MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Odbudowa wspólnoty



Mimo naszego trądu Jezus pozwala nam zobaczyć wspólnotę, w której jesteśmy otwartą na nas, a przede wszystkim wypełnioną Jego obecnością. Stan nieczystości budzi tęsknotę za odnalezieniem się przed innymi. Szukając uwolnienia od myśli potępiających nas, powinniśmy dotrzeć do tego miejsca we wspólnocie, które opuściliśmy w poszukiwaniu doświadczeń prowadzących do zerwania z nią jedności. Odejście od wspólnoty, pozostawienie na uboczu troski o jej rozwój, staje się równoznaczne z nieumiejętnością życia w czystości serca.

To nie inni każą nam żyć na obrzeżach wspólnoty, lecz sami skazujemy się na chorobliwy dystans przez myślenie podejrzliwe i nieufne. Życie jest nieustannym oscylowaniem pomiędzy podziwem i potępianiem siebie, między cnotami i wadami, między dobrymi i złymi czynami. "Większość ludzkiego cierpienia wynika z rozbitych relacji. Złość, zazdrość, rozżalenie i poczucie odrzucenia ma swoje źródło w konfliktach między ludźmi, którzy bardzo pragną jedności, wspólnoty i głębokiego poczucia przynależności" (Henri J.M. Nouwen).

Gdy zawodzimy w miłości wchodząc w nieczystość, potrzebujemy innych, potrzebujemy wspólnoty rozumienia i przebaczenia. Zawodzimy w miłości, gdy zaczynamy stronić od wspólnoty, od tych, którzy nas kochają i zaczynamy chodzić jedynie po jej obrzeżach. Należy zobaczyć wspólnotę, która nas nie oskarża, lecz potrzebuje naszej obecności. Inni dają nam siłę do życia w czystości wtedy, kiedy my ją tracimy i bliscy jesteśmy upadku.

Powrót do wspólnoty jest równoznaczny z przyjęciem tej mocy, której ona udziela. Myślę o wspólnocie ludzi otwartych, prawdomównych, współodczuwających z tym, który jeszcze nie dorasta do życia wartościami ewangelicznymi. Jednak, zanim znajdę się na nowo we wspólnocie wymiarze moich emocji i mojego ducha, powinienem nie czekać na specjalne zaproszenie do wejścia w nią. Wchodzę do niej, ponieważ jest to ten obszar troski o życie w wolności ducha, o stawanie się człowiekiem, który chce poczuć, że jest kochany i kocha, jest szanowany i szanuje, jest oczekiwany, dlatego przychodzi. Bywa i tak, że we wspólnocie czeka jedna osoba. To musi wystarczyć. Nie należy oczekiwać na wiele, wystarczy mało. Od tego "niewiele" rozpoczynamy swoją obecność i swoją przemianę.

Gdy wnosimy do grona znanych nam osób to, co w nas jest dobre, wzrastamy w czystości i miłości do nich. Gubimy się w czystości, gdy nie kochamy ludzi będących na wyciągnięcie ręki. Poszukujemy kogoś, kto zaspokoiłby nasze głody w miłości. Nikt z ludzi ich nie zaspokoi. Dając to, co w nas szlachetne i prawdziwe odkrywamy, że miłość przez nas upragniona zawsze w nas była. Nie dostrzegaliśmy jej w sobie, szukając poza sobą. W nas jest miłość złożona przez Boga wraz z darem życia, wiary i powołania.

Inwestowanie we wspólnotę własnych uczuć doprowadza do zaufania tym, w których się angażujemy. To jest niezwykły akt rodzenia "rodzenia siebie" do pogłębionej relacji z innymi. Rodzimy się dla siebie "na nowo" z tej racji, że zmienia się w nas postrzeganie osób widzianych do tej pory jako tych, od których zawsze czegoś oczekiwaliśmy, a nawet żądaliśmy, na tych, których z własnej woli pragnę obdarować darem twórczego istnienia. Gdy szukamy wspólnoty szczególnej, która będzie odpowiadała na nasze potrzeby, nigdy jej nie znajdziemy i grozi nam ucieczka od tych, których postrzegamy jako niewrażliwych i obcych nam. Wnosząc we wspólnotę to, co było naszym najgłębszym oczekiwaniem zauważamy, że ona pod wpływem naszego ciepła i zaufania otwiera się na nas, jak piękny kwiat na pierwsze dotknięcia porannych promieni słońca. Trzeba dawać siebie, by dostrzec, że jest się obdarowanym. Trzeba kochać, być odkryć miłość innych do siebie.

Z czasem zauważamy, że wspólnota, w jakiej żyjemy nie zmieniła się, lecz zmieniło się nasze jej widzenie. Pretensje, nadmierne oczekiwania, złość, żądania kierowane pod adresem innych sprawiają, że owe namiętności przesłaniają nam rzeczywiste oblicze wspólnoty. Problem jest również w tym, że zachowujemy się niekiedy jak rozkapryszone dzieci, które chcą być w centrum uwagi innych. Kiedy tego nie otrzymują, ostentacyjnie pokazują jak bardzo czują się skrzywdzone. Coś z tego jest w postawie osób dorosłych. "Ponieważ nie odpowiadacie na moje oczekiwania idę tam, gdzie inni mnie zrozumieją i uszanują świat moich uczuć". Rozpoczyna się czas "emigracji wewnętrznej", poszukiwania środowiska, w którym znajdę miejsce dla wypełnienia moich uczuć takim ładunkiem wrażeń, które uznam za spełniający moje ludzkie głody.

Nie otrzymamy tego, czego potrzebujemy poza tymi, którzy dla nas są "stworzeni", a my dla nich. Bóg dał nam tę, a nie inną wspólnotę, dla naszego przejrzenia, otwarcia uszu i zrozumienia. Ciągle szukamy siebie i tego, co dla nas dogodne. Nie tyle potrzeba opuszczać wewnętrznie wspólnotę, lecz przejrzeć i zobaczyć, że istnieje konieczność porzucenia chorego obrazu wspólnoty, jaki w sobie nosimy. To, co jest we mnie chore, sprzyja przynoszeniu chorych owoców miłości. Owocem chorej miłości jest życie w nieczystości. Nasze nadmierne oczekiwania wobec innych poważnie utrudniają, czy wręcz uniemożliwiają życie w czystości.

Konieczna jest nam prostota, będąca "znajdowaniem przyjemności i radości w małych, zwyczajnych sprawach życia" (Henri J.M. Nouwen). Potrzeba odkryć na nowo, lub dopiero po raz pierwszy, swoją wartość i niezbędność we wspólnocie, wspólnocie, której żyjemy. Jan Paweł II w Stanach Zjednoczonych użył niezwykłego określenia: "Nikt nie jest tak biedny, żeby nie miał nic do dania i nikt nie jest tak bogaty, żeby niczego nie potrzebował". Mając na uwadze całą naszą biedę duchową i moralną jesteśmy zdolni do obdarowywania innych bogactwem serca, którego sami nie znamy. Wraz z dzieleniem się z innymi swoim wewnętrznym pięknem, sami je poznajemy i staje się ono dla nas umocnieniem do twórczego przeżywania życia we wspólnocie. Życie twórcze jest życiem prawdziwym, dobrym i pięknym. Tak wyraża się nasza "czystość serca".

Wejście we wspólnotę domaga się od nas jasności wyborów, postaw, prezentacji przejrzystego dla innych punktu widzenia. Dla zachowania czystości serca niezbędna jest silna więź z ludźmi, z którymi żyjemy w rodzinie, wśród znajomych i sąsiadów, w klasztorze, we wspólnocie kapłańskiej.

Wspólnota słabych jest szansą dla słabego. Wspólnota świadoma własnych słabości i przeżywająca je w prawdzie, bez udawania i ukrywania, staje się miejscem, w którym może żyć ten, który do niej powraca, po czasie "wewnętrznej emigracji". Inni powinni uszanować naszą bezbronność. To samo powinno stać się z nami. Bezbronność może w człowieku wzbudzić troskę, ciepło i życzliwość będące atmosferą "dobrego domu". W przyjęciu słabego jest możliwość dania mu siły do pokonania jego słabości.

Żyć we wspólnocie to wielka wartość i radość. Jednak wspólnota nie może stać się celem naszych dążeń i pragnień. Nie można zakładać, że wspólnota jest tylko wówczas, kiedy stanowi zespół żyjący i działający w jedności serc i umysłów. Oczekując zawsze i wszędzie takiego zespołu, w którym możemy bez przeszkód realizować swoje zadania i troszczyć się o swój rozwój, możemy popaść w smutek i przygnębienie. Wspólnota jest środowiskiem życia, którego potrzebujemy, ale też należy uczyć zdrowej zależności od wspólnoty. Chodzi o taki wymiar życia, kiedy inni wpływają w zasadniczy sposób na moje odczuwanie szczęścia czy nieszczęścia w realizacji misji. Doznajemy radości, kiedy osoby tworzące wspólnotę są twórczy i odpowiedzialni. Jeśli jednak takimi nie są, nie możemy popadać w smutek i przygnębienie. Wskazywałoby to na nasze duże uzależnienie się od życia duchowego, moralnego i stanu emocjonalnego członków wspólnoty.

Trzeba umieć żyć bez korzystnych dla siebie "klimatów", przywiązania czy uzależnień. Siłą niszczącą nas, z którą możemy się spotkać jest ta, która narusza naszą wolność i sprawia, że robimy to, czego naprawdę nie chcemy. To jest uzależnienie. Osoby, sprawy, poglądy, czyli "obiekty przywiązania stają się ogniskami skupiającymi całą uwagę – stają się obsesjami; zaczynają rządzić naszym życiem (…) Przywiązanie spina trwale nasze pragnienie z określonymi obiektami i w ten sposób powstaje uzależnienie (…) Uzależnienie jest największym zagrożeniem psychicznym atakującym ludzkie pragnienie Boga" (G. May, Uzależnienie i łaska, Poznań 1988, s.17-18). To ono prowadzi nas do samowoli, niszcząc naszą wolność i poczucie godności.

Należy zrezygnować z idealistycznego postrzegania wspólnoty. Takie, bowiem podejście jest źródłem wielu niszczących nas napięć, wprowadzających potrzebę wyłączenia się z jej życia duchowego i emocjonalnego, a nawet jej pozostawienia.

Wspólnotę tworzy oddanie się z pasją temu, co jest nam zlecone. Koncentracja na sobie niszczy nie tylko nas, ale destabilizuje życie innych. Skupienie uwagi na sobie tą dążenie za swoimi pragnieniami i szukanie wyłącznie własnego dobra. Troszcząc się o jedność z innymi, możemy tworzyć dobre dzieła i doświadczać spełnienia. Jedność zawsze odnawia wspólnotę tak, że odczuwamy, iż należymy jedni do drugich.

Wspólnota potrzebuje otwartości serca. Na tyle odczuwam, że do niej należę, na ile tworzę ją, przez okazywanie serca. To jak się modlimy i pracujemy, w jaki sposób odpoczywamy wpływa na to, jak się ze sobą wzajemnie czujemy. Tym, co nas integruje jest, między innymi, szczery dialog. Jego celem jest poszukiwanie prawdy, z której wyłania się wolność. Szukanie prawdy dokonuje się na dwóch płaszczyznach, na płaszczyźnie słowa Bożego i na płaszczyźnie słowa ludzkiego. Słowo nas zbliża, raduje, uczy wzajemnego poznania i szacunku, ale też może nas od siebie oddalać, wydając na pastwę nieopanowanym namiętnościom. "Zrozumienie słowa Bożego jest nieodłączne od budowania wspólnoty" (T. Radcliff, Nazwałem was przyjaciółmi, Kraków 2002, s. 207-208).

Należy również pamiętać o drugim wymiarze tworzenia wspólnoty, jakim jest rozmowa. Do tego potrzebujemy odwagi zmierzającej do wymiany myśli i wzajemnego zrozumienia. W dialogu możemy doświadczać napięć, ścierania się poglądów, stawiania trudnych pytań i oczekiwania na nie odpowiedzi. Zmierzamy, bowiem do tego, aby otrzymać od członków wspólnoty to, co oni w wymiarze myśli i przeżyć mogą nam dać. Rozmawiając nie atakujemy siebie wzajemnie, lecz zachęcamy do odkrycia w drugim tego, czego on sam do końca sobie nie uświadamia. Miłość braterska i łączące się z nią zaufanie umożliwia autentyczny dialog, który jest spotkaniem się w zrozumieniu. Spotykamy się nie tylko wtedy, gdy się rozumiemy, lecz także wówczas, gdy nosimy w sobie pragnienie zrozumienia drugiego.

Tworzenie wspólnoty dokonuje się wtedy, gdy jej członkowie potrafią się wzajemnie od siei czegoś nauczyć. Zamieszkujemy w innych przez prawdę, do której odkrycia przyczyniliśmy się. Wielkość człowieka wyraża się również w tym, że chętnie się uczy od każdego, kogo spotyka.

Każda wspólnota jest podatna na zranienie. Stąd konieczna jest wrażliwość na wypowiadane do siebie nawzajem słowa. Szacunek we wspólnocie wyrażamy przez kulturę słowa do innych i o innych. Słowa przez nas wypowiadane powinny karmić, odpowiadać prawdzie i rzeczywistości. Idziemy tą drogą będąc zaprzyjaźnieni z pokorą.

Podstawowe pytanie, jakie pojawia się w życiu wspólnym jest to: "Czy jesteś szczęśliwy?" Rzecz nie polega na podtrzymywaniu ducha nieustannej wesołości. We wspólnocie potrzebna jest radość i smutek. To jest równowaga i pewna normalność ujawniająca zdrowie psychiczne i duchowe wspólnoty. Bez przeżywanej razem radości i smutku, trudno o realizację wezwania do życia w czystości. Potrzebujemy wspólnoty, która podtrzymuje nas. Kiedy serca nasze są słabe i poranione, potrzebujemy osób bliskich naszemu sercu. Niezbędna jest świadomość, że wspólnota potrzebuje nas również jako tych, którym potrzeba okazać miłosierdzie: opatrzyć, umocnić, pocieszyć.

Tworzymy wspólnotę, kiedy jest w nas odwaga wspólnych rozmów. Ważna jest umiejętność dzielenia się zarówno swoją wiarą, jak i wątpliwościami, które przeżywamy. Nie należy ulegać panice, gdy ktoś z naszych bliskich doświadcza braku sensu życia. To, co możemy w takich chwilach zaproponować, to wsłuchać się w drugiego i uszanować jego otwartość. To, że ktoś dzieli się z nami tym, co go zraniło, mówi o znacznym stopniu zaufania do nas. Nic nas tak nie łączy jak chwile, w których podejmujemy wspólną walkę o dobro, o uwolnienie bliskiej mi osoby z jakiegokolwiek uzależnienia. Jedynie osoby zdolne do miłości i przyjaźni są w stanie zrozumieć wewnętrznie poranionych. Ich pasją jest człowiek szukający bliskości drugiego, jego zatrzymania, wysłuchania z szacunkiem bez osądzania czy moralizowania. Pouczanie człowieka błądzącego nie zawsze jest postawą dobrą na "tu i teraz". Trzeba być przy nim, aby chciał mówić, wypłakać się na naszym ramieniu, a nawet wykrzyczeć. Bóg potrzebuje wyrażenia, aby przestał wewnętrznie wyniszczać.

Dobrze jest słuchać tego, co innych uczynili w ciągu dnia, co ich cieszy albo zasmuca. Dzielenie się otwarte i szczere zbliża nas do siebie. Uczymy się w ten sposób słuchać, okazując szacunek temu, co jest ważne dla osoby żyjącej razem ze mną. Najtrudniejsze jest dzielenie się. Potrzeba dużego stopnia poczucia bezpieczeństwa, odczytywania, że łączy mnie z innymi wspólnota myślenia, troski, zmagań, wartości, aby mówić o tym, co wypełnia serce. Dając drugiemu możność dzielenia się jego przeżyciami, kieruję w jego stronę wyraźny sygnał: jesteś u siebie, pośród swoich, jesteś kochany, a tym samym bardzo dla nas ważny.

Powinny one dotyczyć tego, co najgłębiej boli wszystkich. Jest to zrozumiałe, jeśli patrzymy na wspólnotę nie tylko pod kątem wspólnego zamieszkania, lecz drogi, którą razem idziemy. Wspólnota jest wówczas, kiedy styl życia, zasady w niej panujące, wzajemne relacje służą każdemu z jej członków. Naszym dążenie we wspólnocie nie tyle jest ważne pod kątem tego, co robimy, lecz kim jesteśmy. Jeśli nasza praca aż tak bardzo nas absorbuje i nie mamy czasu na wspólną modlitwę, wspólne spożywanie posiłków i dzielenie życia z innymi, wtedy będzie nam brakowało tej siły i radości, która jest dana każdej z osób wspólnoty. Trzeba nam dążyć do wolności od posiadania kogokolwiek. Trzeba pozwolić tym, których kochamy mieć własne poglądy, rozwiązania, marzenia, słabości. Koniecznością staje się zajęcie miejsca na obrzeżach życia osób kochanych.

Praktykowana delikatność tworzy wspólnotę. Ogromne znaczenia mają drobne gesty oddania, poświęcenia się, pamięci, będące znakiem miłości. Należy chronić wspólnotę przed tym, aby wszyscy byli do siebie podobni, czy wręcz tacy sami w myśleniu, w poglądach, rozumieniu spraw. To jest deformacja. Podobieństwo, czy nawet to, że jesteśmy tacy sami, nie jest zaletą. Bardzo wiele osób zmuszonych jest do porzucenia tego, co ich identyfikowało, było dobre, szlachetne, lecz wyróżniało od innych. Gdy każdy z nas wprowadza swój szczególny dar po linii którego Bóg daje życie wspólnocie, wspólnota staje się piękniejsza. Często męczymy się we wspólnotach, ponieważ nie ujawniają się wartości drzemiące w poszczególnych członkach.

Nasza czystość jest taka, jaka jest odpowiedzialność za wspólnotę. Odpowiedzialność, to tyle, co wierność wspólnocie, ale przede wszystkim Bogu i sobie samemu. Nie można wszędzie lokować swojego serca, swoich uczuć, to znaczy, we wspólnocie i poza nią. Jest jednak tak, że możemy do naszej wspólnoty przyjąć określone osoby w wymiarze ducha, które darzymy szczególną miłością i przyjaźnią. Wspólnota, to organizm otwarty, pulsujących życiem, z którego wychodzi życie i przyciąga poranionych. Autentyczna wspólnota chrześcijańska jest macierzyńska i ojcowska. Dlatego "wszyscy ją szukają", do niej przychodzą, wzdychają za objawieniem się w niej ludzi wiernych Bogu, pięknych miłością i czuwających.

Nasza obecność we wspólnocie ma swój cel. Jest nim życie z innymi oraz realizacja misji zleconej nam przez Jezusa. Będąc nadmiernie skupionymi na sprawach osobistych, doprowadzamy do powstawania i trwania napięć. Źle czujemy się tam, kiedy nie żyjemy ze sobą, lecz obok siebie.

Nasz brak włączenia się w życie wspólne wynikać może z tego, że jesteśmy boleśnie dotknięci i poranieni. Tym samym skupieni na miejscach, które w nas krwawą. Płaczemy nad własnym skrzywdzeniem. Niezrozumienie przez innych pogłębia ten stan. Własne pragnienia i dążenia stają się najważniejsze. Potrzebne jest zwrócenie się w stronę innych, aby nabrać właściwego dystansu do siebie i swojego cierpienia. Troska o wspólnotę pozwala spojrzeć na własne zranienia jako na źródło mocy i miłości wspomagające naszą troskę o innych. Rany są po to, byśmy więcej kochali. One w nas krwawią, byśmy mogli tulić do serca zmęczonych życiem, zniechęconych, płaczących. Mądrość i dobro emanuje z ludzkich ran, gdy zostają przyjęte w Imię Jezusa.

Liczba wyświetleń strony: 10001372 * Liczba gości online: 19 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-16
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC