MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Życie zakonne



Obłóczyny zakonne dla S. Faustyny, to poznanie przyszłości zakonnej, drogi, którą Jezus będzie ją prowadził. „Bóg dał mi poznać, jak wiele cierpieć będę. Widziałam jasno, do czego się zobowiązuję. Była to jednak minuta tego cierpienia. Bóg znowu duszę moją zalał pociechami wielkimi”.

Życie jest cierpieniem. Jest ono czymś nieodłącznym od życia zakonnego. Nie ma życia bez cierpienia, jak i miłości, w której nie cierpimy. Z każdą miłością połączone jest cierpienie, które miłość oczyszcza, uszlachetnia i czyni doskonałą. Przez cierpienie w miłości stajemy się hojnymi wobec Boga. Wiele cierpienia może dopuszczać ten, który wiele miłuje. Ten, który kocha, nie chroni za wszelką cenę osobę, którą miłuje przed doświadczeniem bólu, ranami, zmaganiem, nocą ciemną, kryzysem czy depresją.

Faustyna wybiera drogę, którą poznała w doświadczeniu wiary i miłości. Można usłyszeć głosy niektórych osób, że gdyby wiedziały, jak będzie wyglądało przyszłe życie, to nie wchodziłyby na tę drogę, która jest pasmem cierpień, łez, wyrzeczeń i strat. Jest jeszcze inna możliwa postawa. Wiedząc o tym, że tak będzie, wybrać tę drogę, która upodabnia nas do Jezusa Chrystusa i to Ukrzyżowanego. Zobowiązania bolą. Decydując się na nie, nie mamy pełnej świadomości, co z nich wyniknie, z jakimi trudami są one połączone. Wybieramy ze względu na Pana. On prowadzi. On udzieli pocieszenia. Bez pocieszenia płynącego od Jezusa, nie można przejść przez cierpienie.

Cierpienie może prowadzić do obojętności religijnej, buntu wobec Boga, zamknięciu się na łaskę, a nawet do rozpaczy, utraty nadziei. Może jednak prowadzić do świętości, kontemplacji, podjęcia się, z woli Jezusa, dzieła Jego miłosierdzia. Pocieszenie wielkie przychodzi po dokuczliwych i wyczerpujących strapieniach. Gdy kończy się czas strapień, w których odczuwamy, jakbyśmy utracili wiarę, powołanie, miłość, nadzieję, przychodzi czas pocieszeń obejmujących oczyszczeniem i przemianą to wszystko, co było walką i utrudzeniem czasu strapienia.

Doświadczenie ciemności wewnętrznej jest nierozdzielnie związane z modlitwą. „Nie czuję żadnej pociechy w modlitwie, rozmyślanie przychodzi mi z wielkim wysiłkiem, lęk zaczyna mnie ogarniać. Wchodzę w siebie głębiej i nic nie widzę prócz wielkiej nędzy. Widzę też jasno wielką świętość Boga”. Trud modlitwy, zmaganie się wewnętrzne skłania ją do pójścia w stronę własnego duchowego niedorastania i nędzy moralnej. Im bliżej jesteśmy własnej nędzy, tym bliżej światła rozumienia, a tym samym Boga, który wyjaśnia, rozjaśniając nam stan naszego ducha. Dojście do własnej nędzy, uznanie jej i przyjęcie jest równocześnie dla S. Faustyny doświadczeniem świętości Boga. Świętość swoją objawia On tym, którzy wchodzą w prawdę o własnej duchowej i moralnej nędzy.

Lęk nie zawsze pełni funkcję negatywną w przeżywaniu życia. Wprowadza on w noc ciemną, które umożliwia spotkanie Boga. Bliskość Boga jest groźna dla człowieka skrzywionego, który odwrócił się od Niego. Lęk mówi, ostrzega, przypomina, uwrażliwia na to, na co człowiek stracił wewnętrzną wrażliwość. Możemy szukać światła i powinniśmy szukać światła się od lęku.

Nasza bezradność nie ma na celu utrudnienia nam życia przez Boga, ale pokazanie go we właściwym świetle. Kiedy nie chcemy widzieć naszego życia takim jak widzi je Bóg, wówczas doświadczamy lęku, niemożności odnalezienia się w świecie wymyślonym przez siebie. Nie można żyć w świecie, jaki sami tworzymy. Jest świat, który daje nam Bóg. On stwarzając nas, dał nam świat, w którym możemy doświadczać Jego bliskości.

Wejście w lęk jest wejściem w ciemność, a tym samym prawdę, która czeka na nas u końca tej drogi. Lęk pokazuje to, na co jestem zamknięty, zablokowany, czego do siebie nie dopuszczam. Bóg okazując mi swoje miłosierdzie przez oświetlenie obszarów chorych w moim życiu, wprawia mnie w przerażenie. Zamknięcie się w sobie jest formą skrzywienia duchowego. Lęk jest powodowany tym skrzywieniem, które nie dopuszcza prawdy o faktycznym stanie ducha.

Lęk, który w nas jest, skłania do wejścia w głąb samego siebie. Odkrywamy, że nadmierne skupianie się na sobie, usiłowanie prowadzenia siebie po drogach życia prowadzi do uwięzienia się we własnych koncepcjach, pragnieniach, rozwiązaniach. Schodzimy w głąb siebie, dla odkrycia tego piękna, które w nas jest, gdy zapragniemy wolności, czyli przyzwolenia na oświecenie przez Boga.

Kiedy Bóg zbliża się do nas, odczuwamy lęk. Również wtedy, kiedy odchodzimy od Jego miłości, nie pozwalamy Mu na okazywanie jej, odczuwamy silny lęk przed życiem. Lęk jest sygnałem informującym człowieka o konieczności szukania Boga. Im większy w nas lęk, tym silniejsze i nieustępliwe powinno być nasze wołanie o miłosierdzie. Doświadczenie lęku, zagubienia, zranień, bólu serca może wskazywać na fakt, jak bardzo oddaliliśmy się od Boga. Każda tęsknota człowieka jest tęsknotą za Nim. Również wtedy, gdy tęsknimy za człowiekiem, jest w nas tęsknota za Bogiem. Każde odniesienie człowieka jest jakąś relacją z Tym, w którym „żyjemy, poruszamy się i jesteśmy”.

S. Faustyna widząc świętość Boga i własną nędzę, była zdolna do przyjęcia i przeżywania Jego miłosierdzia. W taki sposób dochodziła do skruchy będącej jej odpowiedzią na miłosierdzie. Skruch jest odpowiedzią na nieustannie doświadczane przez człowieka miłosierdzie Pana.

Urzekające są słowa ujawniające jej całkowitą bezradność w rozumieniu tego, co Jezus do niej mówił. „Cokolwiek czytam, nie rozumiem, rozmyślać nie mogę”. Poznajemy, że Jezus nie prowadzi człowieka po drogach życia duchowego, które są dla niego jasne, przystępne, łagodne, pozbawione napięć i niepowodzeń. To, co po ludzku zdaje się być porażką w modlitwie, jest doświadczeniem nocy, będącej miłosierdziem. Noc ducha, niejasność, co do decyzji, jaką powinna podjąć sprawia, że zdaje się na tych, którzy jej towarzyszą (spowiednik i matka mistrzyni). Posłuszeństwo umożliwia przejście przez czas nocy ducha, wątpliwości, lęków, rozczarowań. Nie o rozumienie chodzi Jezusowi, lecz o słuchanie Go. Należy modlić się bez względu na odczucia, jakie nam w takich chwilach towarzyszą.

Jak błędne mogą być nasze odczucia w przeżywaniu nocy ciemnej. Doświadczała tej prawdy S. Faustyna - „Zdaje mi się, że moja modlitwa jest Bogu niemiła”. Nasze rozczarowanie jesteśmy skłonni przerzucać na Boga uznając, że to, co dla nas niemiłe, Jemu nie przynosi pocieszenia.

Relacje zakonne bywają niezwykle trudne. Odniesienie sióstr do Faustyny bywa przygnębiające i osłabiające jej ducha. Jak trudno było usłyszeć, że jest ona w złudzeniu, w związku z przeżyciami mistycznymi, których doświadczała. Jak trudno spotkać Boga, który chce spotykać się człowiekiem, kiedy dochodzi do niej „rozeznanie jednej z matek, że „Pan Jezus w ten sposób obcuje tylko ze świętymi, ale nie z takimi duszami jak siostra, grzesznymi”. Czy było jej to doświadczenie potrzebne? Wydaje się, że tak. Bóg nie daje, nie dopuszcza czegokolwiek na człowieka, co nie mogłoby zaowocować w jego życiu wielkim dobrem. Owe rozeznania czynione przez niektóre siostry we wspólnocie, nie należało traktować w sposób dosłowny. Nie chodziło w nich o rzeczywistość, lecz o doświadczenie oczyszczającego upokorzenia. Owa Matka zapewne nie była świadoma tego, że Bóg posługuje się nią w formacji duchowej Faustyny. Nie jest przypadkiem to, jakich ludzi spotykamy. Oni są tymi stanowiącymi wsparcie dla naszego rozwoju o tyle, o ile nie skupiamy się na tym, co mówią, jak na nas reagują, lecz na tym, aby wchodzić przez ból doświadczeń głębiej w pragnienie Boga.

Faustyna poszukuje odpowiedzi w rozmowie z Jezusem, stawia pytania, ma wątpliwości. Nie wolno wykluczać wątpliwości w wierze. One są po to, aby własne życie, doświadczenie wiary, relacje z innymi zostały oczyszczone ze złudzeń. Wątpliwości są dobrem skłaniającym do szukania i poznania Pana. Stąd pytanie Faustyny: „Jezus, czy Ty nie jesteś złudzeniem?” Wątpliwość mogła się zrodzić pod wpływem wypowiedzi jednej z matek, szanowanej, cieszącej się autorytetem we wspólnocie. Doświadczając wątpliwości, idziemy do Jezusa. Nie zatrzymujemy się nigdy na człowieku i jego rozeznaniu. Ono może być i powinno być podprowadzeniem pod nasze rozeznanie. Nie jest istotne to, jakim autorytetem cieszy się dana osoba, jaką funkcję spełnia. Rozeznanie ostateczne należy do nas. Nikt inny w naszym imieniu nie może tego dokonać w ten sposób, że będzie to zobowiązujące na naszą codzienność.

Jezus nie dementuje tego, co powiedziała owa siostra. Nie wchodzi w spór. Nawet nie odpowiada wprost na pytanie Faustyny, lecz udziela odpowiedzi będącej źródłem dla naszego zaufania Jemu: „Miłość moja nikogo nie zawodzi”. Miłość nie zwodzi, nie oszukuje. Miłość Boga zanurza się w grzeszność człowieka. To jest akt miłosierdzia Pana. Przyjęcie miłosierdzia, to przyzwolenie, aby Pan zanurzał we mnie swoją miłość. Nie trzeba być świętym, żeby kochać Boga. To grzesznicy kochają Boga i ludzi. Kochamy, ponieważ Bóg nas przenika. Z naszej strony niezbędne jest przyzwolenie. To jest miłosierdzie, jakie okazujemy sobie i tym, z którymi wchodzimy w relacje. Miłosierny człowiek to ten, który pozwala Bogu, aby On go czule przytulał do serca. Potrzebujemy czułości Boga, dla okazania czułości sobie i innym.

Powróćmy w naszym rozważaniu do matki, która po ludzku rzecz biorąc, poniżyła Faustynę. Patrząc na nią nie dostrzegła świętej. Jest w nas oczekiwanie na niezwykłość, niecodzienność w świętości człowieka. Święci są grzesznikami. Jest w nich powolne przechodzenie od grzeszności w stronę świętości. Bóg, kolejny raz możemy tego doświadczyć, patrzy inaczej na człowieka, niż drugi człowiek. „Nie tak widzi Bóg, jak widzi człowiek”. Ludzie grzeszący stają się świętymi. Bóg wchodzi w relację z grzesznikami. Głębia relacji z Bogiem przemienia człowieka w świętego.

Bardzo boli ocenianie, sądzenie. Boli myślenie i praktyka życia niektórych, którzy twierdzą, że wystarczy, iż spojrzą na człowieka i wiedzą, co w nim jest. Kim jestem, bym wiedział, jeśli mi Bóg nie objawi? Z jak niezwykłym szacunkiem należy podchodzić do człowieka, aby zostać wprowadzonym przez Boga w tajemnice jego życia. Tylko Bóg zna człowieka.

Z jednej strony pragniemy bliskości Boga, z drugiej zaś, kiedy On daje nam ją odczuć, uciekamy przed tym doświadczeniem. W człowieku jest tak wiele różnorodnych sprzeczności, powodowanych przez namiętności, którym ulega. Niepokojące jest to, kiedy Faustyna pozwoliła sobie na wmówienie, iż to, czego doświadcza, jest działaniem złego ducha. Pozwoliła sobą manipulować. Nie słuchała własnego serca, lecz uszy jej były otwarte na tych, którzy błędnie rozeznawali to, w co wprowadzał ją Jezus. „Nie chciałam być ofiarą złego ducha, jak mi nieraz mówiono, że nią jestem” (40). Krytyczne podejście do tych, którzy oceniają nasze życie jest konieczne, aby nie rozminąć się z Bogiem. Nie zawsze to, co mówią przełożeni, jest wolą Boga. Rozeznanie ich może mieć u swoich podstaw zazdrość, zawiść, gniew, czy innego rodzaju namiętności. Prawdą jest, że Bogu nie przeszkadza to w realizacji planu, jaki zamierzył wypełnić wobec Faustyny.

Jesteśmy mocni bliskością tego, który nas kocha. Przez bliskość umacnia się nasza miłość do Jezusa i ludzi.



Liczba wyświetleń strony: 10663998 * Liczba gości online: 36 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC