podejmowanie samodzielnych decyzji. Brak samodzielności prowadzi do zjawiska choroby. Chcąc zdrowieć, niezbędne jest dążenie do wolności, obdarowanie drugiej osoby miłością, a tym samym bliskością.

Kobieta nie miała łatwej drogi do Jezusa. Jej doświadczenie było obciążone utratą zaufania do lekarzy. Zubożenie psychiczne, duchowe i materialne kazało jej trzymać się od ludzi z daleka. Równocześnie, to samo doświadczenie wytwarza tak wielkie psychiczne i duchowe "ciśnienie" zmuszające wręcz do szukania nowych rozwiązań. Stan zawiedzenia się, rozczarowań, doznanych porażek nie musi prowokować do rezygnacji z poszukiwania korzystnych dla siebie rozwiązań. Im bardziej jesteśmy umęczeni i zniechęceni, ty więcej stajemy się zdolni do zobaczenia tych obszarów, w których dotychczas nie szukaliśmy tego, co dla nas lepsze. "Tam, gdzie istnieje lęk, tam pojawia się zadanie" (C.G. Jung).

Być może jest tak, że obawa przed bliskością z Bogiem, skłania nas do szukania wyłącznej bliskości z człowiekiem. Słabnąca relacja z Bogiem, coraz mniejszy Jego wpływ na nasze życie, daje odczucie narastającego lęku. Jest on przejawem religijnego wykorzenienia się. Odchodząc od korzeni, pozbawiamy się sensu, tak istotnego dla funkcjonowania zarówno psychicznego jak i duchowego. Lęk jest spowodowany utratą orientacji w tym, kogo słuchać, za kim iść, na kim możemy się oprzeć, komu zaufać.

Obawiamy się Boga bliskiego nam. Odczuwamy onieśmielenie, lęk, nieporadność. Pamiętamy prośby "niewysłuchane", noce bez zmrużenia oka i ciche wołanie pozostające bez odpowiedzi. Po doświadczeniu "bliskości" z człowiekiem odkrywamy, że warto raz jeszcze zaufać Bogu. Co mogło doprowadzić kobietę do pragnienia spotkania Jezusa? Niewątpliwie Jego miłość i dobroć, o której wiele słyszała. Patrząc od strony trudnych przeżyć możemy powiedzieć, że tym, co doprowadziło ją do Jezusa, był lęk i rozczarowania. Lęk "niesie" nas na spotkanie. Przerażona swoim stanem zdrowia, szukała lekarzy. Będąc "wydoskonaloną" w lęku, po wielokrotnych porażkach, właśnie w nim zaczęła szukać Boga. Lęk jest dobrym środowiskiem na usłyszenie wołającego Jezusa. Tymczasem mówi On przez to, czego się lękamy. Szukając Jego obecności w naszym lęku, stopniowo uwalniamy się od presji, jaką lęk wywołuje. Doświadczamy go do chwili, w której na nowo powierzymy Bogu własne życie i pozwolimy się prowadzić. "Przeżywanie lęku może przyczynić się do pogłębienia relacji z Bogiem" (W. Müller). Poczucie opuszczenia, pozostawienia przez Boga należy przetrzymać. W sytuacji osaczenia przez cierpienie mówimy we łzach, w pustce wewnętrznej, w poczuciu całkowitego opuszczenia "Kocham Cię Boże!"

Potrzeba bliskości ujawnia, że niemożność jej przeżywania nie jest wyłącznie problemem konkretnego człowieka, lecz środowiska, w którym on żyje. Nie możemy wejść w bliskość z innymi, dlatego, że są w nas określone opory wynikające z dotychczasowych doświadczeń. Również ponadto to, że ci, z którymi żyjemy, odczuwają strach przed bliskością z nami. Niewątpliwie, strach przed bliskością jest tożsamy ze strachem przed miłością. Obawa przed bliskością jest problemem wielu środowisk, wielu osób. Wydaje się, że musimy bronić się przed innymi. Dlatego wznosimy niewidzialne mury wokół nas, a przede wszystkim wokół naszych serc. Im bardziej stronimy od bliskości, tym bardziej czujemy się nieszczęśliwi i bezsilni wobec wyzwań, przed jakimi stawia nas Bóg.

Doświadczenie mocy ducha jest konsekwencją życia w bliskości z ludźmi i w bliskości Boga. Osoby nam życzliwe, emanują siłą, pogodą ducha, poczuciem humoru, nadzieją. Jeśli czujemy się obco w rodzinie, we wspólnocie zakonnej, w środowisku osób nazywanych przez nas bliskimi to, dlatego, że nie ma w nas odwagi bycia szczerymi, nie chcemy zaryzykować otwarcia się na nim tak umysłem jak i przede wszystkim sercem. Zbliżamy się do siebie najpierw wewnętrznie, przez zrozumienie, zaufanie, przebaczenie i miłość. Bliskość fizyczna jest rzeczą wtórną, dającą radość o tyle, o ile dokonało się spotkanie na płaszczyźnie ducha, emocji i uczuć, czyli serca. Według Hildebranda, serce jest źródłem uczuć cielesnych, psychicznych i duchowych.

Kiedy utrzymujemy relacje z człowiekiem nieszczęśliwym, rozbitym wewnętrznie, uznającym, że wiele osób jest nieżyczliwie do niego nastawionych, nie będziemy odczuwali jego bliskości. Nieumiejętność bycia blisko drugiego wyraża się w niezdolności okazywania swoich uczuć. Popadamy wówczas w maksymalne ich kontrolowanie. Czuwamy przesadnie nad własnymi odruchami, mimiką twarzy, spojrzeniem, słowem. Stajemy się sztuczni dla samych siebie, niedostępni i bardzo dalecy dla innych. Bojąc się bliskości osób dojrzałych emocjonalnie, otwartych i szczerze ujawniających wewnętrzne przeżycia, zaczynamy udawać chorych, zajętych, pochłoniętych pracą lub koniecznością odosobnienia.

Cierpiąca kobieta z Ewangelii pragnąca uzdrowienia, zapragnęła bliskości Jezusa. Zrozumiała ona, że bliskość uczuciowa, duchowa jak i fizyczna przemienia, uzdrawia, przywraca zaufanie. Dotknięcie, przytulenie, bliskość fizyczna łącząca się z doświadczeniem bliskości duchowej i uczuciowej zawierają w sobie siłę uzdrawiającą. Brak dotyku ciepłego, czułego sprawia, że żyjemy w napięciu, zdolni do gwałtownych, nerwowych, nieuzasadnionych obiektywnie reakcji.

Kobieta cierpiąca szukała sposobu na powstrzymanie krwotoku. Upływ krwi był bardzo wyczerpujący. Wydaje się, że potrzeba było wielu lat, aby zrozumiała, że nie można leczyć ciała nie lecząc duszy, nie wpływając na uzdrowienie uczuć, emocji, życia duchowego. Człowiek jest całością. Wiele naszych chorób ma swój początek w schorzeniach duchowych. Powstrzymywanie się przed wyrażaniem własnych uczuć, ucieczka przed bliskością z innymi może spowodować to, że zostajemy uwięzieni we własnym ciele. Błędnie sądzimy, że można leczyć ciało nie pytając o naszą miłość. Uczucia, których nie wyrażamy, obracają się przeciwko nam, zaczynają nam w jakimś momencie szkodzić, a nawet "cuchnąć". A. Grün mówi, że "wszystko, co chcemy stłumić i od siebie odsunąć, zaczyna cuchnąć". Uczucia, których nie wyrażamy, przez które nie staramy się wejść w dobre relacje z innymi, nie pozwalają nam żyć. Zarówno te dobre, jak i złe mocje powinny wypływać z naszego serca. One, bowiem wpływają na nasz prawidłowy rozwój.

Uczucia przez nas krępowane, duszone, którym nie dajemy prawa zaistnienia w nas, a przez nas w innych, będące naszą szansą na przeżycie bliskości, "wydają przykrą woń" (jesteśmy. Grün). Obawiamy się osób stłumionych uczuciowo, które z jednej strony pragną bliskości, z drugiej zaś, bardzo się jej boją, nie pozwalając innym na bliskość ze sobą. Dominuje w nich podejrzliwość, a nawet agresja wobec ujawniających się przyjaźni międzyludzkich. Ukrywanie uczuć można porównać do życia za ciężkim, zimnym kamieniem. Nie dajemy zarówno sobie jak też najbliższym nam osobom prawa do życia. Emanujemy chłodem, zasadami, które nas niszczą. Sami nie żyjemy i innym nie pozwalamy żyć w zgodzie z najgłębszą potrzebą człowieka do odpowiedzialnego wyrażania uczuć.

Obawiamy się bliskości z Bogiem, ponieważ przerzucamy na niego wszystkie te uczucia, jakie zrodziły się jesteśmy bliskości jesteśmy człowiekiem. Utożsamiamy człowieka z Bogiem i Boga z człowiekiem. Uprzedzenia, strach przed bliskością jest przeżywany w tym samym ludzkim sercu. Człowieka nie obejmujemy innym sercem niż Pana Boga. Gdy nasza relacja z bliźnimi przeżywa swój regres, z racji naszego dogłębnego poranienia, musi na tym ucierpieć odniesienie do Boga. Trzymanie się na dystans z Nim, nie oznacza odrzucenia jesteśmy niechęci wobec Jego Osoby, lecz jest znakiem tego, jak trudno nam przebić się przez mur uprzedzeń, podejrzliwości, niepokoju wytworzony przez bliskość łączącą się jesteśmy pełnym zaufaniem człowiekowi.

Gdy jesteśmy pozbawieni bliskości drugiego człowieka, szukamy czegoś, co mogłoby nam ten podstawowy brak "zastąpić". Sięgamy po alkohol, narkotyki, seks bez miłości, wpadamy w obsesję pracy. Żaden ze środków odurzających, wprowadzających w złudną, chwilową, iluzoryczną przyjemność nie wypełni naszych najgłębszych potrzeb związanych z bliskością człowieka, okazaniem czułości i jej przyjmowaniem. Wspomniane środki dają fałszywe poczucie bliskości z ludźmi, a równocześnie umożliwiają trzymanie ich na dystans i panowanie nad każdą sytuacją. "Są dwie podstawowe drogi ludzkiej egzystencji: jedna opiera się na strachu, druga na miłości" (L. Jampolsky). Można wyjść ze strachu i zanurzyć się w miłość. Konieczne staje się odkrycie, że pośród wielu ludzi, na których zawiedliśmy się, są i tacy, którym możemy naprawdę zaufać. Po wielu bolesnych przejściach zaufanie człowiekowi łączy się jednak z dość znacznym niedosytem wewnętrznym i odczuwaniem niespełnienia. Potrzebujemy więcej. Chcemy głębszych relacji i kogoś, na kim już nie można będzie się zawieźć. W tak wyjątkowym nurcie odczuć i zawirowań pojawia się myśl o tym samotnym, który wciąż woła, pragnąc, abym się Go dotknął, poczuł w sobie Jego moc i nie szukał u ludzi tego, co dać może jedynie On - Bóg.

Liczba wyświetleń strony: 9444055 * Liczba gości online: 23 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC