MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Nawrócenie i rozczarowanie



Kiedy czytamy Dzieje Apostolskie (9,20-31) zauważamy, że po wyruszeniu Pawła do Tarsu Kościół żył w spokoju, bo pozbył się człowieka, który wywoływał zamęt i nieporządek. I drugi tekst (Gal 1,15-2,1) i (2 Kor 12,1-5).

Paweł opisuje atmosferę tych lat z wielkim szacunkiem, niekiedy jednakże wybucha. W liście do Filipian napisał: „Strzeżcie się psów, strzeżcie się złych pracowników, strzeżcie się okaleczeńców (to była grupa fanatycznych prozelitów nie-Żydów, z obsesją na punkcie fizycznego obrzezania, którym się bezpodstawnie chlubili, uznając je za niezbędny środek do tego, aby wejść do grona ludu Bożego). My bowiem jesteśmy prawdziwie ludem obrzezanym – my, którzy sprawujemy kult w Duchu Bożym i chlubimy się w Chrystusie Jezusie, a nie pokładamy ufności w ciele. Chociaż ja także w ciele mogę pokładać ufność. Jeśli ktoś inny mniema, że ufność może złożyć w ciele, to ja tym bardziej” (Flp 3,2-4).

Paweł głosi Ewangelię w pobliżu miast arabskich, ponieważ nie był mile widziany przez Żydów. W pewnym momencie władza jest tak bardzo zaniepokojona i wzbudza przeciw niemu tak wielką opozycję, iż jest zmuszony do ucieczki. Trudno zobaczyć w tym czasie, aby wspólnota go popierała czy upominała się o niego; był kimś, kto przeszkadzał, nawet jeśli jego gorliwość budziła podziw. Działalność Pawła coraz bardziej rzuca się w oczy, współbracia niepokoją się o niego i wysyłają do ojczystych stron. Innymi słowy: dziękują mu i odsyłają go.

Po tych wydarzeniach – w Damaszku i w Jerozolimie – następuje okres zupełnej samotności, zniechęcenia i zgorzknienia na ziemi ojczystej. Dziesięć lat po pierwszym nawróceniu to czas trudności, zderzeń, kłopotów spowodowanych jego sposobem apostołowania, zbyt ognistym, jego nadmiernym rzucaniem się w oczy. To również lata samotności, milczenia, zniechęcenia. Gdy Paweł o tym opowiada, przeżywa te wydarzenia już z perspektywy swej drugiej podróży apostolskiej i nie roztkliwia się nad nimi.

Po dwudziestu ośmiu latach od nawrócenia Paweł nauczył się liczyć życie według świętego rytmu. Wtedy już patrzył na to, co mu się przydarzyło – w świetle Opatrzności. Zobaczył, że jego życie toczyło się według świętej rachuby czasu. Wcześniej nie zdawał sobie w pełni sprawy, dlaczego jego życie toczyło się właśnie w taki a nie inny sposób.

Historia dziesięciu lat po Damaszku to okres kłopotów w Damaszku, niezrozumienia w Jerozolimie, chwile samotności i zniechęcenia. Czy ta cała wina jest po stronie innych, którzy go nie rozumieli, którzy mu przeszkadzali, którzy nie stanęli w jego obronie, woleli pozbyć się go, bo nie potrafili go docenić? Prawdopodobnie wina leży po obu stronach.

Nie zrozumieli go judeochrześcijanie, przywiązani do zbyt ciasnej wizji działalności apostolskiej, z wieloma lękami i wątpliwościami. Nie potrafili docenić Pawła, obawiali się, że jego sposób działania przyniesie więcej szkody niż pożytku. Przeciwnicy zwalczali Pawła, słusznie podejrzewając, że jest on postacią kluczową. Za sprawą jednych i drugich – połączonych, jak to czasem bywa, milczącym porozumieniem – Paweł został wyeliminowany.

Czy Paweł był winny? Po swoim gwałtownym nawróceniu, powrócił do codzienności. Trzeba jednak pamiętać, że człowiek łatwo się nie zmienia. Paweł rzuca się w nową misję z takim samym entuzjazmem, z jakim spełniał poprzednią, przesuwa swoją gorliwość z jednego pola na inne i znowu entuzjazmuje się dziełem, jak gdyby było jego własne. Wtedy to Jezus poddaje go bardzo ciężkiej, oczyszczającej próbie. Paweł musi zrozumieć, że nawrócenie wymaga od niego nie tylko zmiany pola działania, nawrócenie uformowało bowiem w nim nowy sposób bycia, nowy sposób patrzenia na rzeczywistość, który musi powoli dojrzewać, zanim wtopi się w jego osobowość. Myśli były jasne, również słowa; jednakże odruchowy sposób postępowania był taki sam jak dawniej.

Na drodze poszukiwania Boga pragniemy, by nasze intencje były coraz czystsze, wiemy jednak, iż nie idzie to w parze z natychmiastową zmianą naszego sposobu postępowania – odruchowego i owładniętego duchem posiadania – naszej postawy wobec rzeczy i sytuacji. Potrzebujemy nieustannego oczyszczenia, niezależnie od pięknych słów, które wypowiadamy, i pięknych pojęć, które formułujemy.

***

Rozczarowanie może być straszliwym przeżyciem, z którego wychodzimy zgorzkniali, sfrustrowani, niezdolni do okazywania zaufania. Ale może także stać się okazją do wewnętrznego pogłębienia, dojrzewania. Jeżeli przyjmiemy do wiadomości fakt, że stanowi ono część życia, może stać się impulsem, sposobnością do uwolnienia naszej kreatywności.

Nie można spotkać Jezusa, kiedy nie zależy nam na jednym, kiedy „jedno”, nie zaś „wiele”, jest ważne. Bóg jest spełnieniem, gdyż jest głębią, za którą tęsknimy. Zaspokoić może nas jedynie to, co udziela mocy ducha, ożywienia wewnętrznego prowadzącego ku radości. Taka jest zasada, która sprawdziła się w życiu wielu ludzi, że aby spotkać Boga, trzeba Go „stracić”, zgodzić się na nieodczuwalnie Jego bliskości, zgodzić się na to, że Bóg jakby nie był po mojej stronie. Rozczarowań trzeba doznać na własnej skórze, by tak bardzo zabolały, iż stały się początkiem tęsknoty za spotkaniem Jezusa, za którym tęskni serce i dusza i ciało. Nosimy w sobie pragnienie by ktoś był ważny w tym wędrowaniu naszym. Gdy znajdujemy człowieka podobnego nam, dzielącego wspólnotę w myśleniu i odczuwaniu, cenimy sobie takie znajomości i przyjaźnie. Dobrze się czujemy w świecie zdrowych myśli i odczuć. Jest gdzieś taka potrzeba, aby stracić nawet tych, z którymi rozumieliśmy się, aby zyskać nowe, bardziej ożywiające umysł i serce patrzenie na Boga. On chce patrzenia na wprost, nie zaś przez człowieka. To bowiem powoduje, że ujawnia się skłonność zatrzymywania się na dobrym, kochającym, cudownym, wyjątkowym człowieku. Nie pójdziemy dalej. Wystarczy nam człowiek. Gdy „wycierpimy od” wielu ludzi, zaczynamy szukać tego jednego, niezawodnego Syna Człowieczego. Najczęstszą drogą ucieczki jest zrzucenie na innych winy za własne rozczarowanie i odejście. Zamiast pozwolić Bogu leczyć ranę i powoli zaczynać widzieć, że miłości właściwie nigdy nie brakowało, ponieważ Bóg był zawsze obecny, zrzucamy winę na drugich. Pragniemy, aby to oni się zmienili, sami zaś nie robimy w tym kierunku niczego.

W życiu najbardziej zależy nam na zaufaniu innym. Nie odnajdujemy przyjaciół, dachu nad głową, spokoju serca, gdy nie mamy komu zaufać. Nie jest rzeczą możliwą, aby je kupić, nie można kogoś przekonać, aby mi zaufał, gdyż ja w ten sposób lepiej się poczuję. Gdy ufamy, wewnętrznie zdrowiejemy. Przeczuwamy, komu możemy zaufać, lecz często się też mylimy. Obarczeni urazami chowamy się w sobie, lecz nie jest rzeczą możliwą pozostawanie w takim stanie, który grozi rozpaczą. Uświadamiamy sobie, że zaufanie do człowieka odnawia nas samych. Nie tylko ja odnawiam się przez zaufanie, lecz życie wstępuje w tych, którym zaufałem. Nie można komuś zaufać, nie doświadczając tego, że pierwszym, który mi zaufał jest Bóg. Zaufanie człowiekowi ma swój początek w odkryciu, że Jezus mnie dotyka wpierw, zanim ja dotknę Jego.

Zawiedzenie się na innych jest równoznaczne z doświadczeniem zranienia. Nie spotka nas ono ze strony osób szczęśliwych, realizujących swoje marzenia. Człowiek radosny nie zadaje ran i nie ma podstaw do zachowań agresywnych. Ci, którzy opanowani są przez uczucia niepewności, strachu i podejrzliwości, najczęściej ranią innych. Podobnie, atakują nas przede wszystkim ci ludzie, którzy panicznie się boją i swój lęk tłumią. „Ranią tylko ci, którzy są poranieni”. Tym większe jest nasze rozczarowanie, im większe było nasze oczekiwanie. Nasze marzenia nie zostały spełnione. Poniekąd oczekiwała od ludzi tego, co było wyłącznie w mocy Boga. Gdy człowiek nie spełnia tych nadziei, jakie w nim pokładamy, głęboko nas rani. Stąd konieczne jest uświadomienie sobie ograniczonych możliwości dawania przez człowieka.

„Uczyć się płakać, uczyć się czuwać, uczyć się czekać na świt – może to właśnie to znaczy być człowiekiem. Niełatwo w to uwierzyć, ponieważ stale lgniemy do ludzi, książek, zdarzeń, doświadczeń, planów i projektów, mając nadzieję, że tym razem będzie inaczej. Ciągle próbujemy różnych rodzajów znieczulenia, łatwiej przystając na „psychiczne odrętwienie” niż wyostrzenie zmysłów” (Nouwen).

Od ludzi wiele możemy się nacierpieć. Zmęczenie zbliża nas do pogłębiania się w odczuwaniu rozczarowań, frustracji, chęci wycofania się z życia. Rozczarowanie życiem, jest jak wielkie rekolekcje przygotowujące do zobaczenia Boga, iż zawsze On był, lecz zaufanie w to, co przynosi świat czyniło nas niewidzącymi Jego, który jest zawsze najbliżej nas, bliżej niż my sami siebie.

Ważne jest nie idealizowanie tych, którzy w jakikolwiek sposób stali się bliscy naszemu sercu. Z ich powodu możemy doświadczyć wielkiego rozczarowania i cierpienia. Jest w nas słuszne przeświadczenie, że nie ma ludzi idealnych, a mimo tego chcemy ich zobaczyć. Ideały należy w sobie nosić, przeżywać je i w miarę możliwości nimi żyć. Nie wolno jednak uczynić ideału wartością absolutną, celem samym w sobie, ponieważ może się okazać, że nasze oczekiwania są utopijne. Wyobrażamy sobie człowieka, którego kochamy i darzymy wielkim zaufaniem, że nigdy nas nie zawiedzie. Gdy jednak doznamy bolesnego rozczarowania, popadamy w zgorzknienie, zamknięcie się w sobie, a nawet depresję. Twierdzimy wówczas, że nie ma takich ludzi, którym moglibyśmy zaufać. Nie istnieje ktoś, kogo możemy pokochać, bo każdy człowiek jest zawodny. Nie potrafimy przebaczyć drugiemu zdrady, gdyż w naszym rozumieniu miłości i przyjaźni, on nigdy nie powinien zdradzić.

Gdy ludzie zawodzą, otwierają nam oczy na to, kim naprawdę są. Pokazują nam rzeczywistość, której nie znaliśmy, ponieważ wytworzyliśmy sobie własną, w której czuliśmy się bezpieczni i spokojni. Co zrobić, kiedy ludzie zawodzą? Wyrzec się ich sądzenia. Nie powinniśmy także identyfikować człowieka całkowicie z jego postępowaniem. Uraz głęboko w nas osadzony, każe nam pójść taką właśnie ścieżką myślenia i odczuwania. Doświadczenie mówi nam, że właśnie uraz będący przeciwieństwem przebaczenia, prowadzi do utrwalania w nas zła, jakiego doznaliśmy. Myśląc o nim i nieustannie powracając do rozważań wypełnionych po brzegi bólem, agresją, złorzeczeniem, poczuciem wielkiego skrzywdzenia nie pozwalamy złu odejść z naszego myślenia, uczuć i emocji, z tego, co jest najczulszą tkanką naszego życia, z naszej duszy. Gdy uraz jest głęboko zakorzeniony, pielęgnowany i zatrzymywany, nie jest możliwe nasze uzdrowienie przez Chrystusa.




Liczba wyświetleń strony: 10664000 * Liczba gości online: 32 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC