MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Piękno twoich ran



Wielkie Bóg zapłać za odpowiedź. Pojaśniało. Bo choć wciąż powtarzałam, że nieprawda, nie wierzę, to gdzieś w głębi duszy zrodziła się obawa, że może jednak nie mam prawa zbliżać się do Jezusa. A w ciągu ostatnich tygodni niczego tak bardzo nie było mi brak, jak czyjejś modlitwy za mnie. Jednocześnie słowa księdza otworzyły przede mną nową, niezwykłą perspektywę. Mam nadzieję, że je dobrze zrozumiałam.

Rana to miejsce, które boli. Świadomość popełnionego zła, boli. Chrystus umarł na krzyżu biorąc na siebie nasze (moje) grzechy. To znaczy, że wśród Jego ran są i te za mnie.

Napisał ksiądz "W Jezusowych ranach, jest nasze zdrowie. Przyłóż swoją ranę, do ran Jezusa. To jest akt niezwykle intymny, ktoś powiedziałby, że zbyt poufały. Tak zachowują się ci, którzy bardzo Boga kochają. Dopiero wtedy, Jezus może odsłonić przed tobą piękno twoich ran"

W tych słowach są dwie, oszałamiające dla mnie myśli. Pierwsza, że mogę swoją raną, (raną, którą zostawił grzech?) dotknąć Jego rany – miejsca najświętszego. To coś znacznie większego niż przytulenie się do Niego. Tylko czy ja mogę o sobie powiedzieć, że Go bardzo kocham, skoro tyle wciąż we mnie zła. Ale z drugiej strony Jezus mówił, że przychodzi do tych, którzy się źle mają.

Druga, że dopiero wtedy, Jezus może odsłonić przede mną piękno moich ran. Piękno ran, które zostawił grzech? Zawsze myślałam o nich jak o czymś, co jest niechlubną, szpecącą pamiątką uczynionego zła. A ksiądz napisał, że "W ranach przeżywanych z Jezusem, On czyni ciebie podobną do Niego, czyli świętą." To by oznaczało przeogromną, niedającą się opisać łaskę. To brzmi tak, jakby cierpienie spowodowane grzechem, przeżywane w obecności Jezusa było dźwignią unoszącą mnie ku Niemu i ku świętości. Jak tak dalej pójdzie to zacznę Bogu dziękować za moją słabość, bo ona zbliża mnie do Niego. Czy ja tu nie wypisuję herezji?

Kręci mi się od tych moich "odkryć" w głowie. Jeśli ja to wszystko dobrze zrozumiałam, to moja dotychczasowa "wiedza" na temat miłości Boga do człowieka była bardzo "ograniczona". I ma ksiądz rację, ja sobie wielu rzeczy nie umiem wybaczyć. Może teraz będzie mi łatwiej.
Asia



Asiu!

Rana, to miejsce bolesne w nas. Z niej emanuje prawda o tobie. Pełniej uświadamiasz sobie popełnione zło, lub doznane krzywdy. Nie myśl przede wszystkim o tym, ile w tobie zła, lecz, że w tobie Bóg mieszka, kocha Cię, przytula do siebie.

Rany, jakie pozostawia w nas życie, bolesne doświadczenia zawierają program do stawania się człowiekiem świętym. Dzięki tej ranie szukasz lekarza, skutecznego w leczeniu, Jezusa Chrystusa. Twoje rany upokarzają cię, a równocześnie uczą pokory. Dzięki nim stajesz się osobą cierpliwą, umiejącą czekać na łaskę Boga, na Jego przyjście i zaradzenie temu, co przeżywasz. W ranach dojrzewamy, w nich kochamy, z nich czerpiemy siłę. Tak! One są źródłem siły do życia, do walki o piękny kształt człowieczeństwa.

Dzięki naszym ranom możemy zbliżyć się do Jezusa i poznać siebie. Bez poznania Boga, nie ma poznania siebie. W Nim zaczynamy rozumieć znaczenie i sens naszego życia. Z Nim wyruszamy w drogę. Nadal się lękamy, ale jest to lęk twórczy, lęk chrześcijański, który daje odczucie wchodzenia Boga w nasze ludzkie życie. Nie ten lęk, który niszczy, ale ten, który przypomina, jak anioł Pana i przestrzega, na coś uwrażliwia Pamiętasz, gdy archanioł Gabriel przyszedł do Maryi podczas zwiastowania? Ona się przestraszyła. Anioł mówi: "Nie bój się Maryjo". To był inny lęk. Dokonało się wejście Boga z całą mocą i miłością. Tak reaguje ludzka natura na swojego Stwórcę.

Nie myśl o tym, ile w tobie jest zła. Patrz na Jezusa. Pomocą niech będą obrazy z Ewangelii. Obserwuj Jego zachowanie, patrz na gesty, sposób patrzenia, także i to, jak innych słucha, co mówi. Patrz z miłością. Patrzenie na siebie, ile to w człowieku jest zła, tak naprawdę sprowadza się do użalania nad sobą. Uwielbienie Boga, zadośćuczynienie dokonuje się przez miłość, nie zaś przez nieustanne powracanie do tego, co złego uczyniliśmy.

Jezus po swoim zmartwychwstaniu idąc z Piotrem brzegiem jeziora Galilejskiego, nie stawia pytań o przyczynę zdrady ucznia. Stawia pytania umożliwiające Piotrowi wyznanie miłości. Zdradę odpokutowujemy miłością. Trzy razy powiedział, że nie zna Jezusa, a potem trzy razy wyznał, że Go kocha.

To jest również dla Ciebie ważna wskazówka. Ważna jest teraz twoja miłość, a nie zło, które już wyznałaś w Sakramencie Pokuty, nad którym płakałaś i z powodu, którego bolało i boli Cię serce. Miłość jest drogą, na której odpokutowujemy swoje grzechy, swoje błądzenie, brak wierności.

Obracanie się wokół wspominania zła uczynionego może prowadzić do przeszłości, do takich czynów, które wspominamy z bólem serca. To, bowiem, co nosisz w umyśle, wnika w wyobraźnie, w twoje uczucia. Zaczynasz wprowadzać w ruch określoną rzeczywistość mającą treść, emocje, kształt. Odnawiasz ją w sobie, a z czasem, nie zauważasz, kiedy pojawi się moment pragnienia tego, co pokrywasz wspomnieniami niechęci a może nawet wstrętu.

Dlaczego rany człowieka są piękne? Najczęściej myślimy o nich z niechęcią, łączymy je z grzechem. Lecz tam, gdzie jest grzech, tam bardzo często jest walka. Grzech jest podcinaniem gałęzi, na której człowiek żyje. Nie czynimy grzechu w podskokach, z radością. Jeśli ktoś mówi, że grzech jest dla niego przyjemnością, to kłamie, albo doszedł do wielkiej deprawacji swojego sumienia. Nie widzi, co grzech czyni z jego życiem i nie jest świadomy, o czym naprawdę mówi. Grzech, to największe cierpienie, jakiego doświadczamy na ziemi. I to on sprawia rany w naszej psychice, uczuciach, wyobraźni. Zaśmiecona wyobraźnia, uczucia przywykłe do określonych doznań podobnie jak ciało i serce dąży nie tam, gdzie jest szczęście, gdzie wolność ducha. To jest dramat.

Rany uczynione przez grzech nie mówią jedynie o ludzkiej słabości, lecz także o potrzebie miłości. Dlaczego grzeszymy? Nie będę wychodził od Adama i Ewy, więc dam taką odpowiedź. Grzech jest znakiem tego, że człowiek nie znalazł jeszcze tej Miłości, którą jest Jezus. Grzech jest objawieniem prawdy o nas, że jeszcze nie uwierzyliśmy miłości, jaką Bóg nas darzy. Te rany, jakie uczynił w naszej duszy i sercu i wyobraźni i myśleniu grzech, powinny zostać przemienione w rany miłości. Gdzie grzech, jeszcze obficiej "rozlewa się" łaska Boga, Jego przychylność, troska o człowieka.

Jest tak, jak napisałaś: "jakby cierpienie spowodowane grzechem, przeżywane w obecności Jezusa było dźwignią unoszącą mnie ku Niemu i ku świętości. Jak tak dalej pójdzie to zacznę Bogu dziękować za moją słabość, bo ona zbliża mnie do Niego". Nie piszesz herezji. W naszym życiu jest najwięcej słabości, niewierności, grzechu. To wszystko może i powinno być przemienione w miłość do Jezusa. Pamiętasz Piotra, który po zdradzie, wyszedł na zewnątrz dziedzińca i gorzko zapłakał? Łzy, skrucha, zdrowe poczucie winy, szczery żal, trwanie w bliskości Jezusa przywracają człowieka - człowiekowi i człowieka - Bogu. Potrzeba, będąc świadomym własnych grzechów okazywać sobie szacunek, dobroć, miłość. Gdy siebie poniżamy, niekiedy wręcz wyzywamy za to, co uczyniliśmy, oddalamy się od usłyszenia Jezusa, który również w naszym grzechu, mówi o swojej miłości do nas.

Jezus żyje w twoich ranach. Spotkaj się w nich z Nim. Kochaj Go również w swojej słabości, własnym nie dorastaniu. Nie tyle skupiaj się na własnych porażkach, lecz na Jego miłosierdziu. "Nie Bóg Cię błogosławi i strzeże, niech rozpromieni swoje oblicze nad tobą i niech cię obdarzy pokojem".

Z modlitwą i pamięcią – ks. Józef Pierzchalski SAC

Liczba wyświetleń strony: 9477979 * Liczba gości online: 23 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-26
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC