MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Jak żyć niezwykłością?



Szczęść Boże!
Dopiero dzisiaj natknąłem się na Księdza stronę, a już drugi list piszę. Jakoś tak się jednak złożyło, że zaczytałem się w dziale listów. Nasunęła mi się pewna refleksja. Otóż w liście dotyczącym opętania poruszana jest kwestia "okultystycznej religijności". Pomimo, że niczego Ksiądz nie wskazuje wprost, to niestety chyba wiem, o co Księdzu chodzi. W swoim nie tak długim jeszcze życiu uczestniczyłem w życiu wspólnot przyparafialnych. Początkowo był to krąg biblijny. W życiu tego kręgu działo się oczywiście bardzo dużo dobrego i dziękuję Bogu do dziś za to, że pozwolił mi w tym wszystkim uczestniczyć. Jednak mam ciągle w pamięci czuwania i modlitwy, podczas których za naturalne uważało się tzw. "powalenia w Duchu Świętym", czyli uzyskanie stanu ogólnego omdlenia pod natchnieniem Ducha Świętego. Znam opisy takich zdarzeń, głównie z literatury protestanckiej. Niestety muszę się tu przyznać do tego, że na ile jestem w stanie ocenić z perspektywy kilkunastu już lat tamto wydarzenie, to miało ono największy związek z moimi własnymi pragnieniami i emocjami. Dojrzałe pragnienie jednoczenia się z Bogiem było cały czas sprawą wtórną. Chcę tu jednocześnie podkreślić, że nie oceniam przeżyć innych osób, z których większość doznała podobnych wizualnie stanów. Być może oni przeżyli coś zupełnie innego niż ja. W trakcie modlitw miały tam również miejsce zdarzenia, których nie potrafię wytłumaczyć, i które przerastają moje możliwości pojmowania. To, co mnie jednak dzisiaj zasmuca to fakt, że wielu spośród nas rozpatrywało jakość zdarzeń bardziej pod kątem ich niezwykłości niż owoców, które za sobą niosły. Później, kiedy z racji zmiany miejsca zamieszkania, zaczęliśmy z żoną uczestniczyć w życiu Odnowy w Duchu Świętym, przebyliśmy drogę seminarium odnowy w Duchu Świętym nasze postrzeganie rzeczy zaczęło ulegać pewnej przemianie. Zaczęło kiełkować w nas nieśmiało przekonanie, że oczywiście mistyczna strona wiary jest nie do przecenienia (Ojciec Pio rozmawiał przecież ze swoim Aniołem Stróżem być może lepiej niż ja ze swoim sąsiadem), to jednak wiara i relacja z Bogiem to coś całkiem innego. Oczywiście cały czas mistycyzm i paranormalne manifestacje były niejako pożądane (przynajmniej przeze mnie). Nie potrafiłem zrozumieć postawy naszego księdza, który z wielką rezerwą odnosił się do manifestowania niezwykłości. Dzisiaj po tych kilku, czy nawet kilkunastu latach myślę, że miał on jednak rację. Nieprawdopodobne dla niewierzących w swej turze zdarzenia, począwszy od tak "monumentalnych" w swoim charakterze jak wirujące słońce w Fatimie, czy bardzo osobiste przeżycia, jak moje doświadczenia podczas modlitwy, która w sposób niewytłumaczalny łączyła mnie "duchowo" z innymi osobami, są potrzebne. W chwilach zwątpienia są to dla mnie namacalne wręcz dowody na to, że Bóg jest. Ostatnio czytanie życiorysu Ojca Pio wlało we mnie sporo ufności. Wszystko to jednak sprowadza się do czegoś innego niż "ponadnormalność". Przepięknie byłoby po prostu wierzyć, bez względu na wszystko. Przeczytać Pismo Święte, pójść do Kościoła i cieszyć się wiarą. Niestety jak większość rzeczy w naszym życiu nie jest to takie proste. Tak jak w przypadku mistycyzmu i zjawisk ponad normalnych zły chce nam wmówić, że powinno być to centrum naszego zainteresowania i pojawianie się tego typu zjawisk jest naszą drogą do uświęcenia, tak w drugim przypadku normalność dnia powszedniego staje się dla niego argumentem, że cała wiara to tylko przydługa bajka. Wyważenie tego wszystkiego może się z czasem stać skrajnie trudne. Jak żyć niezwykłością, jak co dzień jest tak zwyczajnie? Ze wstydem przyznaję, że problem dotyczy i mnie. Mam tylko nadzieję, że nie spocznę w swej walce i kiedy stanę kiedyś przed Panem Bogiem, to nie powie mi, że przez całe życie oczekiwałem od niego cudu, zamiast chociaż z raz w pełni wiary odmówić chociażby Ojcze nasz. (Jarek)


Spróbujmy odpowiedzieć na pytanie, jak żyć niezwykłością, gdy życie, co dzień jest tak zwyczajne? Osobą, która poprowadzi nas w rozumienie tej rzeczywistości, łączenia życia niezwykłego z szarym i codziennym, będzie Maryja. Doświadczyła, jako wybrana, jako Matka Jezusa zaskoczenia, zmieszania, niepewności, lęku, zmęczenia. Pojawiły się w Jej życiu pytania, Co to znaczy? Czy to prawda? Co teraz począć? Nic nie widać. Wszystko jest zakryte.

Jak reagowała na słowa starca Symeona, gdy wypowiadał słowa niezwykle o życiu Jej Syna? Dziwiła się. To znak, że czegoś nie wiedziała i wszystkiego nie rozumiała, jeśli chodzi o tajemnicę Jezusa. Zdziwienie jest psychologiczną reakcją zaskoczenia wobec czegoś nieznanego i nieoczekiwanego.

Zobaczmy tak normalną reakcję oburzenia Maryi na Jezusa, kiedy znalazła Go dwunastoletniego w świątyni. Wyładowała się emocjonalnie: "Synu, czemuś nam to uczynił?" Doświadczała bólu napięcia zgromadzonego w ciągu tych dni. Czy było w tym coś nadzwyczajnego, co budziłoby podziw? A przecież spotyka się Syn Boży z Najświętszą Maryją Panną. Zwyczajność jest niezwyczajna. Jezus jest taki suchy w odpowiedzi skierowanej do Matki, "Czemu troszczycie się o mnie? Wielka odległość dzieli mnie od was. Mój Ojciec! Mój Ojciec jest dla mnie jedynym, co mnie interesuje i o co się troszczę". Jak reagowało Jej serce na tak zdecydowaną deklarację niezależności Syna? Czy jest coś niezwykłego w bólu Jej serca, w niezrozumieniu, które wrzuca w odczuwanie samotności? Maryja zatrzymała się, nie rozumiejąc, co mówi Jezus. Czy nie doświadczała wewnętrznej ciemności, walki? Postawa Jezusa musiała Ją boleć. Najpiękniejsza, czysta, a przez to niezwykle czuła i wrażliwa.

Jednych słów nie rozumiała, inne zaś były dla Niej zaskakujące. Bardzo często idealizowano i idealizuje się Maryję w naszej wierze. Dlatego dla wielu ludzi wierzących wydaje się być bardzo nieprzystępna. Uczyniono z Niej wyidealizowaną kobietę. Na jej wiarę składa się, między innymi oddanie, pokorne dążenie, ufne czekanie. To wszystko jest tak zwyczajne, tak proste. Nie ma egzaltacji, uniesień, wyjątkowości. Chodziła, jako Matka Jezusa pustymi drogami i mrocznymi dolinami, szukając powoli oblicza i woli Ojca. Podobnie jak my.

Czy Maryja nie była zagubiona w rozumieniu tajemnicy Jezusa? Pamiętamy, że przyszła wraz z innymi krewnymi do Niego, kiedy sądzono, że odszedł od zmysłów. Czy nie Ona była inicjatorką tego spotkania? Chciała Go zabrać do domu, żeby przestał czynić to wszystko, gdyż i tak ludzie Go nie rozumieją, a wystawia siebie i całą rodzinę na kpiny i ośmieszenie. Jedno wydaje się być pewne, że szukała wśród cieni prawdziwego oblicza Jezusa. To nie była łatwa, lekka i przyjemna wiara.

Wraz ze Zwiastowaniem weszło w życie Maryi światło, ale i cienie. Tak jest w ludzkiej wierze. W tamtej chwili mogła widzieć i rozumieć wszystko. Lecz później to się zmieniło. Nie rozumiała pewnych spraw przeciwieństwie dziwiła się innym. Maryja była istotą jak my. Podobnie jak my przechodziła wzniesieniami i zakrętami, które są w wierze. Podejmujemy drogę wiary jako fascynującą przygodę. Mija kilka lat, a wielu z nas żyje w nieustannym zamęcie, niezrozumieniu Boga. Niektórzy powołani do kapłaństwa po chwilach urzeczenia Chrystusem, Jego Ewangelią twierdzą, że Pan ich nigdy nie wołał, że takie życie nie ma sensu.

Wydaje się, że Maryi również, podobnie jak nam, ciążyło milczenie Boga. Czy nie dokonywał się i w Niej proces, który mam miejsce w naszym życiu wiary: rozczarowanie, zamęt, wątpliwości? W chwilach zwiastowania Maryja mogła sobie wyobrażać drogę cudów, którą będzie realizowała swoje powołanie. A już w godzinie narodzin Jezusa odczuła samotność i opuszczenie. Musiała uciekać jak zwykły uchodźca polityczny i żyć w obcym kraju. A w ciągu tych trzydziestu lat nie wydarzyło się nic szczególnego. Panowała monotonia i cisza ze strony Boga Ojca. Czego się miała trzymać? Co miało pobudzać Jej uczucia i emocje? Po zwiastowaniu przyszedł czas twardej i zimnej rzeczywistości. Miała prawo postawić pytanie - Gdzie jest Ojciec? Dlaczego nie chroni Jej i swojego Syna? Dlaczego tułaczka, lęk i poniżenie? Czy nie pojawiła się w tym czasie niepewność w Jej sercu? Maryję spotkało przypuszczalnie to samo, co nas spotyka na drodze wiary.

Co Maryja robiła w trudnych chwilach, również tych, które były monotonne, zwyczajne, niewskazujące na wyjątkowość Jej Syna? Powracała do usłyszanych kiedyś słów, aby móc trwać. Mogły to być słowa zwiastowania. Słowa, do których powracała, słowa Boga, były dla Niej pochodniami. Trzymała je zapalone, strzegła ich pilnie w swoim sercu. Dlatego były w niej żywe. Kiedy pojawiały się nowe wydarzenia zagadkowe i dezorientujące, zapalone pochodnie dawnych wspomnień rzucały światło w niepewny mrok teraźniejszości. Trzeba wiedzieć, że należy powracać do chwil, słów, wydarzeń z przeszłości, które były umocnieniem dla ducha, serca, wprowadzały w bliskie odczuwanie Boga.

Podobnie jest z nami. Doświadczyliśmy kiedyś Bożej obecności. Były to chwile uniesienia. Potem mijają lata, a Bóg milczy. Jego milczenie niepokojąco przedłuża się. Trzeba chwytać się przez wspomnienia minionych doświadczeń, żeby teraz się nie poddać.

Wielkość Maryi nie leży w przekonaniu, że nigdy nie ogarniały Jej wątpliwości, ale w tym, że kiedy czegoś nie pojmuje, nie reaguje lekiem, niecierpliwością, rozdrażnieniem czy obawą. Maryja nie podejmuje dyskusji z dwunastoletnim Jezusem, gdy odnajduje Go w świątyni: "Synu mój, nic nie rozumiem, co się dzieje? Proszę, wytłumacz mi sens Twojego zachowania". Maryja nie mówi do Symeona: "Czcigodny starcze, co oznacza ten miecz? Dlaczego to dziecko ma być znakiem sprzeciwu?". Zamiast tego przyjmuje postawę pełną pokoju, cierpliwości i łagodności; przyjmuje te słowa i rozważa w sercu, Co mogą znaczyć te słowa? Jaka jest w tym wszystkim wola Boża? Wycofuje się do swego wnętrza i napełniona pokojem, utożsamia się z zaskakująca wola Bożą, przyjmując tajemnicę życia.

Przeżywanie wiary, życie z Bogiem jest wychodzeniem, biegnięciem za Jezusem, wołaniem. Wiara dojrzała to taka, która dostrzega to, co istotne i co niewidzialne. Która "wie", że poza milczeniem tchnie Bóg. To, co istotne, zawsze pozostaje zakryte przed ludzkimi oczyma, czy to oczyma ciała, czy wewnętrznej wrażliwości. To, co istotne, rzeczywistość ostateczna, pozostaje dostępne jedynie dla przenikliwego spojrzenia czystej i nagiej wiary, wiary dojrzałej.

Jaka była droga wiary Maryi? Zacznijmy od konieczności uczestniczenia w spisie ludności. Maryja brzemienna musiała iść wolno, zatrzymując się często na odpoczynek. Jako dla brzemiennej droga była dla Niej długa i uciążliwa. Możemy obliczyć, że w tych warunkach podróż trwała około 8-10 dni. Szła z trudem, w ubóstwie, z godnością. Jeśli dzień wstał zimny i dżdżysty, droga będzie szczególnie uciążliwa. Lecz Maryja jest służebnicą, nie ma prawa, się skarżyć. Zachowując ducha służebnicy Pańskiej, reaguje na te niedogodności swoim "dobrze, mój Ojcze, niech mi się stanie". I pozostaje pogodna, mimo deszczu i zimna.

Psychika młodej kobiety, która pierwszy raz zostanie matką, jest bardzo złożona: od wzruszenia do lęku. Milczenie Boga, jak chmura pełna znaków zapytania, spadło na Maryję, kiedy się wszystko zacznie? W tamtych czasach każdy poród wiązał się z ryzykiem śmierci. Czy w Jej przypadku wszystko odbędzie się bez komplikacji? Tego nie wie nikt. Czy przedtem zdążą do Betlejem? Co zrobi, jeśli poród zacznie się w drodze? Czy znajdzie się jakaś kobieta doświadczona w tych sprawach, która Jej pomoże?

Nikt nic nie wie. Bóg wciąż milczy. Wobec tych i innych pytań Matka Boża nie daje się opanować rozdrażnieniu i lękom. W pokoju powtarza: "Niech mi się stanie", "niech będzie, mój Ojcze, powierzam się Tobie". Nie było na tej ziemi niewiasty tak pełnej pokoju, siły, łagodności i godności.

"Gdzie będziemy spać tej nocy? Za tym zakrętem drogi, w tamtej kotlinie. Chodźmy tam". To, co z daleka wydawało się wygodnym zakątkiem, w rzeczywistości jest zagłębieniem pełnym błota, nieosłoniętym przed wiatrem. Czy nie znajdziemy nic lepszego? Zapada noc i jest już za późno, żeby szukać czegoś innego. A więc będziemy musieli spać, czy starać się zasnąć, wśród wilgoci i brudu. Bóg nie daje znaku życia. Wierna swojej duchowości, Maryja powie tylko "Panie mój, uczyniliśmy, co było możliwe, aby znaleźć lepsze miejsce; Ty dopuściłeś, żebyśmy musieli spędzić noc tutaj. Dobrze, Ojcze, niech mi się stanie, powierzam się Twej woli". Owo niezachwiane "niech mi się stanie" sprawi, że Maryja nigdy się nie załamie i że poczuje się wolna od wszelkiego lęku.

Mijają dni. Oboje robią, co można, aby zdobyć pożywienie t znaleźć miejsca nocnego spoczynku. Kiedy wysiłki idą na marne, Maryja nie poddaje się ani nie buntuje, lecz zawierza siebie. Trzy czy cztery noclegi spędzili albo w jakimś znajomym domu, albo, co jest prawdopodobne, w schroniskach publicznych, położonych przy drodze. W tym przypadku musieli spać na ziemi wraz z towarzyszami podróży, pomiędzy wielbłądem a osiołkiem. A Bóg wciąż milczał. Jak się zachowa Maryja? Maryja nie płacze. Płacz jest rodzajem protestu, a służebnica Pańska nie może protestować, lecz ma akceptować. Owo "niech mi się stanie" będzie Jej nieustannie zapewniać stan pełnego wewnętrznego spokoju, pogody, godności - niezwykle cechy duchowe. Nie będzie w życiu takich wydarzeń czy trudnych sytuacji, które mogłyby zachwiać równowagę wewnętrzną Maryi. Zanim stała się nasza Panią, była panią samej siebie.

W jakimś momencie biedna Maryja, razem z Józefem, pojawiła się w zajeździe. I kiedy znalazła się wobec zgiełku ludzi i zwierząt, zatrwożyła się, że miałaby rodzić pośród całej gromady ciekawskich. Wybrała inne miejsce, choćby niewygodne i wilgotne, żeby tylko było ustronne i zapewniające dyskrecję.

Jeśli Maryja próbowała znaleźć jakiś kąt w zajeździe dla karawan, znaczy to, że wyczerpała z Józefem wszystkie możliwość znalezienia czegoś w domu kogoś z rodziny, przyjaciół czy znajomych, bo z pewnością takich mieli. Zawierzyć się woli Ojca nie znaczy siedzieć z założonymi rękami i czekać, lecz czynić wszystko możliwe ze swej strony, aby zaradzić trudnościom i zaspokoić potrzeby. Gdy zaś zaczynają się okazywać rezultaty, jakiekolwiek są, powierzyć siebie rękom Ojca. Tak z pewnością postąpiła Ona.

Każde drzwi kogoś z rodziny lub znajomego, do których stukają, oznaczają zarówno nadzieję, jak i rozczarowanie: nadzieję, że może dostaną schronienie na trudny czas rozwiązania; rozczarowanie, gdy z uprzejmymi słowami jednak zamyka się przed nimi drzwi. Maryja była młoda. Nie stwardniała jeszcze od ciosów zadawanych przez życie. Miała, więc wrażliwość właściwą dla swego wieku. Miała także wrażliwość właściwa dla swego charakteru. Poza tym wrażliwość ta była specjalnie wyostrzona z racji stanu uczuciowego - pewnego lęku, od którego nie jest wolna rodząca po raz pierwszy kobieta.

Maryja z Józefem zwracali się do kolejnych osób, znajomych, krewnych, przyjaciół. Zatrzasnęły się przed nimi wszystkie drzwi, zamknęły wszystkie horyzonty i nadzieje. Sytuacja była wystarczająco trudna, aby wobec niej załamała się najbardziej zrównoważona kobieta. W tym jednak przypadku nawet najokrutniejsze okoliczności nie naruszą wewnętrznej harmonii tej dziewczyny. Powtarzane "niech mi się stanie" wyzwoli Ją od niepokoju i emocjonalnego załamania; da Jej niezłomną siłę i zapewni pokój, łagodność, godność i wielkość. Spokojnie będzie szukała dalej innych domów i innych rozwiązań.

Niezwykłość, nadzwyczajność jest zanurzona w prostocie i pokorze słów, gestów, w milczeniu, codziennym postrzeganiu w wierze tego, co nie posiada naznaczenia przez Boże działanie.

Serdecznie Pana pozdrawiam - ks. Józef Pierzchalski SAC

Liczba wyświetleń strony: 8812633 * Liczba gości online: 33 * Ostatnia aktualizacja: 2017-04-24
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC