MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Nie pustka, lecz pełnia



Czytam książkę T.Keatinga OCSO "Otwarty umysł, otwarte serce" o modlitwie głębi. Sama propozycja modlitwy bardzo mi odpowiada, gdyż zakłada wejście w wewnętrzną ciszę i odnalezienie w niej Boga za pomocą wyciszenia myśli przez dotarcie do Głębi, która jest w każdym z nas i jest Bogiem, który w nas mieszka. Autor jednak z jednej strony zakłada całkowite zatracenie siebie i spotkanie z Bogiem- Pustką, a z drugiej każe oczekiwać na Obecność/ ?!/. Kiedy wchodzę w siebie nie napotykam na pustkę! Otwiera się we mnie niesamowita Miłość, która zawsze na mnie czeka. Czuję swoją duszę! Przestaję być ciałem, chociaż mam świadomość siebie, bo myśli przepływają. Po chwili jednak ta miłość, którą odnajduję w duszy, dociera i do mojego ciała i cała jestem Nią wypełniona. I wtedy muszę się otworzyć na swoją świadomość, bo chce mi się krzyczeć z radości i miłości. Jak godzić postulat całkowitego opróżnienia siebie i spotykania Boga tylko wiarą, z Obecnością, która się pojawia i której nie da się usunąć? Nie wywołuję w sobie duchowych pociech, długo żyłam w zupełniej ciemności. Czy likwidować w sobie Obecność, żeby doznać Boga w Pustce i czystej wierze? Keating mówi jednocześnie o tym, ze z czasem, pojawia się w nas ta subtelna Obecność i ze ją odczuwamy. Czy on nie zaprzecza sobie? Obecność czy Pustka, w końcu? NIC Z TEGO NIE ROZUMIEM! I do tego Kaeting ciągle zaznacza, ze modlitwa głębi nie zakłada opróżnienia świadomości jak zen czy zazen!!!! A może ta Obecność, u mnie, jest wypracowanym etapem - wiele lat praktykowałam modlitwę Jezusową, i wszystko jest w porządku? Umiem żyć na dwóch poziomach. Na jednym funkcjonuje między ludźmi, a na drugim, w środku, jestem w swojej duszy, i powtarzając "Jezus" lub "Marana tha", kocham Pana cały czas. Czy to jest modlitwa głębi? Kiedy na siłę próbuję wywalczyć w sobie pustkę, bardzo się męczę.
Nina



Chrześcijańskiej medytacji nie można zaprogramować tak, jak można to uczynić w medytacji zen. W zen wszystko dokonuje się na bazie sił natury. "Satori" (ogląd istoty, najwyższe doświadczenie w zen) jest czymś naturalnym, co można osiągnąć własnym wysiłkiem. Natomiast modlitwa chrześcijańska jest wolnym darem Boga. W mistyce chrześcijańskiej wszystko jest łaską. Można modlić się o tę łaskę, można się do niej przygotować i otwierać się na nią, ale nic poza tym. W chrześcijańskiej modlitwie technika nie jest tak samo ważna. Technika nie może wymusić Boga. Z jej pomocą można wywołać pewien spokój i odprężenie, ale nie jest to ten pokój, jaki stanowi istotę modlitwy chrześcijańskiej. Technika może być pomocna, by otworzyć wewnętrznego człowieka, uczynić go chłonnym i dyspozycyjnym. Jeżeli potem Pan objawi się, uczyni to niezależnie od nas.

Również w praktyce zen podkreśla się, że to nie technika wywołuje pozytywne mistyczne doświadczenie, ona jedynie likwiduje przeszkody, stwarza warunki, a potem przychodzi przeżycie, urzeczywistnienie "siebie". Natomiast chrześcijanie mówią: potem przychodzi Bóg. Tam gdzie eksponuje się stronę techniczną, istnieje ryzyko zablokowania dalszego rozwoju modlitwy. Można być tak zajętym ciałem i oddechem, że miłosna relacja do Boga pójdzie w cień. A przecież ta relacja stanowi istotę modlitwy.

Modlitwa jest osobowym odniesieniem się do Boga, naszego Ojca. Zapewne zen prowadzi do przeżyć mistycznych. Wydaje się, że nie ma tu różnicy. A jednak ona jest. Jest to różnica taka sama jak między podróżą poślubną a wyjazdem samemu, choć obiera się tę samą trasę. Podróż poślubną spędza się razem z umiłowaną osobą: wszystko jest pod znakiem miłości. Natomiast samotną podróż spędza się na własną rękę – za nią nikomu nie trzeba być wdzięcznym.

Dla chrześcijan Bóg jest osobowy. Nie jest ślepą siłą, pustką czy nicością. "Kiedy siadamy, aby praktykować zen – powiedział mistrz zen – to nie myślimy już o niczym więcej, ani o modlitwie, ani tym bardziej o zen. Nicość, nicość, absolutna nicość. Nicość, samo słowo "nicość" nic więcej mi nie mówi…" Chrześcijanin nie może się w ten sposób wyrażać. U nas nie chodzi o pustkę lecz o pełnię. "Z Jego pełni wszyscyśmy otrzymali łaskę po łasce" (J 1,16). Chrystus nie mówi o pustce Boga, ale o życiu, świetle, pełni. On pragnie, aby ludzie mieli życie i mieli je w obfitości" (J 10,10). Jeżeli Słowo całkowicie dało nam siebie, to stało się tak dlatego, by w tej pustce objawiła się pełnia Boża.

Kiedy buddyzm definiuje absolut jako pustkę, to nie chodzi o zanegowanie istnienia absolutu, ale bardziej o zaakcentowanie jego niewysłowioności. Jednak sam fakt, że wyrażenie jest negatywne, utrudnia w znacznej mierze zbliżenie się do tego absolutu w pozytywny sposób. Natomiast chrześcijaństwo zbliża się do misterium tak w pozytywny, jak i w negatywny sposób.

Kiedy mistycy chrześcijańscy mówią o pustce, to owa pustka ma odniesienie do słowa. Ma inną treść niż to samo słowo w buddyzmie. Pustka w modlitwie chrześcijańskiej może być stadium poprzedzającym słowo. Opróżniamy swoje wnętrze, aby móc przyjąć słowo. Słuchamy. W tym znaczeniu pustka chrześcijańska podobna jest do niechrześcijańskiej, choć w tym wypadku właściwiej byłoby mówić nie o pustce, ale o otwartości. Jednak pustka może też wynikać ze słowa. Mianowicie wówczas, kiedy słowo wybucha i prowadzi człowieka w nieskończoność, poza to wszystko, co słowo jest w stanie nazwać. Jest się dosłownie niemym. Kiedy św. Teresa z Awili w czasie rekreacji w wieczór wielkanocny w Salamance usłyszała, jak nowicjuszka śpiewała: "Niech moje oczy oglądają Ciebie, umiłowany dobry Jezu, niech moje oczy Cię oglądają", wpadła w ekstazę tęsknoty za Bogiem. Słowo porwało ją ze sobą w nieskończoność. Tutaj słowo "pełnia" byłoby bardziej odpowiednie niż "pustka".

Również w zwyczajnej modlitwie kontemplacyjnej tak zwana pustka jest owocem poufałej relacji do słowa. Z reguły w taki właśnie sposób rozwija się modlitwa wewnętrzna. Z początku rozważamy życie Pana Jezusa i wyobrażamy sobie, jak działał i co mówił, będąc człowiekiem. Stopniowo budzi się potrzeba milczenia i trwania w ciszy, w Nim, z prostą miłosną uwagą. Przez to ludzka postać Pana Jezusa zaczyna bardziej schodzić na drugi plan, aby zrobić miejsce głębszej formie obecności, kiedy On staje się Panem, który przenika i prześwietla wszystko.

Nic można jednak nigdy tracić kontaktu z historycznym Jezusem. Kto praktykuje modlitwę milczenia, powinien więcej czasu poświęcać na czytanie Pisma Świętego, szczególnie Ewangelii. Nigdy nie wolno pominąć ludzkiej natury Pana Jezusa. W modlitwie kontemplacyjnej nieustanny ruch od słowa do milczenia i od milczenia do słowa. Słowo karmi się milczeniem, a milczenie słowem. Największym niebezpieczeństwem ze strony medytacji wschodniej jest dla nas to, że przestajemy już dostrzegać sakramenty, liturgię Kościoła. Często dzieje się tak, że po odkryciu jogi czy zen, nie ma się już potrzeby Kościoła.

Wracając do niektórych Pani stwierdzeń chcę poczynić pierwszą uwagę. Jest to prawidłowe doświadczenie, że wchodząc w siebie nie odczuwa Pani pustki. Troska o codzienną modlitwę, odniesienie całą sobą do Jezusa sprawia, że jest On obecny, bliski, oczekujący. Poglądy Pani i odczucia odnośnie modlitwy są poprawne i chrześcijańskie. Proszę poglądy Autora książki traktować jako pewną wiedzę, informację o wykorzystaniu zen, usiłującą pogodzić zen z medytacją chrześcijańską.

Serdecznie pozdrawiam – Ks. Józef Pierzchalski SAC

Liczba wyświetleń strony: 9998546 * Liczba gości online: 25 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-16
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC