MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Cierpieć i umrzeć z Miłości



Będąc dziewczyną w wieku czternastu lat św. Teresa od Dzieciątka Jezus tęskni za tym, by umrzeć z miłości. Jej tęsknota za cierpieniem, która pojawiła się wcześnie w jej życiu była uzasadniona ratowaniem dusz. Była przekonana, że nie można kochać bez wielkiego cierpienia. Gotowa nawet pójść do piekła pragnąc tylko tego, aby Jezus „był kochany i wielbiony wszędzie”. Myślała jednak z bólem serca, że przecież „nikt nie wyzna Mu miłości w piekle”. Jej zdaniem Jezus stał się człowiekiem po to, aby mógł cierpieć, i po to, byśmy my stali się szczęśliwi przez to, że mamy naszą „nędzną naturę”. To właśnie nasza słaba natura daje nam okazję do ponoszenia wielu ofiar.

To, co w Świętej szczególnie w znacznym tempie wzrastało, to miłość i cierpienie. Równa była w niej tęsknota za jednym jak i drugim doświadczeniem. Rozwój ten zaznaczył się w pragnieniu świadectwa o miłości do Jezusa przez przelanie krwi. Teresa pragnie zostać męczennicą. Nazywa to „marzeniem swojej młodości”. Dojrzewało ono w życiu zakonnym.

Teresa pragnęła jak Jezus, nie tyle znosić cierpienie, lecz je wypełnić swoją obecnością. Ona nie chciała przez cierpienie przede wszystkim cierpieć, lecz przez nie chciała więcej kochać Jezusa. Nigdy nie prosiła o większe cierpienie. Jeśli Bóg chciał je zwiększyć, przyjmowała je z przyjemnością i radością, ponieważ pochodziło od Niego. Była przekonana, że jest zbyt mała, aby mieć siłę do niesienia ich własną siłą. Mówiła, że gdyby prosiła o cierpienia, byłyby to jej cierpienia i musiałaby je nieść sama. Nigdy tego nie czyniła, ponieważ czuła, że nigdy niczego nie potrafiła zrobić sama.

Jeżeli święci tęsknią za cierpieniem, to zawsze dlatego, że tęsknią za tym, by na miłość odpowiedzieć miłością. Wynika z tego, że kochać jesteśmy w stanie, gdy zgodzimy się cierpieć. Do miłości dochodzimy przez cierpienie, innej drogi nie ma. Według Św. Teresy, to miłość powoduje śmierć człowieka, ona jest bezpośrednią przyczyną śmierci. Umiera w ekstazie miłości.

Ziemia była dla niej miejscem wygnania, stąd marzenia o niebie. Kiedy na kilka dni przed śmiercią s. Genowefa prosiła, żeby próbowała zasnąć, Teresa odpowiedziała: „Nie mogę, za bardzo cierpię, więc modlę się. A co mówisz Jezusowi? – Nic nie mówię, ja kocham”. Jej niepowodzenia na modlitwie były częścią jej drogi do świętości.

Teresa nie rozumiała, jak można trzymać się na tym świecie tego, co przemijające. To wszystko co przemija, nie może wypełnić ludzkiej tęsknoty. To co przemija, zawodzi. Zatem nie można ufać temu, co przemija. Nawoływała do nie tracenia czasu, gdyż zbliża się wieczność. Cierpiała ona tylko z chwili na chwilę. Podkreślała, że zniechęcamy się i wpadamy w rozpacz dlatego, że myślimy o przeszłości lub o przyszłości. Zamartwiamy się tym co było, lub tym, co się zdarzy. Teresa cierpiała tylko w chwili obecnej. Tylko ta obecna chwila była dla niej ważna. Stąd nie powinniśmy myśleć o tym, co nas bolesnego może spotkać w przyszłości. Taka postawa jest brakiem ufności i mieszaniem się do spraw samego Boga.

Uważała, że odbieramy coś Bogu, kiedy niepokoimy się o przyszłość. Nie dajemy Mu w ten sposób wolnej ręki i nie pozwalamy Mu kształtować siebie w ten sposób, jakimi chce On nas mieć. Miła, że każda chwila ma swoje konsekwencje w wieczności. To co przeżywamy tu, rzutuje na to, czego będziemy doświadczali po drugiej stronie życia. Twierdziła wręcz, że każda stracona chwila oznacza mniejszą jasność, a przede wszystkim mniejszą miłość w życiu wiecznym.

Święta nie tyle myślała o swoim życiu wiecznym, lecz o życiu wiecznym Boga. Chce Mu okazać większą miłość, chce Go pocieszać. Zatem wykorzystanie każdej chwili na ziemi, nie ma na celu zbieranie zasług, by uzyskać większą chwałę w wieczności. Tym, co motywowało ją do takiej postawy, była wielka tęsknota sprawianiem Bogu radości.

Teresa zwracała uwagę na pracę bez pośpiechu i stresu. Nie chciała ścigać się z czasem. Dawało jej to wewnętrzną wolność. Zwalczała swój pośpiech i zachłanność by zrobić szybko i jak najwięcej, jak najlepiej, lepiej od innych sióstr. Walczyła też z zamartwianiem się, że czegoś nie udało się jej wykonać tak, jak zamierzyła. To był jej niepokój w pracy, z którym usiłowała coś zrobić. Mówiła: „Nie przyszłaś do klasztoru by dużo pracować, ale po to, by pracować z powodzeniem. Masz zachowywać dystans wobec własnych zajęć, sumiennie poświęcając im czas, jednak z sercem wolnym. Gdy Izraelici wznosili mury Jerozolimy, pracowali jedną ręką, a w drugiej trzymali miecz. Mamy pracować jedną ręką. A drugą bronić naszej duszy przed rozproszeniami, które stają na przeszkodzie naszemu zjednoczeniu z Bogiem”. Teresa chciała, żeby siostry pracowały z sercem, ale nigdy ponad miarę, by to nie przeszkadzało im trwać Bożej obecności.

Prosiła siostry, aby nie zdawały się na przyszłość. Uważała takie podejście za ryzykowne, ponieważ nikt z nas nie wie, czy przed nim jest jeszcze jakakolwiek przyszłość na ziemi. Zwlekanie z tym, co ważne do czasu, kiedy sytuacja będzie bardziej sprzyjająca, praca ukończona, aż w końcu będzie „czas” i spokój, to jeden z najniebezpieczniejszych naszych mechanizmów ucieczki. Stąd przypominała: „Nigdy nie czekaj do jutra, by zostać świętą”. Była przekonana, że dla osoby, która żyje wolą Bożą, nie ma niesprzyjających sytuacji. Kto naprawdę wierzy, ten wie, że wszystko jest dokładnie tak, jak powinno być, że wszystko jest przygotowane przez Boga i lepiej być nie może. Nie wszystko jest łatwe i miłe, lecz te okoliczności z jakimi się spotykamy na co dzień, sprzyjają realizacji Bożych zamiarów, czyli doprowadzeniu człowieka do zbawienia. Jej zdaniem, chwila obecna jest najlepsza. Czekać na lepsze czasy, to tracić szczególną szansę, która pojawia się w tej chwili.

Co zrobić, gdy nasze życie dobiega końca i z przerażeniem i rozczarowaniem stwierdzamy, że nie jesteśmy święci, a przecież powinniśmy? Uważamy, że straciliśmy tak wiele czasu w naszym życiu. Czy już wszystko stracone? Otóż chwila, w której odczuwamy oskarżenie nas za tracenie czasu w życiu, może nas uratować. Dopóki jest jeszcze jedna chwila oskarżająca nas, nie powinniśmy jej zlekceważyć. Wszystko jeszcze można naprawić. Bóg może uczynić cud, a Jemu wystarczy jedna chwila. Do Celinki, swojej siostry pisała: „Panu Bogu nie potrzeba lat, aby dzieła swej miłości dokonać w duszy”.

Przeciwstawiała się poglądom, że świętość polega na takich czy innych praktykach religijnych, czy na posiadaniu jakichś cnót. Twierdziła, że zamiast do Boga, przywiązujemy się do tych właśnie rzeczy. W ten sposób opóźniamy zdążanie do Jezusa, pozwalając by osłabło w nas pragnienie samego Jezusa.

Miała świadomość zbliżającej się śmierci. Była szczęśliwa z tego powodu. Nie przerażała jej. Oczekiwała jak na jutrzenkę wiecznej szczęśliwości. Nie rozumiała, jak można bać się tego, co najpiękniejsze może się nam przydarzyć. Żartowała z tego, że Pan przychodzi jak złodziej, aby nas powołać do wieczności: „Przyjdzie, aby mnie zręcznie ukraść. O, jak bardzo chciałabym pomóc temu Złodziejowi. Nie boję się Złodzieja. Widzę Go z daleka i nie chcę krzyczeć: „Złodziej!” Przeciwnie, przywołuję Go: „Tędy, tędy!”.

Mawiała, że śmierć, to Bóg, który nie może dłużej czekać, w całej chwale okazać swoją miłość. „To nie śmierć przyjdzie po mnie, ale Pan Bóg. Śmierć nie jest straszydłem, przerażającym upiorem”. Gdy siostry chciały, żeby umarła w jakieś święto, bo byłoby ładnie, Teresa odparła: „Nie muszę wybierać na śmierć jakiegoś święta. Dzień mojej śmierci będzie dla mnie największym ze wszystkich świąt”.

Im bliżej było śmierci, tym przerażająca „noc wiary” uderzała w nią całą mocą pokus. Pojawiły się pytania, czy będzie nadal żyła po śmierci, czy będzie widzieć Boga, czy wszystko zakończy się nicością? Nosiła w sobie przekonanie, że jej noc wiary ma jakieś znaczenie dla innych. Wiedziała, że cierpi za świat i jej wiara jest zadośćuczynieniem Bogu za ten stan niewiary. Odczuwała swoją solidarność z niewierzącymi, szczególnie z tymi, którzy utracili wiarę. Nie odczuwając wiary w sercu, z tym większym zaangażowaniem wykonywała uczynki, by przez nie okazać wiarę Bogu.

Niezwykłe było jej rozumienie miłości. Uważała, że Jezus kocha nas nie dlatego, że jesteśmy dobrzy, ale dlatego, że On jest dobry. Usiłowała kiedyś przypomnieć sobie wszystkie dobre zachowania jednej z sióstr, która bardzo ją denerwowała. Przestała z czasem tak kalkulować. Kochała tę siostrę miłością samego Jezusa, a On kocha całego człowieka, z jego wadami i słabościami.

Niebo nie stanowiło dla niej miejsca „wiecznego odpoczynku”, ani miejscem, w którym miałaby otrzymać swoją nagrodę. Niebo według Teresy jest miejscem pracy, w którym będzie zaangażowana w większym stopniu, niż na ziemi. Jej zdaniem, im bardziej jednoczymy się z Bogiem, tym bardziej tęsknimy za tym, by Jego „objawiać”. Zatem, w niebie nie jesteśmy „pozbawieni funkcji”, ale „frustracji”. Jej jedynym pragnieniem było miłowanie Jezusa i robiła wszystko co możliwe, by inni miłowali Go również”.

Swoje cierpienia fizyczne traktowała jako dobrowolną współpracę z Jezusem, który przez swoje cierpienie i śmierć uratował świat. Jej zdaniem, nie ma drogi zjednoczenia z Bogiem, która nie prowadziłaby przez cierpienie. W taki sposób człowiek jest uwalniany z kajdan egoizmu i grzechu. Ludzie żyjący w Bogu, nie stawiają oporu cierpieniu. I takie nie stawianie oporu jest znakiem, że cierpienie jest niesione przez Boże życie. A Bóg przez cierpienie wydał siebie za nas. Dlatego Teresa kocha cierpienie i sprawia, że ono staje się jej radością. „Nigdy nie przypuszczałam, że można tyle cierpieć. Nie mogę tego wytłumaczyć inaczej jak tylko moim gorącym pragnieniem zbawiania dusz”.



Liczba wyświetleń strony: 10716122 * Liczba gości online: 29 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC