MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Tak mało ludzi kocha Boga



Dlaczego tak mało ludzi kocha Boga? Dlaczego tak mało nie może bez Niego żyć, a cała reszta zdaje się radzić sobie zupełnie dobrze bez Boga? Przecież, jeśli Bóg kocha nas wszystkich tak samo, to wszystkim powinien objawić swoją miłość, wszystkich zaprosić do siebie? Jest Bogiem i wie, że ludzie nie zdają sobie sprawy z Jego miłości, mimo że bardzo jej potrzebują. Dlaczego do Nich nie przyjdzie? Ja wiem, że każdy jest inny i to, że ktoś nie uczestniczy codziennie w Eucharystii nie znaczy, że nie kocha. I zapewniam, że nie każę każdemu kochać na "mój" sposób.

Chodzi mi o to, że ludzie (choć wiem, że to uogólnienie) ignorują istnienie Boga, wydaje się, że nie potrzebują Go w swoim życiu. Wolą iść do kina, fryzjera, teatru, wyjść na piwo niż porozmawiać ze swoim Stwórcą. I ja naprawdę rozumiem, że te rzeczy (fryzjer itp) same w sobie są złe – tylko, że ludziom Bóg jest po prostu obojętny. Może to ja zwariowałam i żyję w jakiejś szalonej iluzji, że Bóg jest taki osobowy, że kocha i że chce być kochany? Dlaczego nie mogę przejść nad tym do porządku dziennego? Jeśli to Bóg chciał, żeby świat był taki, to znaczy, że to ja gdzieś jestem w błędzie myśląc, że każdy powinien czuć się kochanym i kochać Boga, a tymczasem czasem mam wręcz wrażenie, że Bóg sam się skarży, że Go się nie kocha.
Magda



Trudne pytanie, "Dlaczego tak mało ludzi kocha Boga?" Może dlatego, że mało ludzi kocha ludzi. Tak wielu z nas nie kocha samych siebie. Miłość do człowieka, do zwierząt, do tego, co obejmujemy zmysłami, jest poniekąd łatwiejsza, prosta. Dociera do nas głos lub obraz. To pomaga. Możemy kogoś dotknąć, przytulić się. Bóg jest niewidzialny, nie jest słyszalny tak, jak człowiek. Pragniemy miłości a równocześnie lękamy się jej, tego wszystkiego, do czego ona zobowiązuje.

Myślę szczególnie o odpowiedzialności w miłości. Doświadczamy miłości ludzkiej, lecz ona nas nie zaspokaja. Nie szukamy dalej, głębiej, wyżej w miłowaniu, co prowadziłoby do spełnienia, wypełnienia naszych tęsknot i najgłębszych marzeń. Niezaspokojenie w miłości sprawia, że niektórzy wyruszają w drogę by zaliczać miłość do coraz to innych osób. Miłością nazywa się to, co jest jedynie seksem, co jest ważne w miłości, lecz nie mówi o jej istocie.

Wydaje mi się, że miłość człowieka nie może zatrzymać się na człowieku. To za mało. Musi pojawić się niedosyt, dyskomfort. Chcąc kochać człowieka niezbędne jest pójście w głąb, czyli w duchowe, osobiste wzrastanie. Tam zaś możemy spotkać Boga. Jeśli się duchowo nie rozwijamy, możemy człowieka krzywdzić, cały czas mówiąc o tym, że bardzo go kochamy.

Miłość jest związana z ofiarą. Niezbędne jest w niej zaufanie. Gdy nie ma i jednego i drugiego człowiek często nie zastanawia się nad tym, "dlaczego?". Trudno o miłość czystą, szlachetną i piękną, zdolną do największych poświęceń. Tam gdzie ocieramy się o ofiarę w miłości, gdy rozumiemy ją jako danie swojego życia w ręce drugiej osoby, to już wchodzimy w klimat miłości Boga. Wszędzie tam, gdzie jest ofiara i zaufanie, tam możemy już mówić o miłości Boga. Kochając człowieka, kochamy Boga. Boga kochamy w człowieku. On pragnie być w ten sposób kochany. Nie rozdzielałbym miłości do człowieka i miłości do Boga. Wielu ludzi nie uświadamia sobie tego, że jeśli jest piękna, wzajemna, pełna troski i odpowiedzialna, czuła i wychodząca naprzeciw miłość małżonków, to jest w niej miłość do Boga. Podobnie w miłości rodziców do dzieci i dzieci do rodziców, kochamy Boga.

Trzeba byłoby określić, co rozumiemy pod pojęciem kochania Boga. Czy jest to uczestniczenie w życiu sakramentalnym Kościoła, codzienna modlitwa, kierowanie się w codzienności Bożymi przykazaniami? To jest miłość. Wielu ludzi spotykamy jako uprzedzonych do Kościoła jako instytucji, do osób duchownych, wobec których są animozje, urazy z różnych przyczyn. Często jednak podkreśla się, że wierzą w Boga i kochają Go, lecz nie chcą mieć nic do czynienia z Kościołem i księżmi. Ale to w Kościele kochamy Boga, we wspólnocie, która jest dla nas wsparciem i umocnienie. Kościół, to nasze życie, to nasz cały świat, w którym żyjemy: odżywiamy się, pracujemy, odpoczywamy, przeżywamy urlopy, spotkania z przyjaciółmi, modlimy się, płaczemy i śmiejemy się. Nie można oddzielić naszego życia osobistego, rodzinnego od Kościoła.

Dlaczego tylko ludzi nie kocha Boga? Ponieważ nie ma w nich potrzeb religijnych. Nie zostały rozbudzone potrzeby wyższe, wyższe wartości. Wielu ludzi nie docieka, nie stawia pytań, dlaczego tak żyć powinienem, a w ten sposób nie powinienem. Kto stawia problem głosu sumienia? Skąd się wywodzi i na czym opiera ludzka godność? Kto mnie kocha poza rodzicami, poza dziećmi, mężem i żoną? Wrażliwość wielu ludzi obejmuje swoim zasięgiem, czyli odczuwaniem to, co można zobaczyć, dotknąć, usłyszeć. Nie wychodzą poza sferę widzialną. Świat niewidzialny, który obejmujemy wiarą ich nie interesuje.

Kochamy tak, jakie są nasze życiowe doświadczenia, jakich mamy przewodników, nauczycieli, wychowawców, rodziców. Nie można zapominać o różnych obciążeniach, jakie w sobie nosimy. Kto nas uczy kultury, szacunku, miłości, otwartości, mówienia prawdy, myślenia, bycia wrażliwym, kto uczy wiary w Boga? To wszystko, o co pytasz, to nie problem Boga, ale nasz, ludzi. Na co nas otwiera świat, w którym żyjemy, media, środowisko, znajomi. Czemu ulegamy, a czemu potrafimy się przeciwstawić? Czy umiemy dokonywać wyborów? Kto nam powiedział, jak to czynić, czego w tym całym zamęcie różnych propozycji powinniśmy unikać, przed czym się chronić, komu zaufać, a komu nie?

Niektórzy nie stawiają sobie pytań w rodzaju: skąd przychodzą i dokąd idą? Czy życie na ziemi ma jakiś głębszy sens poza tym, że się rodzimy, dorastamy, mamy pracę lub nie, mamy pieniądze czy żyjemy w biedzie, a potem umieramy? Bywa i tak, że w swoich doświadczeniach sukcesu, osiągnięć, powodzenia, a także klęski, strat, niepowodzeń, nie stawiają pytań o to, dlaczego? Czy jest jakieś "drugie dno", którego dotknięcie umożliwi znalezienie odpowiedzi na pytanie, dlaczego?

Nie sądzę, żeby ludzie dobrze sobie radzili bez Boga. Czyż spowiednikiem niewierzących, coraz bardziej staje się to modne, nie został psychoanalityk, psycholog, psychiatra. Ci drudzy pomagają swoim pacjentom nazwać rzeczywistość, którą w nich odkryli. I co dalej? Oni nie uzdrawiają, nie udzielą pokoju serca i spokoju sumienia.

Co może usensownić życie? Życie jest pełne strat. Ktoś musi usensownić straty. Jak dostrzec w nich wartość, piękno, a nawet konieczność będącą u podstaw osobowego i duchowego rozwoju człowieka? Czy jesteśmy w stanie odnosić się jedynie do siebie tłumacząc lepszymi lub gorszymi teoriami nasze stany psychiczne, frustracje, depresje, czy załamania nerwowe? Człowiek nosi w sobie ogromną potrzebę do relacji z Niewidzialnym, którego obecność odczuwa, jego bliskość daje się poznać w tym, co dobre, piękne, szlachetne i czyste. Refleksja nad wartościami umożliwia ocieranie się o Boga, a życie wartościami sprawia, że Bóg wchodzi w rzeczywistość naszej codzienności. Potrzeba, aby ktoś pomógł to nazwać, wskazać, uświadomić.

Bóg objawia swoją miłość w różny sposób. Kilka dni temu oglądałem krótki film o bezrękim muzyku ze Stanów Zjednoczonych. Powiedział, między innymi zdanie, które mnie "zatrzymało". Zapytano go, czy dostrzega wokół siebie jakiś cud Pana Boga. On mówi, "Tak! Dla mnie takim cudem jest to, gdy widzę, jak człowiek podnosi swoją rękę". Spowszedniało nam to, że mamy zdrowe ręce i nogi, widzimy, słyszymy, jesteśmy zdrowi psychicznie i umysłowo. Czy to nie są cuda? Życie pokazuje jak bardzo przyzwyczailiśmy się do tych niezwykłych znaków Bożej miłości, że ich nie dostrzegamy. Proszę zauważyć dzieci umysłowo upośledzone, niewidomych, głuchych, szpitale wypełnione osobami psychicznie chorymi. Tu może pojawić się pytanie, czy Bóg ich kocha? Tak. Często my zdrowi dojrzewamy religijnie, duchowo, moralnie przy osobach z upośledzeniem umysłowym. My im zawdzięczamy odkrycie Boga, miłości, wdzięczności, szacunku do tego, co otrzymaliśmy. Nie są nam dani jako eksponaty, lecz jako wielcy nauczyciele dostrzegania cudów, jakie Bóg czyni z naszym życiem.

Czy bierzesz pod uwagę to, że człowiek stawia opór wewnętrzny wobec tego, co jest wymagające i skłaniające do odpowiedzialności? Miłość tak, lecz odpowiedzialność za miłość, już nie! Bóg wszystkich zaprasza, lecz wielu nie chce przyjść do Niego. Pamiętasz: "kupiłem pole, ożeniłem się", dlatego przyjść nie mogę. Bóg szanuje wolną wolę człowieka. Nie można powiedzieć, że nie słyszeli o Bogu. Często ten obraz Boga dociera do naszych bliskich, znajomych wypaczony z naszej strony ludzi wierzących. Nasza wiara nosi w sobie określone mankamenty. Innych to zraża, uprzedzają się. Człowiekowi wydaje się, że żyć można łatwiej bez Bożych przykazań. Wiara i religia, zdaniem niektórych, to same obciążenia: zakazy i nakazy. Nic bardziej mylnego. Niektórzy sobie wmawiają określone teorie, ponieważ nic nie chcą zmienić w swoim życiu. To mogłoby, ich zdaniem, zbyt wiele kosztować w znaczeniu wyrzeczeń, strat i ograniczeń. Chcą być wolnymi, a nie dostrzegają, że stali się niewolnikami własnych poglądów i zachowań, będących ukrytymi nałogami.

Ludzie ignorują Boga do pewnego czasu. Byłem na zastępstwie w szpitalu, jako kapelan. Przejmując posługiwanie dowiedziałem się, że jest na oddziale oficer milicji bardzo ciężko chory. Studiował w Moskwie, bardzo szybko awansował, zastępca komendanta. Niewierzący i niepraktykujący. Od czasu przyjścia do szpitala nikt z podwładnych i kolegów nie odwiedził go. Jedynie przychodził lekarz, pielęgniarka, jego żona i ksiądz. Ten ostatni nie narzucał się z propozycją sakramentów. Jeśli chory chciał porozmawiać, był do dyspozycji. Po jakimś czasie prosi o rozmowę, która kończy się spowiedzią sakramentalną. Płakał ze szczęścia. Codziennie przychodziła do niego żona. Gdy odpoczywał, odmawiała różaniec. Spotykałem go. Doświadczył miłości Boga bodaj na miesiąc przed śmiercią.

Chcielibyśmy, aby Bóg prowadził ludzi do siebie według naszych projektów. Nie wiemy, co dzieje się w człowieku w relacji do Boga. Są piękne dotknięcia łaski Bożej.

Będąc ludźmi wierzącymi, uczęszczającymi na Mszę św., modlącymi się, często mówimy, że nie czujemy się kochani przez Boga, ponieważ coś wyszło nie tak jakbyśmy chcieli. Prosiliśmy w jakiejś sprawie, a Bóg nas nie wysłuchał. Więc jak może nas kochać? Czy możemy czuć to, że jesteśmy kochani? Człowiek stawia Bogu warunki w odniesieniu do tego, co powinno się w jego życiu wydarzyć, aby mógł uwierzyć w Jego miłość. Gdzie są warunki wstępne, tam trudno o dostrzeżenie miłości. Biblia mówi, że "Kogo Bóg kocha, tego doświadcza". Doświadczenia bolesne nie są przez nas interpretowane w wierze. Nie dostrzegamy, że niepomyślne zdarzenia są mową Boga skłaniającą człowieka do refleksji, przemiany wewnętrznej, opamiętania się. We wszystkim, co nas spotyka jest obecna miłość Boża, lecz przesłania zawartego w niej pod tak różnymi postaciami (w szokującym nas opakowaniu) nie jesteśmy zdolni przyjąć.

Przyjęcie miłości Bożej wymaga wzrastania w wierze. Do tego nie można skłonić człowieka. Nic pod przymusem. Wolny wybór. Wiara jest wyborem, a nie rzeczywistością narzuconą. Jeśli dziecko nie chodzi do szkoły i nie jest uczone w domu, nie będzie umiało czytać i pisać i jeszcze wielu innych spraw. Jeśli ludzie nie chodzą ma Mszę św., nie czytają Biblii i książek o tematyce religijnej, artykułów, pogłębiających wiarę, nie modlą się osobiście i we wspólnocie, to jak mogą stawiać się wierzącymi?

Bóg skarży się, że nie jest kochany. Co zaproponowałabyś Bogu, aby zrobił, by ludzie Go kochali? Coś za coś? Wiara jest rzeczywistością, w której poruszamy się w ciemnościach. Potrzebujemy przewodników. Tymi przewodnikami są kapłani, rodzice, znajomi, przyjaciele, ludzie wierzący Bogu. Może to my niewiele, albo coś nie tak czynimy, że inni nie odkryli miłości Bożej. Może to brak naszego zaangażowania jest odpowiedzią na pytania, które stawiasz? Co ja robię, we własnym zakresie, aby osoba obok mnie uwierzyła w miłość Boga? Czy ja sam wierzę, że jestem bardzo kochany przez Jezusa? Czy ta miłość Pana ma realny wpływ na moje życie? Na miłość Boga czynią nas wrażliwymi ci ludzie, którzy sami są do niej przekonani, którzy jej doświadczają. To jest sprawa podstawowa. Wiara w nas się rozwija, gdy się nią dzielimy. Podobnie jest z miłością. Dzielenie się miłością Boga "rodzi" nowych wyznawców.

Pozdrawiam serdecznie i pamiętam w modlitwie – ks. Józef Pierzchalski SAC

Liczba wyświetleń strony: 8812486 * Liczba gości online: 27 * Ostatnia aktualizacja: 2017-04-24
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC