MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Samotna jest moja dusza




Witam księdza serdecznie! Znowu mi nie wyszło, przecież to jest oszukiwanie Jezusa, jedna chwila- upadek, nie mogę się oszukiwać, że taką Bóg mnie kocha, w takiej chwili nie potrafię skupić się na obrzydliwości pokusy jest ona tak silna, że całą swoją uwagę jej poświęcam. Tyle siebie poświęcam w ten gniew, który tak mnie niszczy a przecież go nienawidzę. Już nie rozumiem, mamy siebie kochać, aby kochać bliźniego i mamy siebie nienawidzić by żyć prawdą, nienawidzić tego, co w sobie złe a gdy widzę, że znów przegrałam ogarnia mnie przygnębienie i smutek i niechęć do siebie.

Nie chcę użalać się nad sobą, chociaż tak to wygląda, ja już mam dość siebie, bo nie widzę nic, co by było dobre w mojej osobie; a może powinnam tak to zostawić i nie zawracać sobie ani Księdzu tym głowy. Czuję się zmęczona. Gdybym była, chociaż trochę dobra wiedziałabym o tym, ale wiem, że jest inaczej -znam siebie, to nie tak, że wierzę w to, bo ciągle to sobie wmawiam, to nie tak, że chcę by inni zwracali na mnie uwagę, gdy wciąż użalam się nad sobą i zbyt dużo uwagi sobie poświęcam. Może samotna jest moja dusza, ale nie chcę znajomych i przyjaciół na siłę, chciałabym odnaleźć przyjaźń Jezusa. Chciałam moją duszę nawrócić na dobrą drogę, jednak boję się, że zbyt daleko odeszła.

Kiedyś z powodu ciągłych awantur i kłótni rodziców zawsze czułam się gorsza, szukałam akceptacji innych, zauważenia; zauważana byłam, lecz zawsze czegoś brakowało, z akceptacją było fatalnie, bo zbyt angażowałam się, po czym zwątpiłam już w siebie i podążałam za wszystkim, co napotykałam po drodze a szczególnie za emocjami, za gniewem. Kiedyś Jezus wyciągnął mnie z bagna, w które sama weszłam i brnęłam coraz głębiej, ale On był pierwszy - tyle lat a ja wciąż puszczam Jego dłoń i oddalam się często bardzo daleko tak jak teraz, jakbym się bała zaufać Mu.

Daleko jestem od Jezusa, lecz tylko On nie ma do mnie pretensji, nie wyrzuca mi błędów i upadków tylko patrzy smutny stawiając mi na drodze tyle dobra i okazji, kto mógłby być bardziej cierpliwy przez tyle lat. Nie potrafię się modlić. Chciałabym nie mieć na względzie tego, co inni myślą o mnie czy też powiedzą, bo to bardzo przeszkadza. Czuję niechęć do grzechu, ale jednocześnie bezsilność. Tyle lęku, skąd to się bierze, to też jest ogromną przeszkodą. Za tyle jestem Bogu wdzięczna, za tyle dziękuję, tyle Jego miłości. Bardzo dokucza mi złośliwość, czepianie się i drwina innych - wtedy ja robię tak samo. Jest jeszcze pewna sprawa sprzed kilkunastu lat, czasem powraca dręczeniem - nie wiem jak to rozumieć to bardzo trudne. Dziękuję Księdzu i życzę wielu łask Bożych. Kasia



Kasiu!

Życie to upadki i powstania, stan grzechu i stan łaski. To jest życie człowieka. Jeśli coś nam w nim nie wyszło, podnosimy się i idziemy dalej. Bóg kocha grzeszników. On taką ciebie kocha, bez względu na to, czy sobie w życiu radzisz, czy też nie. Kocha cię, gdy żyjesz w stanie łaski uświęcającej i bardzo cię kocha w twoim upadku. Gdzieś w twojej świadomości jest przekonanie, że Bóg reaguje jak człowiek.

Gniew jest powiązany ze smutkiem. Jest w tobie wiele smutku stąd też i wiele gniewu. To oburzenie na kogoś, kto nam, lub osobom nam bliskim wyrządził krzywdę. Jeśli twój gniew odnosi się do drugiego człowieka, dąż do przebaczenia jemu. Zobacz w jak strasznym stanie musi być ktoś, kto budzi w tobie takie namiętności. A może dotyka w tobie bolesnych doświadczeń, wspomnień, z którymi dotychczas sobie nie radziłaś? Czy możesz napisać, jaka jest przyczyna twojego gniewu? Co wprowadza cię w tak gwałtowny stan emocji?

Nie zgodzę się z tym, że mamy siebie nienawidzić. Siebie należy miłować. To nasz grzech, zło, które w nas się czai by skłonić do nieposłuszeństwa Bogu, to zło należy nienawidzić.

Nie przegrywamy popełniając zło, kiedy towarzyszy nam skrucha serca z racji takiego postępowania. Uznając swój grzech i żałując za niego dorastamy do wolności od niego. Chciałabyś nie przegrywać. To jest piękne pragnienie. Uczymy się wygrywać, przegrywając. Uczymy się czystości doświadczając nieczystości. W nasze życie wpisane są zwycięstwa i porażki, a przede wszystkim walka. Bóg patrzy na to, czego ty naprawdę chcesz, a nie na to, że ci nie wyszło już kolejny raz. Patrząc na serce widzi twoje w nim dążenia. Jego cieszy twoje pragnienie dobra. Dlaczego zatem upadasz? Dlaczego nie wychodzi? Może dlatego, że wychodzi z ciebie to, co było bolesnym doświadzceniem w przeszłości, co zostało stłumione, czego się bałaś, czego ci zabraniano (wypowiadania swojego zdania, wyrażania niezadowolenia, sprzeciwu, nie pozwalano płakać, nie zgadzano się na twój smutek, albo słabość, lub jakąkolwiek nieumiejętność). Nasze upadki nie wskazują na to, że chcemy Boga zasmucać, zawodzić, okazać się wobec Niego niewiernymi, lecz na to, że bardzo pragniemy dobra, Jego miłości. Upadki pokazują uwalniani nas od tego, co jest przeciwieństwem miłości, łagodności, dobroci.

Jest w tobie dużo dobra. Jesteś bardzo wrażliwa. Kiedy nie ma dobra w twoim postępowaniu, reagujesz agresją skierowaną na siebie. Zło ciebie szokuje, drażni, niepokoi, zniechęca. Łatwo się nie poddajesz. Tobie nie jest wszystko jedno, jak będzie wyglądało życie. Nie rezygnuj z troski o siebie. Ucz się podejścia do samej siebie łagodnego, życzliwego, serdecznego. Zobacz, jak zachowuje się dobra mama, gdy jej dziecko upadnie w kałużę, a przed chwilą założyła mu białe rajstopy i czystą, nową sukienkę. Przytula, pociesza je, idzie z nim do domu, by je zmienić. Nie krzyczy na nie, nie wymyśla od niedorajdów, nie wypomina, że znowu będzie musiała prać.

Kiedy okażesz sobie dużo serca, zobaczysz w sobie dobro. Trzeba zainwestować w dobroć, łagodność, cierpliwość, opanowanie dla samej siebie. Okaż sobie, choć trochę dobrej litości, czyli miłosierdzia. Jesteś bardzo radykalna, może nawet surowa w ocenie własnych zachowań. Rzecz nie w tym, aby przelewać się w słowach podziwu dla siebie, ale nawet wtedy, gdy zawinisz, nie musisz postępować wobec siebie z całą surowością i potępianiem. Nie jesteś Bogiem, lecz człowiekiem. To jedno. A drugie – Bóg ciebie nie potępia, nie strofuje, nie wymyśla, a ty usiłujesz być bardziej poprawną od Niego.

Kiedy "inwestujesz" miłość w człowieka, ona do ciebie powróci. Zainwestuj w miłość do samej siebie. Ty jedynie od siebie żądasz, egzekwujesz. Co dajesz sobie? Jakie pozytywne uczucia i myśli kierujesz w stronę własnej osoby? Jeśli źle traktujesz własne ciało, swoją twarz czy ręce, a masz potrzebę używania kremów, balsamów, to jak będzie wyglądała twoja skóra? Jest w tobie niepoprawna postawa "wielkiej moralizatorki" wobec siebie. Należy od siebie wymagać, ale tyle, ile na dzisiaj możesz. Być może jutro będziesz mogła więcej, lecz dzisiaj nie możesz, więc uznaj rzeczywistość: własną wytrzymałość psychiczną, kondycję fizyczną, granice własnej wytrzymałości, opory, jakie w tobie intensywnie pracują, mechanizmy obronne, pokusy, zniechęcenia. Czy bierzesz to wszystko pod uwagę?

Nie chcesz użalać się nad sobą, więc się nie użalaj, lecz okaż sobie więcej serca, więcej czułości, więcej ciepła. To jest metoda zarówno dla ciebie, jak i w twoim odniesieniu do innych – więcej serca. Okazywanie serca leczy, a wymyślanie sobie, zniechęca i prowadzi do rozpaczy, utwierdza w przekonaniu, że tak naprawdę do niczego się już nie nadaję.

Nie zawracasz mi głowy. Gdybym nie chciał towarzyszyć tobie i innym, to bym tego nie robił. Chcę z własnej i nieprzymuszonej woli. Boli mnie człowiek, który cierpi, jest zagubiony, poraniony. Najbliżsi są mi ci ludzie, którzy siebie przekreślają, albo inni ich na margines życia spychają. Bardzo bliscy są mi ci, którzy są poranieni. Odczuwam z nimi więź. Są jakby moją wielką rodziną. To, dlatego nie zawracasz mi głowy.

Chcesz zobaczyć dobro w sobie. To tak jak wówczas, gdy się modlimy, chcemy wiedzieć, odczuwać, że nasza modlitwa jest dobra. Tymczasem wszystko się miesza, rozproszenia i namiętności wprowadzają całkowite zamieszanie. Nastawieni, iż modlitwa to czas pokoju, pobożnych myśli i pragnień, mamy prawo czuć się sfrustrowani i rozbici, a nawet zniechęceni do praktykowania modlitwy. Bóg patrzy inaczej, niż człowiek. Dla Boga ważne jest to, że walczysz, pragniesz dobra, choć ono się nie pojawia w wymiarze zewnętrznym. Jest w tobie dobro i pomoc Boża, skoro są piękne pragnienia. Musi wystarczyć to, że masz piękne pragnienia. Duch Święty wzbudza je w tobie. Nie słyszysz go tak jak człowieka, nie widzisz, ale poznajesz, że jest, po pięknych pragnieniach. Nie muszą się one zawsze, w każdej chwili przekładać na jakość twojego życia. Daj sobie czas. Pozwól Panu Bogu działać w sposób sobie właściwy. On ma swój plan wobec ciebie. Nie usiłuj tego zmieniać.

Nie znasz siebie. Nie odczytujesz słabości, jako dobra, które wydarza się w tobie. Na słabość patrzysz jak na przekleństwo. Dla wierzącego Bogu, jest ona błogosławieństwem. A może twoje słabość ma do spełnienia to zadanie, żebyś zaufała więcej. Ty chcesz zobaczyć skutki własnego wysiłku, modlitwy. Dobro nie jest z człowieka. Cierpisz z powodu samej siebie.

Jego Miłość oczyszcza. Nawet wtedy, gdy doznajemy słabości, które z nas wychodzą w procesie wewnętrznego oczyszczenia, to możemy zobaczyć w nich miłość Jezusa. Troszczy się o nas. Nigdy sami nie wybraliśmy tej drogi, ponieważ ona nas przeraża. On wie, co dla ciebie jest lepsze.

Tobie nie jest potrzebny strach, rezygnacja, opuszczenie rąk, ale zaufanie. Zaufanie cię odrodzi, ożywi. To nie tak, że musisz coś istotnego zrobić ze sferą moralną własnego życia. Wierz tylko. Ufaj! Kochaj Boga namiętnie! Jemu pozostaw własną przemianę. Znakiem działania Bożego w tobie jest twoja samotność, w której się rzucasz, gwałtownie reagujesz, bronisz się przed nią. Naprawdę cię rozumiem. Jest ona dana, abyś odnalazła Jezusa, Jego przyjaźń. Samotność jest błogosławieństwem, jest czasem zbliżania się do Pana, aby odczuć Jego miłość. Czekaj cierpliwie. Bądź uważna na poruszenia własnego serca. Nie musisz wiele mówić czy myśleć, lecz odpowiadaj na to, co w sercu będzie się rodziło.

To nie ty nawracasz swoją duszę, albo siebie. Ty zajmij się Jezusem, a On zajmie się tobą: twoją duszą, sercem, ciałem, myślami, wyobraźnią, pragnieniami. Jedynie, co może ci pomóc, to zająć się naprawdę Jezusem: myśl o Nim, pragnij Jego, czytaj słowa i słuchaj ich. On mówi bezpośredni do twojej duszy, do serca. Pragnij ciszy, miej chwile milczenia w ciągu dnia. Mów Jezusowi o pragnieniach, jakie w sobie odnajdujesz. Módl się pięknymi pragnieniami, a On uczyni cię wewnętrznie piękną, czyli szczęśliwą.

Klimat, jaki był w twoim w domu wpłynął na to, co teraz przeżywasz. Doświadczenia "nie ulatują", ale się w nas zapisują. Stają się wsparciem, silą, albo osłabiają w dalszym życiu. Zamęt w domu sprawia, że nie odczuwamy miłości do nas. Nie czując się kochanymi, ciągle szukamy kogoś, kto by nas naprawdę pokochał. Niekiedy mylimy się do osoby, czujemy się wykorzystani, odczuwamy zawiedzenie, złość do rodziców, że nie przygotowali nas do życia.

Jezus ci pomógł i pomaga. Nie jesteś daleko od Jezusa, ponieważ "twoja mowa cię zdradza". Cały czas mówisz o Nim, tęsknisz za Nim, twoje pragnienia krążą wokół Jego osoby, pragnienia przyjaźni z Nim. Słusznie napisałaś, że On nie ma do ciebie pretensji, nie wyrzuca popełnionych błędów i upadków. On czeka na Ciebie, byś pozwoliła Mu się przytulić, wziąć za rękę i poprowadzić. Przytul się do Niego. Często wiele spraw usiłujemy tłumaczyć, wyjaśniać, naświetlać. To jest potrzebne, a często niezbędne. Przychodzi jednak taki czas, że lepiej już nic nie mówić, ale się przytulić do Jezusa, objąć Go, poczuć emanujące z Niego ciepło. Ośmielę się powiedzieć, że tego najbardziej potrzebujesz.

Może nie zwracaj większej uwagi na to, co myślą o tobie inni, jak wygląda twoja modlitwa, ale żyj z innymi, módl się przez pół roku nie oceniając swojej modlitwy. Zostaw oceny, osądy, recenzje innych odnoszące się do twojego życia. Zajmij się tym, za którym tęskni twoje serce. Odpoczniesz i nabierzesz sił. Wtedy inaczej spojrzysz na siebie, własne życie, swoją przeszłość, rodziców, znajomych. Kiedy jesteśmy niespokojni opanowują nas pesymistyczne myśli, mieczujemy się kochani i komukolwiek potrzebni. Źródłem pokoju jest dialog z Jezusem, bliskość z Nim. Wykorzystaj odczucie bezsilności. Powiedz o niej Bogu Ojcu. Poczuj się Jego dzieckiem. Poproś, niech weźmie cię na swoje ramiona i przytuli do swojego policzka. Bezsilność może zostać przeminiona w twoją siłę. Zechciej zapoznać się z rozważaniami, jakie zamieściłem w "Przemianie", w dziale "Rekolekcje z". Są tam ważne myśli dla ciebie, wyjęte z życia św. Teresy od Dzieciątka Jezus.

Skąd tyle lęku? Im mniej w nas miłości, tym więcej lęku. Im bardziej jesteśmy poranieni w naszych uczuciach, tym bardziej boimy się życia, obawiamy się o siebie, nie chcemy przegrywać, ponieważ każda przegrana, to świadomość strat, które bolą. Nie umiemy tracić tego, co sobie bardzo cenimy. Nauczyć się tracić, to nauczyć się żyć w szacunku do siebie i innych. Gdy przychodzą straty, przemieniaj je w oddanie. "Daję ci Panie to, czego nie mogę mieć". Każda strata, to szansa na pogłębienie miłości. Nie jest łatwo godzić się na straty. Trzeba je oblewać łzami, wypłakać się. Czasem trzeba krzyczeć, buntować się. Różnie reagujemy na straty. Nie słuchaj tych, którzy mówią, że wszystko powinnaś przyjmować ze spokojem i pogodzeniem się z wolą Bożą. Do zgody na wolę Bożą dorastamy przez właściwe przeżywanie naszych strat.

Czy chcesz do mnie napisać o sprawie sprzed kilkunastu lat, która powraca i dręczy cię? Jeśli czujesz się gotowa, aby o tym napisać, będę czekał.

Bardzo się cieszę, że do mnie piszesz. Twoje listy są bardzo cenne. Jest w nich wnikliwa obserwacja, mądrość, znamiona pięknej miłości do Boga, troska o jakość i głębię własnego życia. Jesteś na dobrej drodze do Pana Boga. Zapewniam cię o mojej modlitwie – ks. Józef Pierzchalski SAC

Liczba wyświetleń strony: 10033087 * Liczba gości online: 25 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC