MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Dlaczego tyle cierpienia?



"Nie rozumiem, dlaczego jest tyle cierpienia na świecie i to wśród niewinnych ludzi. Ludzie bardzo cierpią. Pomimo to uczą mnie pokory, cierpliwości, sensu życia, bezgranicznej wiary, godnej śmierci...Znalazłam wśród chorych wielu ciekawych ludzi, którzy mnie rozumieją. Mówi się żeby nie przywiązywać się do chorych, bo oni szybko umierają, ale nikt tego nie rozumie, że nie da się tam przejść obojętnie obok chorego. Rozumieją to tylko ci, co chociaż raz byli w hospicjum. Do wielu osób się przywiązałam i wielu z tych osób już nie ma. Jest to bardzo bolesne dla mnie, gdyż niektórzy byli dla mnie jak dziadek czy babcia".
Iwona



To trudne pytanie, dlaczego tyle cierpienia w świecie? Jest pewne, że gdy ono przychodzi, dla niektórych ludzi jest szansą. Na co? Pozwala przemyśleć swe dotychczasowe życie i przesunąć obowiązujące w nim do tej pory punkty ciężkości. Musimy spotkać się z pytaniem, dlaczego życie jest tak kruche? Jaki jest jego sens? Na co w życiu powinniśmy stawiać, a na co dotychczas stawialiśmy? Bóg chce nam coś powiedzieć przez chorobę naszą, lub osób nam bliskich. Ten stan zmusza człowieka do pożegnania się z wieloma iluzjami. Uświadamiamy sobie naszą skończoność, przemijanie. To, co do tej pory mogliśmy osiągnąć, w obliczu choroby staje się małe i niewiele znaczące.

Gdy ciało jest chore idziemy w stronę naszego wnętrza, w stronę tego, co duchowe. Zauważamy, że w naszym wnętrzu nie mamy, na czym się oprzeć. Byliśmy tak bardzo zapędzeni, że troszczyliśmy się jedynie o wykształcenie, dobrą pracę, zapewnienie sobie i najbliższym znacznego statusu materialnego. Nie zwracaliśmy uwago na sprawy religii, Boga, życia wiecznego. Choroba jest często znakiem przeciążenia, zapędzenia, nadmiernych stresów, gdyż człowiek nie żył w pewnym optymalnym napięciu między życiem wewnętrznym a zewnętrznym, między życiem duchowym a cielesnym i zmysłowym.

Choroba i cierpienie są przygotowaniem się na przejście z tego życia do innego. To czas na spojrzenie w przeszłość, pogodzenie się z przeszłością, pojednanie z sobą, z najbliższymi i z Bogiem. Choroba to czas spojrzenia w przyszłość. Niekiedy zapominamy, że jesteśmy jedynie "pielgrzymami z daleka od Pana". Choroba nam ten nasz status przypomina. Jest to czas uwrażliwienia się na to, co było marginalizowane. Zauważamy, jak pomijaliśmy w swoim życiu czas dla najbliższych, troskę o nich. Tymczasem to ci najbliżsi zajęli się nami, choć my lekceważyliśmy ich w kontaktach.

Choroba i cierpienie są czasem odkrywania wspólnoty z innymi, przyjaźni, a przede wszystkim tego, jak zawsze byliśmy kochani. Z naszej zaś strony często nie było wzajemności. Chorując, możemy odwzajemniać się miłością za miłość. Jest to czas uczenia się tego, co jest postawą człowieka o "skruszonym sercu". Małe gesty, życzliwa pomoc, życzliwa obecność przy łóżku, niewymuszona, serdeczna powoduje refleksję nad własnym życiem. Odkrywamy życie w sobie i wokół siebie dotychczas nam nieznane. Poznajemy uczucia, które nigdy nie "przepływały" przez nasze serce.

Choroba i cierpienie ubożą, ale i wzbogacają tego, który chce wejść do tej "szkoły". To właśnie choroba jest szkołą życia: szkołą miłości, cierpliwości, cierpienia, samotności, osamotnienia, czekania, łez, bólu, spokojnego czekania na wschód słońca, gdy sen nie przychodzi. Gdy przychodzi cierpienie, wiele sprawa ważnych, znaczących przestaje się liczyć. Zdrowie, jakim się cieszymy, oddala nas od myślenia o wieczności, o Bogu, o tym, że nasza obecność na ziemi jest tymczasowa. Nie tu jest nasze mieszkanie "na wieki". Skupiamy się najczęściej na tym, co zewnętrzne. Gdy przychodzi cierpienie odchodzimy od takiego modelu postępowania. To, co zewnętrzne przestaje już cieszyć, ekscytować, całkowicie pochłaniać naszą uwagę. W cierpieniu jest szansa na pójście głębiej we własnym życiu, w "obszary" zaniedbane, leżące ugorem, nieposiane. Czyż choroba i cierpienie nie są czasem "orania człowieka" i dokonywania "zasiewu" tam, gdzie on często się nie dokonywał"?

Zastanawiamy się w chorobie, co po nas pozostanie? Do czego można i powinniśmy sprowadzić nasze życie? Czy tylko godziny pracy, szukania przyjemności, nieustanny pęd za tym, by więcej pieniędzy znalazło się na koncie a potem wyjazdy w ciekawe zakątki ziemi? To wszystko jest ważne i nie należy tych spraw lekceważyć. Okazuje się jednak niezastąpione niczym postępowanie z umiarem, to znaczy takie, które respektuje w człowieku dwa zasadnicze sfery życia: duchową i materialną.

Choroba jest rozstaniem się ze zdrowiem, z pracą zawodową, z ludźmi, których kochamy. Przeżywanie jej izoluje nas zewnętrznie i ukierunkowuje ku wnętrzu. Choroba odsłania naszą duszę, jej kondycję, charakter, piękno lub brzydotę. Podczas choroby mogą pojawić się w człowieku uczucia wyższe, pogłębiona wrażliwość tam, gdzie nie było jej przez wiele lat.

Cierpienie jest nieuniknione. Uczymy się go, lecz nigdy nie możemy powiedzieć, że nauczyliśmy się tej sztuki. Dlaczego cierpienie? Ponieważ jest ono częścią ludzkiego życia. Przeżywamy okres niemowlęctwa, dzieciństwa, dorastania, czasu bycia człowiekiem dojrzałym a potem starcem. Młodość i starość, zdrowie i choroba, życie i śmierć. To jest wpisane w naszą naturę.

Wielu ludzi cierpiąc odkrywają jak żyli. Jest to szczególny czas na to, by zapłakać nad własnym życiem, ale też dobry czas, aby powiedzieć sobie i Bogu, "to był dobry kawał życia, cieszę się, że mogłem go w ten sposób przeżyć Boże, z Twoją pomocą".

Zobacz, że świat bez bólu, bez cierpienia, to też świat bez prawdziwej miłości. Przed cierpieniem nie uciekniemy. Ucieczka przed nim jest ucieczką przed dojrzałością, miłością, ale i mądrością. Ono nas uczy, choć i w nim pojawiają się tragedie związane z niezgodą cierpienie. Nie akceptując cierpienia nasze myśli i uczucia kierują nas w stronę załamania psychicznego, buntu, złorzeczenia Bogu i ludziom, człowiek podąża w stronę rozpaczy.

Cierpiący jest potrzebny temu, który nie cierpi, jest zdrowy. Przy tych, którzy cierpią, zdrowi stają się ludźmi szlachetnymi, budzą się wewnętrznie, zdobywają czas i siły na odważne pochylenie się nad własnym życie i na tym, co tak naprawdę w nim jest ważne.

Cierpienie jest miejscem spotykania Jezusa. Gdy cierpiał w Ogrodzie Oliwnym przeżywał strach, płakał i pocił się krwawym potem. Błagał Ojca: "Zabierz ode mnie ten kielich". A na krzyżu cierpiąc, wołał: "Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?"

Jezus nie przyszedł wyjaśniać nam cierpienie, czy uzasadniać jego istnienie. Pokazał nam, że ono może stać się darem ofiarnym, może stać się źródłem życia i być płodne. Po ludzku jest ono niezrozumiałe. Jedynie za łaską Ducha Świętego, nie tyle je zrozumiemy, ile uczymy się je ofiarować. Możemy uczyć się dostrzegać w tym darze Boga tajemnicę Jego miłości i wspólnoty z Nim, przez co świat otrzymuje "nowe życie".

Ofiarować cierpienie, to włączyć je w ruch miłości, w tajemnicę, która nas przerasta i która należy do porządku zbawienia, zdolna sprawić, że zło będzie służyło dobru, a cierpienie radości. Są chorzy, którzy cierpią w buncie, i tacy, którzy cierpią jak Chrystus. Ludzie zgorzkniali, niecierpliwi i sprawiający, że cierpi ich otoczenie, albo inni promieniujący przez swoje cierpienie, przyjęte i ofiarowane, miłością, która nie ma końca. Cierpienie ma moc uświęcającą. Nie samo cierpienie, które jako takie pozostaje złem, ale cierpienie połączone z ofiarą.

Takim przykładem człowieka znoszącego cierpienie jest proboszcz z Ars. Uśmiechał się nawet w chwili śmierci i mówił, że nie obawia się ani złego ducha, ani tego, co przeraża i wydaje się nie do zniesienia. Podobne nastawienie znajdujemy u św. Teresy od Dzieciątka Jezus, która twierdziła, że wszystko mija, wszystko stało się dobre dla niej, wszystko stanie się dobre dla nas, jeśli nie będziemy dramatyzować.

Mówił proboszcz z Ars, że cierpienie znoszone w spokoju nie jest już cierpieniem. Dla osób patrzących z zewnątrz dopuszczone przez Boga cierpienia wydają się przekraczać wytrzymałość człowieka. Dziwimy się, że doświadczany nimi święty nie stracił rozumu z bólu, że inny, który nie był wzorem odporności nerwowej, mógł w ciągu pięćdziesięciu lat znosić najgorsze tortury. Cierpienie ofiarowane wydaje się być oparciem dla człowieka.

Szokujące mogą być dla nas myśli o cierpieniu św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Uważała, że głębiej, ponad tym, co w niej cierpiało, śpiewało szczęście należenia do Boga, bycia w Jego rękach i przeżywania razem z Nim tej jedynej pasji, która warta jest, by nią żyć. "Miłość jest to radość cierpienia", mówiła. "Jezu moją radością jest cierpieć". Zasadne jest pytanie, kto cierpi naprawdę; czy ten, kto niesie swój krzyż, czy ten, kto go odrzuca i niesie sam siebie? Marta Robin, która ofiarowała Bogu swoje cierpienie mówiła: "Trzeba, aby ziemia była rozdarta, by mogła być zapłodniona".

Serdecznie Cię pozdrawiam i zapewniam o modlitwie – ks. Józef Pierzchalski SAC/i>

Liczba wyświetleń strony: 9105703 * Liczba gości online: 21 * Ostatnia aktualizacja: 2017-05-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC