MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Usunęłam ciążę



Szczęść Boże,

Sama nie wiem jak zacząć. Tyle różnych problemów - mam przeczucie powiązanych ze sobą, ale nie wiem, w jaki sposób. Jestem mężatką, mam czwórkę dzieci, niedługo skończę 40 lat. Ostatnio moim życiem wstrząsnęło kilka wydarzeń, które skłoniły mnie do refleksji, ale też otworzyły dawne rany i ból.

Pojawiła się depresja, leczyłam się, trochę pomogło. Na początku naszego małżeństwa, 11 lat temu już po urodzeniu dwójki dzieci usunęłam ciążę. Może nie była to decyzja zupełnie wolna, mój mąż też tego chciał, ale mogłam powiedzieć nie i nic by się nie stało. I tak żyję przez te wszystkie lata z ogromnym poczuciem winy. W tym czasie też wiele zmieniło się w moim życiu. Staram się żyć w stanie łaski, urodziłam jeszcze dwoje dzieci. I wszystko wyglądało z zewnątrz bardzo ładnie...

Tyle, że coraz częściej powtarzały się stany depresji, okresy, kiedy bardzo mało jadłam. Od tamtego czasu przeszłam cztery poronienia samoistne, dwie operacje. Tak jakbym podświadomie chciała powracać do tego, co było, pomimo, że już dawno otrzymałam rozgrzeszenie...Ostatnie wydarzenie znów kazało mi powrócić do przeszłości. Niedawno okazało się, że jestem w ciąży. Niedługo potem badania wykazały, że dziecko jest martwe. Musiałam poddać się w szpitalu zabiegowi usunięcia martwej ciąży. Bardzo chciałabym pogodzić się z wydarzeniami w moim życiu, ale jak tylko wydaje mi się, że to zrobiłam, to wtedy podświadomość dochodzi do głosu. To takie zamknięte, koło, którego nie potrafię przerwać. Może problem tkwi w tym, że sama nie potrafię sobie przebaczyć. Sobie i innym. Czy to wystarczy, jeśli przebaczenie będzie aktem woli? Jak przebaczyć z serca? Jak odzyskać szacunek dla siebie?

Jest jeszcze jedna rzecz nie bez znaczenia w tym wszystkim. Jestem dzieckiem niechcianym przez moją matkę, praktycznie bez kontaktu emocjonalnego z nią. Ona sama usunęła kilkakrotnie ciążę. Teraz widzę, że moja miłość do męża jest bardzo zaborcza, ale też jest mi trudno czegokolwiek mu odmówić. Przez lata poświęcałam się wyłącznie dla rodziny i oni się do tego przyzwyczaili. Ale to wali się- mój własny obraz wzorowej żony i matki. Ostatnio nasze małżeństwo o mało co nie skończyło się separacją.

I jest we mnie ciągła pogoń za dowartościowaniem się poprzez zewnętrzne działania, zatracanie się w tym. Tym to dla mnie trudniejsze, że nie pracuję poza domem. Chciałam nawet pójść do pracy, ale czy w tej sytuacji nie byłaby to kolejna ucieczka?

Staram się to wszystko oddawać Panu Bogu. Przeczuwam, że gdzieś jest życie wolne od przeszłości, w miłości i szacunku do siebie samej i innych, tylko jak do niego dotrzeć?

Pozdrawiam, Kasia



Decydując się na zabieg, jak mówią specjaliści, kobieta musi mieć wystarczający poziom autoagresji. Aborcja jest wielką krzywdą zarówno dla matki, jak i dla dziecka. Potem zostaje wewnętrzna pustka, smutek i natrętne myśli. Dla 80% kobiet aborcja jest większą traumą niż przypuszczały. Jest wówczas problem do mężczyzny. Wiele kobiet przestaje kochać swojego chłopca czy męża, przestają kochać siebie. Aborcja może wywołać zespół stresu pourazowego. Lęk, koszmary senne, depresja. Pojawia się skłonność do nadużywania alkoholu, środków psychotropowych i przeciwbólowych. Może wystąpić oziębłość seksualna. Niektóre kobiety pragną bardzo szybko zajść w ciążę, aby urodzić dziecko, które miałoby zastąpić to usunięte.

W sytuacji Pani konieczna jest profesjonalna terapia. Jest ona nie na każdą kieszeń. Chodzi tu jednak o ważną sprawę, Pani życie i samopoczucie, chodzi o własną przyszłość oraz przyszłość małżeństwa i rodziny. Jeśli możliwości materialne umożliwiają pójście na terapię, to ogromnie zachęcam. W Polsce jest terapia "Żywa Nadzieja" prowadzona według dostosowanej do naszych realiów metody Kanadyjczyka prof. Philipa Neya. To program skierowany do ludzi dotkniętych traumą. Z programu "Żywa Nadzieja" korzysta obecnie w Polsce kilkaset osób. A ile powinno? Dokładnie nie wiadomo. Niektórzy terapeuci uważają, że problem poaborcyjnej traumy dotyczy kilku milionów Polaków. Nie tylko kobiet, ale także mężczyzn i dzieci.

Napisała Pani o wielu ważnych sprawach, na które, jako Ksiądz, nie mogę udzielić kompetentnej odpowiedzi. Potrzeba pomocy specjalistycznej. Pragnę odnieść się jedynie do niektórych zagadnień przedstawionych w liście.

Przebaczenie innym. Przebaczenie jest wyborem, decyzją opartą na wierze chrześcijańskiej. Jest to akt naszej woli, akt racjonalny; wyciągnięcie ręki do zgody, zaproszenie drugiej osoby do dawnych kontaktów. Może to być akt chłodny emocjonalnie, pozbawiony towarzyszących mu ciepłych, pozytywnych uczuć, a jednak prawdziwy. Patrzmy na Jezusa. Akt przebaczenia na krzyżu mógł mieć taki charakter. Trudno sobie wyobrazić, by podczas całej fizycznej i duchowej agonii towarzyszyły Mu ciepłe, pozytywne uczucia.

Jeśli akt przebaczenia stał się faktem, uczucie przebaczenia jest już tylko kwestią czasu. Trzeba wejść w konfrontację z "uczuciami nieprzebaczenia", traktujemy je szczerze i pracujemy nad nimi, a wtedy one stopniowo znikają. Nie mamy kontroli nad tym, co czujemy, jedynie nad tym, jak się zachowujemy i jak traktujemy swoje uczucia. Czy pozwalamy im, aby kierowały nami, czy też my kierujemy nimi? Gdy odnosimy się z wrogością do innych, uczucia panują nad nami.

Grzech tkwi nie w naszych uczuciach, ale w naszym zachowaniu, w naszych postawach. Często zdarza się, że nadal czujemy się zranieni, mimo iż przebaczyliśmy. Ten stan nie jest czymś złym; grzeszymy dopiero wtedy, gdy naszym zachowaniem okazujemy wrogość.

Odchodzenie od negatywnych uczuć wymaga czasu i wysiłku. Zależy to, między innymi od naszej osobowości, wrażliwości, od tego, jak głęboko byliśmy zranieni. Negatywne uczucia gniewu i niechęci, będące skutkiem zranienia, są czymś zupełnie normalnym. Bylibyśmy mniej ludzcy, gdybyśmy ich nie doświadczali.

Niekiedy pojawia się w nas takie myślenie, "Jeśli przebaczyłem tej osobie, to dlaczego dręczą mnie uczucia nienawiści i żalu?" Z tego wyprowadzamy wniosek, że nie przebaczyliśmy szczerze. Całkowite przebaczenie jest możliwe nawet wtedy, gdy potrzebujemy czasu by uleczyć negatywne uczucia. Musimy żyć z tymi uczuciami przez określony czas.

Przebaczenie sobie. Głębszym wymiarem przebaczenia, jest przebaczenie samemu sobie. Wierzymy, że Bóg nam przebaczył; teraz On zaprasza nas, byśmy przebaczyli sobie samym. Odmawiamy sobie przebaczenia, ponieważ jesteśmy z siebie niezadowoleni. Litując się nad sobą, potępiając siebie lub wymierzając sobie karę, wybieramy zachowania egocentryczne, przez co blokujemy ostateczne przyjęcie uzdrawiającego przebaczenia i miłości Boga.

Stawiamy sobie pytanie, "Po co to wszystko?" Poddajemy się. Nie chcemy wzrastać, nie chcemy wziąć krzyża naszej ludzkiej słabości i podążać za Chrystusem. Przebaczając sobie przechodzimy przez granice naszego życia i zyskujemy bezcenne spojrzenie na własne wnętrze. Wzrastamy przez ból upadków, uznając wielką miłość Boga. Jeśli uparcie odmawiamy przebaczenia sobie samemu, potęgujemy stan chronicznego poczucia winy, niezależnie od tego, czy dostrzegamy to, czy też nie. Nasze odczucia mogą nie pozwalać na to, by opuściło nas nieuzasadnione poczucie winy, ale nasz umysł powinien skupić się na bezwarunkowej miłości Boga do nas, aby doszło do aktu samoprzebaczenia.

Przebaczyć sobie można jedynie na drodze żywej wiary. W przebaczeniu sobie nie chodzi o zwolnienie siebie od odpowiedzialności i konsekwencji za nasze czyny, ale o uwydatnianie ich ciągle na nowo. Nie jest ono litowaniem się nad sobą, ale rozliczeniem, skruchą i przemianą. Nie oznacza ono wybielania naszych grzechów i ich aprobaty, lecz śmiałe stawanie twarzą w twarz z przykrą rzeczywistością naszych czynów, podjęcie naszego krzyża i podążanie za Chrystusem.

Nie możemy żyć pełnią życia dopóki nasza wiara nie stanie się dojrzała. Dojrzała wiara czyni nas zdolnymi do przebaczenia samym sobie. Wtedy dopiero naprawdę możemy uwolnić się od tego, co było złe w naszym życiu, pozwolić Bogu wejść w nasze życie, żyć i kochać.

Przytoczę słowa Georgesa Bernanosa: "Nienawidzić siebie jest łatwiej, niż się zdaje. Łaską jest zapomnieć siebie. Ale gdyby wszelka pycha w nas umarła, najwyższą łaską byłoby kochać pokornie samego siebie jak każdy z umęczonych członków Jezusa Chrystusa". Przebaczenie samemu sobie jest zbyt rzadkie. Wiele agresji kierujemy na bliźniego z racji wyrównywania rachunków z samym sobą. Jesteśmy bardzo mocno nastawieni na naprawianie rany czy winy, które sami posiadamy.

Tam, gdzie jest nienawiść do samego siebie, tam spotykamy się z potrzebą przebaczenia sobie. W przebaczeniu sobie niezbędna jest droga pokornej oceny siebie samego. Pojednać się z sobą nie oznacza przyzwolenia na praktykowanie wad, które nas przerażają w codzienności. Trzeba zgodzić się, że w codziennej wędrówce nie zawsze będziemy znajdować twardy grunt pod nogami. Być pokornym, to zawsze liczyć się z możliwością, że znów pojawią się określone potrzeby i namiętności, które już dawno uznawaliśmy za przezwyciężone. Tak rozumiana pokora nie tylko nas nie umniejsza, lecz obdarza pokojem wewnętrznym. Dzięki niemu możemy z uwagą i ufnością podążać drogą swojego życia, a wszystko, co się nam na niej przydarza, postrzegać jako znak Boży, który napomina nas, żebyśmy pojednali się z całym swoim życiem, ze sobą, z wydarzeniami życia, jakie by one nie były, z naszą przeszłością.

Przebaczenie sobie i innym, zgoda na przeszłość bez względu na to, jak była ona bolesna dokona się przez pojednanie ze zranieniami (aborcja!), jakie w sobie odkryliśmy. Tam, gdzie jesteśmy zranieni, tam też znajdujemy dojście do własnego serca. Pojednanie się z sobą, z innymi, z ranami, to uzdrawiające dotknięcie własnego serca. Trzeba przyznać się do swoich ran przed Bogiem i przed sobą. Zranienia nie przeszkadzają wchodzeniu w relacje. One umożliwiają, aby były przeżywane głębiej, prawdziwie, szczerze i z otwartością. Pojednanie daje nam pełniejszy przystęp do Boga, którego dotychczas sami się pozbawialiśmy.

Warunkiem uzdrowienia ran staje się nie ich drążenie i krążenie wokół nich przez analizowanie i rozpamiętywanie bolesnych wydarzeń, ale szukanie pozytywnego doświadczenia. Ciepło, miłość, troskę, jakie mogłoby otrzymać dziecko usunięte przez aborcję, proszę okazywać czwórce swoich dzieci, które są Pani dumą i radością.

Proszę zawrzeć pokój ze swoimi wrogami przeszłości i teraźniejszości, a wtedy staną się przyjaciółmi. Gdy przeznaczamy całą naszą energię na walkę z poczuciem winy, namiętnościami, złymi wspomnieniami, to może nam zabraknąć energii, a tym samym chęci do życia. Nie wolno podchodzić do problemów tak, że wyzwalamy w sobie siłę, która obraca się przeciwko nam. Wówczas czujemy się zmęczeni, przeciążeni, kłótliwi, nieznośni dla innych. Nie wolno ciągle siebie o coś oskarżać. Trzeba myśleć o tym, że przede wszystkim moje życie jest wypełnione dobrem, życiem dla najbliższych mojemu sercu. Przecież Pani kocha swojego męża i dzieci.

Może trzeba byłoby porozmawiać z mężem o tym, co Pani czuje w związku z aborcją przed laty. Niech on o tym usłyszy. Proszę mężowi powiedzieć, jak się Pani czuje, w związku z aborcją. Nie jest najważniejsze to, czy mąż uzna Pani odczucia za ważne, mające sens, potrzebne, czy w jakiś sposób będzie mógł coś poradzić, wesprzeć. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, aby pomóc sobie samej przez podzielenie się z osobą najbliższą tym, co teraz przeżywam, i co jest dla mnie bardzo trudne, aby nieść te myśli, odczucia, niepokoje serca w samotności. Wyrażając ból, a może nawet ukryte pretensje do męża, że przed laty Panią nie powstrzymał przed aktem aborcji, pomaga Pani sobie samej. Złe uczucia trzeba wypowiedzieć przed osobą bliską, przy której czujemy się bezpieczni, czyli kochani. Mąż powinien nieść z żoną to, co jest dla niej trudne. Decyzja sprzed lat, nie była wyłącznie Pani decyzją, lecz i męża. Niepokój obecny należy również nieść razem, we dwoje. To może Państwu jeszcze bardziej zbliżyć do siebie w małżeństwie.

Mogą pojawić się gniew, łzy, oskarżanie. To będą korzystne objawy dla Pani. Nie trzeba walczyć z własnymi namiętnościami. Okazuje się, że to, co stwarza nam teraz największe problemy, może nas doprowadzić do Boga.

Proszę zapoznać się z odpowiedzią na list noszący tytuł "Zdrowy egoizm". Jest to próba zrozumienia, dlaczego tak ważną sprawą jest czas dla siebie, troska o siebie, myślenie o sobie. Niekiedy w sposób nieopanowany dbamy o innych. We wszystkim potrzebny jest umiar, wyważenie. Ważną jest troska o męża, o dzieci, lecz także zadbanie o własne sprawy. Przecież Pani posiada również pragnienia, marzenia, określone zamiłowania, pasje. To jest obszar własnego życia, o który trzeba się zatroszczyć, aby się rozwijać. Brak troski o siebie prowadzi do narzekań, frustracji, rezygnacji, wypalenia wewnętrznego. Nie mamy siły ani motywacji do dawania siebie. Smutny to obraz człowieka, który zrozumiał, że przede wszystkim powinien żyć tylko i wyłącznie dla innych, innych uszczęśliwiać, o innych pamiętać, być do dyspozycji wobec innych. A czy Pani nie ma takich potrzeb. Ich nie realizowanie, nie dawanie sobie prawa do tego, co innym Pani ofiaruje, jest okrucieństwem wobec własnego życia i niezrozumieniem miłości w wydaniu chrześcijańskim. "Miłuj bliźniego, jak siebie samego". Siebie samego miłuj jak bliźniego. ks. Józef Pierzchalski SAC

Liczba wyświetleń strony: 9105784 * Liczba gości online: 29 * Ostatnia aktualizacja: 2017-05-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC