MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Katolicki bełkot




W Księdze gości "Przemiany" jest taki między innymi wpis: "Jak zwykle, katolicki bełkot, który jak zawsze w takiej formacji za nic ma prawdziwe pragnienie dążenia do prawdy, a za wszelką cenę chce upierać się przy utartych dogmatach i tzw. prawdach objawionych. Zastanawia mnie tylko to, jakim trzeba być tak naprawdę człowiekiem żeby pragnąć CAŁE ŻYCIE poświęcić tej zakłamanej ideologii nie dostrzegając przy tym jak bardzo jest ona fałszywa? W jakim celu to się odbywa? To, co przychodzi mi na myśl to oczywiście zyski czerpane od naiwnych owieczek, bo jak nie to, to zostaje jeszcze tylko czysta głupota" (Tomasz Kępiński).


"Bełkot", to "bardzo niewyraźna, trudna do zrozumienia mowa". Proszę postawić pytanie. Co jest niezrozumiałe? Które teksty są niejasne? Warto pamiętać, że to, o czym traktuje strona "Przemiany" obejmuje refleksję na tematy dogmatyczne, moralne, a przed wszystkim z zakresu życia duchowego człowieka. Strona jest dla tych, którzy wierzą Bogu, wierzą w Jego istnienie i odpowiadają przez modlitwę, uczestniczenie w Eucharystii i Spowiedź świętą. Na tę stronę może wchodzić każdy, w kim jest wola poznania, odkrywania Prawdy i Miłości, jaką jest Bóg.

Używając zwrotu "katolicki bełkot", autor emalia dąży do konfrontacji nie zaś do dialogu, w którym jest miejsce na wyjaśnienia i sprostowania. Sformułowania w stylu: "katolicki bełkot", "upierać się", "zakłamanej ideologii", "jest ona fałszywa", "zyski czerpane od naiwnych owieczek", "czysta głupota". Wyjęte z tekstu emalia sformułowania mają dość znaczny ładunek emocjonalny. Któryś, jak można się domyślać, przypadkowych czytelników "Przemiany" został bardzo poirytowany tym, co zastał na stronie. Zastanawiające jest to, że "internauta" z jednej strony przejawia "prawdziwe pragnienie dążenia do prawdy", z drugiej zaś, posługuje się zwrotami wyłącznie o ładunku emocjonalnym, oraz tymi, które chcą obrażać. Gdzie jest argumentacja logiczna, podejście merytoryczne do szukania prawdy? Może korzystniejsze byłoby sformułowanie wątpliwości czy wręcz postawienie zarzutu wobec "utartych dogmatów" czy "prawd objawionych".

Czym jest pragnienie dążenia do prawdy? Wysiłkiem zmierzającym do jej poznania. Poznanie dokonuje się w dialogu, w którym jednak i druga strona rozmówców jest w stanie, nie przez konfrontację, lecz przez dzielenie się powiedzieć o swoich poglądach, o własnej wierze i motywacji, jaka towarzyszy przyjęciu określonych prawd za własne. Dążeniu do prawdy powinna towarzyszyć świadomość, że ja jej w całości, w pełni nie posiadam. Dialog prowadzi do odkrycia tego, że w moim rozumieniu prawdy nie uwzględniałem tego, na co wskazuje mi mój rozmówca. Prawda nie tyle jest tworzona przez daną osobę czy osoby, lecz odkrywana w trudzie pokornego jej poszukiwania. Nie jest nam potrzebne atakowanie, a tym samym postawienie się wyżej od innych, mającym jedynie "rację" w określonej kwestii.

W epitetach, jakie zostały wypowiedziane nie dostrzegam "dążenia do prawdy". Nie można wyrażając agresję wobec drugiego rozmawiać z nim o tym, co jest prawdą, a co nią nie jest. Proszę napisać, Drogi Internauto, na czym, na jakich podstawach opierasz swoje przekonania i twierdzisz, że to, co wiesz i w jaki sposób myślisz jest prawdą, którą katolicy powinni przyjąć? Napisz o tej prawdzie. Dlaczego twoje pragnienie dążenia do prawdy jest dobre, natomiast w "katolickim" pragnieniu poznania prawdy jest, jak rozumiem, fałsz? Powiedz, kim jesteś, skąd przychodzisz, w co wierzysz, jaki jest twój świat wartości, do jakiej wspólnoty religijnej należysz, a może jesteś osobą niewierzącą? Wówczas o wiele łatwiej moglibyśmy dzielić się naszymi spostrzeżeniami.

Jesteś przeciwny dogmatom? Dlaczego? Katolicy kochają dogmaty. Mieć przekonania, to znaczy mieć wewnętrzny ogląd, że to a to jest prawdą. Dzisiaj prawdziwa wierność dogmatom Kościoła wymaga zazwyczaj wielkiej odwagi, natomiast dystansowanie się wobec nich jest czymś modnym i budzi poklask. Opierając się na dogmatach mamy szacunek dla prawdy, którą odkrywamy wraz z innymi w naszej wierze. Czerpiemy w ten sposób z doświadczeń ich wiary oraz okazujemy szacunek dla tej mądrości, jaka nagromadziła się przez całe stulecia. Dogmaty, to nasze zakorzenienie się w prawdzie Jezusa Chrystusa, wobec spraw najważniejszych.

Znalazłem takie zdanie, "Kto prawdy na temat dobra i zła chce szukać sam jeden, nie oglądając się na tych, co szukali przed nim, ani na tych, co szukają obok niego, jest prawdopodobnie duchowym smarkaczem, którego bardziej niż znalezienie prawdy interesuje celebracja własnej niezwykłości".

Dlaczego Kościół w ogóle głosi dogmaty? To bardzo proste: My naprawdę wierzymy w Chrystusa! Wierzymy, że w Jezusie Chrystusie Bóg nam objawił samego siebie i że to Jezus Chrystus założył Kościół, w którym On jest "po wszystkie dni aż do skończenia świata" (Mt 28,20). Zatem prawdy najważniejszej nie musimy już szukać w ciemnościach, bo przychodzi ona do nas w świetle. Bylebyśmy tylko chcieli się coraz więcej na nią rozszerzać i pogłębiać.

Czasem ta nasza pewność, co do dogmatów i przykazań wiary komuś się nie podoba. Na szczęście miłość bliźniego nie wymaga tego, żeby się dostosowywać do jego gustów. Zresztą, jeśli wiara jest dla mnie czymś więcej niż grą światopoglądową paralelną do niewiary, musi istnieć gruntowna różnica między rozpoznaniem prawdy ostatecznej przez człowieka wierzącego i niewierzącego.

Łacińskie przysłowie mówi: "wątpliwość jest drogą do prawdy". Umiejętność trafnego formułowania wątpliwości na temat naszych doświadczeń i przeświadczeń, dochodzących do nas opinii, opisów i hipotez, pomaga nam oddzielać prawdę od nieprawdy, a także prowadzi do stawiania pytań, dzięki którym prawdę możemy poznać głębiej i szerzej.

Postawmy inne pytanie: Czy wiara nadprzyrodzona, wiara w Chrystusa i w życie wieczne dopuszcza wątpliwości albo zwątpienia? Gdyby nasza wiara była tylko światopoglądem, obrażalibyśmy naszą godność istot rozumnych, gdybyśmy zamknęli ją na wątpliwości. Dzięki wątpliwościom możemy przecież oczyszczać to, co w naszych poglądach słuszne, z tego, co niesłuszne; wątpliwości, jeśli oczywiście nie pozwalamy im na naruszanie rygorów racjonalności, pomagają nam ponadto pogłębić się w znajomości prawdy. Człowiek niewierzący, który dopiero szuka prawdy ostatecznej, powinien starannie badać treść podawanego mu przesłania wiary i nie uciekać od wątpliwości, jakie mu się wówczas nasuwają. Prawda ostateczna z pewnością przekracza pojemność ludzkiego rozumu, ale nie może przecież być z nim w sprzeczności.

Czy natomiast człowiekowi wierzącemu zakazane są wątpliwości w wierze? Wiara to realna łączność z Bogiem żywym. Łączność wprawdzie jakby przez zasłonę, ale jej realność potwierdzają na co dzień liczne znaki; łączność przekraczająca doświadczenie, ale również w nim znajdująca wyraz.

Zwątpienie nie jest czymś złym z natury, jest ono przecież jedynym sposobem wyjścia z fałszywych zaangażowań egzystencjalnych. Staje się ono jednak straszliwą niszczącą siłą, jeśli podważa w nas zaangażowanie wielkie i słuszne. Otóż trzeba sobie wyraźnie powiedzieć: Jeśli człowiek wierzący wątpi o prawdach wiary, nie są to już wątpliwości, ale zwątpienia, czyli stan ducha, w którym zaangażowanie w Boga żywego uległo stopniowej korozji. Rzecz jasna, nie nazywam zwątpieniem zwykłych trudności w wierze czy nawet nawałnicy ciemności, w której jednak człowiek stara się nie utracić łączności z Bogiem żywym. Jeśli Chrystus naprawdę (a nie tylko w moich poglądach) jest Zbawicielem, jeśli wiara katolicka naprawdę przekazuje ludziom prawdę zbawienia - zwątpienie w wierze jest czymś bez porównania poważniejszym niż intelektualne wątpliwości, co do słuszności wyznawanego światopoglądu.

Nasz stosunek do dogmatów wiary powinien być przeciwieństwem postawy dogmatycznej. Przez dogmatyzm rozumiem zamknięcie się w jakiejś teorii, w jakimś poglądzie, w jakiejś formule. W dogmatyku w ogóle nie pojawia się potrzeba badania rzeczywistości, konfrontowania swojej teorii z rzeczywistością, wcielania wyznawanej prawdy w rzeczywistość; jemu wystarcza jego doktryna. Dogmaty wiary należy wyznawać zupełnie inaczej. Jeśli naprawdę wierzymy, że zawierają one prawdę Bożą (a więc prawdę odsłaniającą ostateczne przeznaczenie człowieka i wzywającą go do życia wiecznego), to należy je nieustannie zgłębiać, zadawać im pytania wynikające z aktualnej (osobistej lub społecznej) sytuacji, wprowadzać je w czyn.

Weźmy dla przykładu dogmat: "Wierzę w ciała zmartwychwstanie". Tutaj nie wystarczy zwykłe przyświadczenie rozumu, ponieważ sam Chrystus głosił obietnicę zmartwychwstania, więc wierzę, że zmartwychwstaniemy. To jest zaledwie minimum. Ja tym prawdziwie wyznaję ten dogmat, im bardziej już teraz otwieram siebie na przeduchowienie. Tak samo dopóki nie nauczę się zauważać wielkich dzieł mocy Bożej, które dzieją się każdego dnia, prawda wiary, że Bóg ma moc wskrzesić z prochu nasze zniszczone ciała, będzie dla mnie raczej abstrakcyjnie wyznawaną formułą niż dogmatem. Treść dogmatyczną wtedy dopiero przeżywam prawdziwie jako dogmat, jeśli stała się ona dla mnie prawdą egzystencjalną, którą czynię i która mnie tworzy.

Dogmaty podlegają weryfikacji, choć innej niż twierdzenia czysto teoretyczne. Jeśli dogmat jest fałszywy, wyznawanie go i wprowadzanie w czyn niszczy jego wyznawcę i sieje zniszczenie wokół; człowiek przemienia się wówczas w "obrzydliwość spustoszenia". I przeciwnie, prawdę dogmatu poznać po tym, że on mnie uczłowiecza, pogłębia jednocześnie i poszerza.

Jednym z efektów ostatniego czterdziestolecia jest zakorzenienie się w polskiej kulturze i świadomości rozmaitych "ideologii" oraz "myślenia ideologicznego". Niestety, skutki te weszły także w życie ludzi Kościoła i, świadomie czy też nieświadomie, pojawiają się w nowych sytuacjach. Przykłady: dyskusja o aborcji, problem "wartości chrześcijańskich", religia w szkole, tolerancja. Nawet wybitni przedstawiciele katolicyzmu polskiego z ostatnich lat zapomnieli, że chrześcijaństwo nie jest ideologią, i że wykorzystanie argumentów ideologicznych na korzyść chrześcijaństwa może mieć i ma tylko skutki negatywne.

Tym, co dominuje w myśleniu dzisiejszym, nie tylko w Polsce, jest "fakt". Ktoś, kto chce być przekonywujący mówi: "to jest fakt", a kto chce być bardzo przekonywujący mówi "fakt autentyczny lub rzeczywisty", tak jakby były fakty nieautentyczne lub nierzeczywiste. To, co człowiek zrobił jest rzeczywiste i jest właśnie faktem. Fakt wynika więc z działania. O tych "faktach" posiada się "informacje", którymi zarzucają środki masowego przekazu. Zdominowanie naszego życia faktami oraz mówiącymi o nich informacjami jest oczywiste. Potwierdza to m.in. ślepe zawierzenie informacjom prasowym; jeśli o czymś napisano, nawet w najgłupszej gazecie, staje się "wiarygodne". Gdy wszyscy wiedzieli, że prasa partyjna kłamie w sposób oczywisty i nieprzebierający w środkach, wcale nie zmniejszały się nakłady tej prasy, bo czytelnicy i tak byli jej wierni. Ten ma rację, kto zna więcej faktów i jest lepiej poinformowany. Nie ma znaczenia, o jakiej dziedzinie mówimy: natura, prawo, człowiek, polityka, prawa rządzące ciałem człowieka, problemy społeczne, historia, a nawet religia.

Pozytywistyczna "faktyczność", która stoi u podstaw wszystkich ideologii i wszelkiego myślenia ideologicznego, odrzuca obiektywny i racjonalny (nie racjonalistyczny) wymiar religii oraz myślenia religijnego, sprowadzając całą rzeczywistość religijną bądź do mitu bądź do projekcji wewnętrznych pragnień człowieka (np. psychologia głębi). Religia przechodząca przez filtry ideologicznej faktyczności staje się w końcu "sekciarstwem" albo abstrakcyjnym zwrotem do absolutów, popadając w relatywizm. Potwierdzają to m.in. zainteresowania sektami, buddyzmem, starożytnymi religiami egipskimi i babilońskimi, religiami Indii, wierzeniami reinkarnacjonistycznymi oraz liczne powroty do okultyzmu, spirytyzmu, antropozofii (wiara w moce kosmiczne), a nawet demonizmu. Te zainteresowania i powroty mają jeden aspekt pozytywny - ukazują mianowicie, że sama faktyczność nie wystarcza, że posiadane informacje, nie dają pełnej odpowiedzi na fakty, w których człowiek uczestniczy i które wpisują się w jego życie. Potwierdzają one, że człowiek dąży do odkrycia sensu poza banalną faktycznością.

Człowiek potrzebuje miłości, potrzebuje jej każdy chrześcijanin. Nie dlatego, że jest czy też chce być dobrym, ale dlatego, że jest obrazem i pojmuje przez obrazy. A do zrozumienia siebie jako obrazu Boga i do zrozumienia Boga potrzebuje klucza, jakim jest miłość. Ucieleśniona zaś w Chrystusie, miłość przestaje być teorią czy ideologią, staje się zaś wydarzeniem, spotkaniem z prawdziwą Osobą – Bogiem, który jest miłością. Co to znaczy? Oznacza to po prostu, że Kościół odpowiadając na tę sytuację współczesnego świata powołuje się na swój święty depozyt, który nie jest ani czymś abstrakcyjnym ani niedającym się rozszyfrować faktem, nie jest mitologią, nie jest jakąś osobliwością nie z tego świata. Depozytem jest po prostu Chrystus - żywy Bóg-Człowiek. Chrześcijaństwo jest rzeczywistością, jest realizmem, obejmującym to, co materialne i duchowe, to, co naturalne i nadprzyrodzone; jest religią Osoby, wcielonego Syna Bożego, jednającego nas z Ojcem.

Chrześcijaństwo nie jest ideologią, nie jest jakimś faktem czy informacją, ale jest rzeczywistością, która staje ponad wszystkim, która obejmuje wszystko i wszystko wyjaśnia. Chrześcijaństwo to wieczny Bóg, który objawia się w sposób ostateczny w Chrystusie, konkretnym Człowieku, stając się dla człowieka interpretacją wszystkiego, obrazem oraz żywą obecnością Boga w świecie i człowieku, przez Ducha, otwierając mu dostęp do głębi ducha i Boskości. Chrześcijaństwo to wiara człowieka, który przyjmując Chrystusa duchem, wolą, sercem, umysłem, przekracza granice łatwej powierzchowności oraz wszelkich, tak chętnie poszukiwanych, osobliwości; ten Chrystus otwiera przed człowiekiem skarby "słowa Bożego" oraz włącza go w "życie Trójcy Świętej przez łaskę".

Jakim trzeba być człowiekiem, żeby poświęcić CAŁE ŻYCIE Jezusowi Chrystusowi? Człowiekiem, który uwierzył Jemu, uznał Go za swojego Pana i Zbawiciela, który Go kocha, pokłada w Nim nadzieję, nie wyobraża sobie życia bez Niego. Jakim trzeba być człowiekiem, żeby całe życie poświęcić Jezusowi? Pragnącym żyć według wartości Królestwa Bożego, czyli miłości, pokory, ubóstwa i służby. Trzeba być człowiekiem pragnącym upodobnienia się do tego, w którego uwierzyłem, którego pokochałem. To jest człowiek, który pragnie być świętym, na podobieństwo tego, który go stworzył, zbawił i uświęca. Jest to człowiek, którego sercem "zawładnął" Jezus, Bóg-Człowiek.

Z wyrazami szacunku – ks. Józef Pierzchalski SAC

Liczba wyświetleń strony: 9477930 * Liczba gości online: 30 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-26
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC