MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Wyjść naprzeciw



Kobieta cierpiąca na krwotok. Opis ewangeliczny wskazuje na to, jakby miała ona menstruacyjne krwawienie przez cały miesiąc. Sprawiało to, że była w stanie ciągłej nieczystości, według przepisów Prawa. Z jednej strony stan ten był rzeczywiście dużym utrudnieniem fizycznym. Sytuacja ta miała bezpośredni wpływ na jej życie religijne i życiem w relacji z członkami wspólnoty wiary, chcącej być w zgodzie z przepisami Prawa o czystości. Gdy dotykała kogokolwiek (lub jego szat), człowiek ten stawał się rytualnie nieczysty do końca dnia. Ponieważ była w stanie uczynić wiele osób nieczystymi, powinna unikać sytuacji, gdzie ludzie stanowili zwarty tłum. Ci, którzy nauczali w Izraelu unikali kontaktu z kobietami, aby nie popaść w nieczystość.

Ponieważ nie mogła nikogo dotykać, jak również być dotykana przez drugiego człowieka, prawdopodobnie nie była zamężna. Możliwa jest i taka wersja, że została odprawiona przez męża, będąc w związku małżeńskim, z racji permanentnego życia w nieczystości. Kobieta żyła na marginesie żydowskiego społeczeństwa.

Choroba może wprowadzić w uzależnienie. Najpierw chcemy się z niej wyzwolić, a z czasem już nie wierzymy, że ktokolwiek i cokolwiek może nam pomóc. Można się uzależnić od choroby. Z czasem nie wyobrażamy sobie życia bez niej, bez brania lekarstw, chodzenia na wizyty lekarskie, kontrole, spotykania znajomych, opowiadania o własnym samopoczuciu, dolegliwościach i tym, że nic się nie zmienia na lepsze. Kobieta, mimo upływu lat i braku postępu w leczeniu, nie rezygnuje z walki o samą siebie. Tu nie chodzi wyłącznie o zdrowie, lecz o miejsce pośród innych, o poczucie godności i szacunku, bycie w relacji z innymi, spotykanie ich i bycie w bliskości bez obawy, że ktoś z przerażeniem pocznie od niej uciekać, obawiając się popadnięcia w nieczystość.

Zostawia drogę komunikacji z człowiekiem, wchodząc świadomie i zdecydowanie na drogę pełnej komunikacji z Jezusem. Chce żyć i cieszyć się życiem. Nie chce przemykać pośród innych jako "żyjący trup". Marzy o patrzeniu na ludzi bez lęku, z zatrzymaniem się przed nimi. Tak wiele chciałaby im powiedzieć. Tymczasem dostrzegała ich spojrzenia przeniknięte lękiem i uśmiechem zastygłym na przerażonej twarzy. Mamy dość stanu własnej nieczystości, życia pozornego. Zdrowie innych jest zazdrością, ale i wyzwaniem. Własna nieczystość okazuje się być nie tylko bólem, lecz i powołaniem do życia odpowiedzialnego, czystego, połączonego z odkrywaniem własnej tożsamości dziecka, ucznia, przyjaciela Jezusa Chrystusa.

Niekiedy wydaje się, że nic nas nie łączy. Wszyscy jesteśmy chorzy i w jakimś sensie umarli, a tym samym potrzebujemy uzdrowienia, wskrzeszenia. Potrzeba w tych naszych bolączkach przejścia przez próbę, ponieważ uzdrowienie, albo ożywienie tego, co w człowieku umarło, domaga się wyjścia naprzeciw drugiemu. Może to jest jedną z przyczyn choroby, że nie wychodzimy naprzeciw człowieka i Jezusa. Wyjście naprzeciw drugiego domaga się nade wszystko wyjścia naprzeciw samego siebie. Okazania sobie współczucia, życzliwości i ciepła. Boimy się porażki, braku dostatecznego rozeznania sytuacji. Największą przeszkodą w wychodzeniu naprzeciw okazuje się człowiek, który zawiódł nasze zaufanie. W tej sytuacji, jeśli wszyscy wokół mówią mi, że nie warto, że zawiedzie mnie kolejny raz, powinienem wyjść naprzeciw niego dla samego siebie. Nasze zdrowienie dokonuje się również w relacji z tymi, którzy zawiedli nasze zaufanie. Odzyskujemy samych siebie w tych spotkaniach.

W utracie zaufania do drugiego dosięgamy dna naszych uczuć. Zagubienie, złość, odczucie, że kolejny raz okazałem się naiwny wprowadza w dystans do człowieka, a tym samym pogłębienie mojego problemu, będącego czynnikiem hamującym w wychodzeniu naprzeciw tym, którzy zawsze byli lojalni. Kobieta z Ewangelii, decydująca o wyjściu naprzeciw Jezusa miała za sobą mnóstwo porażek nagromadzonych przez lata. Doświadczenie frustracji, złości, niepohamowanego gniewu mogło ją załamać. Równocześnie jest w niej siła, ponieważ przez całe swoje życie wiedziała, czego chce i konsekwentnie dążyła do osiągnięcia przez siebie wytyczonego celu. Jej chcenie odnosiło się do ludzi. Lecz człowiek nosi w sobie ograniczenia w okazywaniu pomocy, odzyskiwaniu sił i zdrowia. Przychodzi chwila, kiedy człowiek nam nie wystarcza. Bolą nas jego ograniczenia, ale wraz z nimi odkrywamy, że jest ktoś, kto może nam pomóc dotychczas pomijany, z racji naszego całkowitego zawierzenia ludziom. Moment kluczowy dla wiary i zdrowia. Wymaga on umieszczenia naszych myśli i odczuć, wyobraźni i pragnień w innym wymiarze, jakim jest sfera życia duchowego.

Mogę być zdrowy wówczas, gdy uwierzę Jezusowi. Moje zaufanie do ludzi uwzględnia to, że człowiek zawodzi. Nie mogę jednak pozbawiać go szansy relacji, wyjścia naprzeciw niego tak, jak Bóg nieustannie wychodzi naprzeciw mnie. Noszą w sobie zmagania, które doprowadzają ich Z tego wynika podstawowa sprawa, jaką jest konieczność zaufania do samego siebie. Uporządkowanie spraw wiary wynika w dużym stopniu z właściwego odniesienia do ludzi. Naprawdę łączy to, że ja komuś wierzę, o kimś życzliwie myślę, nie przechowuję w sercu uczuć niechęci do kogokolwiek. To właśnie choroba tak człowieka potrafi wykańczać, że nie ma on siły, aby się bronić, tworząc w sobie postawy: niechęci, zazdrości, obrażania się.

Naprawdę łączy to, że ja komuś wierzę. Jeśli nie wierzę, to wówczas choruję. Moje wyjście z choroby jest równoznaczne z powrotem do wierzenia. Naprawdę łączy ludzi to, gdy sobie wzajemnie wierzą. Jesteśmy wspólnotą, jednością na tyle, na ile wierzymy Bogu, nie usiłując pewnych spraw, jakie zachodzą we wspólnocie rozumieć w ludzkich kategoriach myślenia. Wiara daje spojrzenie na rzeczywistość ze strony Boga, a nie człowieka. I to jest zasadnicza trudność w uwierzeniu i przyjęciu przesłania, przychodzącego od Boga, poprzez poszczególne wydarzenia.

Wierzyć, to również patrzeć ponad tym, co umarłe, co wydaje się być z ludzkiego punktu widzenia – bezsensowne. Jeśli coś nie ma sensu to, po co się tym zajmować. Tak potrafimy niekiedy na siebie patrzeć, oceniać i o sobie nawzajem myśleć: jesteś stracony, tobie już nic i nikt nie może pomóc.

Niezwykłe wrażenie odnoszę, widząc Jezusa, który dowiedziawszy się o śmierci dziewczynki, wstaje i idzie. Jest coś, co każe inaczej patrzeć na sprawę. Jest ojciec, który wierzy. Potrzeba by był obok nas ktoś, kto wierzy. Otaczajmy się tymi, którzy wierzą Bogu, pomimo naszej naszego destrukcyjnego życia, wypowiedzi wyrażających się choćby w buncie, czy nienawiści. Jest to, bowiem jakiś rodzaj śmierci duchowej człowieka.

Kobieta zniszczona przez chorobę. Gdy człowiek jest doprowadzony do wielkiej bezradności, zaczyna odkrywać znaczenie prostych gestów. Odkrycie prostoty łączy się albo z cierpieniem, albo z miłością. Musi jednak doświadczyć bezradności i na nią dać przyzwolenie. Z drugiej strony niezbędny jest realizm wiary: człowiek nie może mi pomóc, lecz Jezus Chrystus. Za bardzo stawiamy w naszym życiu zakonnym, wspólnotowym na człowieka, jego skuteczność w tworzeniu naszego dobrego samopoczucia. Tak, jakby ich słowo, ich życzliwe dotknięcie, mogło zagoić każdą ranę.

Kobieta cierpiąca podchodzi od tyłu, nie staje na drodze Pana, który bardzo się spieszy, lecz za nim. Idąc za Jezusem, możemy się Go dotknąć, ale tego nie czynimy, ponieważ nie wierzymy, że w tak prosty sposób może przyjść na nas zdrowie. A tymczasem wystarczy dotknąć Pana.

Liczba wyświetleń strony: 10716159 * Liczba gości online: 28 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC