MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Czy Bóg kocha jednakowo?



Szczęść Boże.Wszystko, co Ksiądz pisze jest takie piękne i mądre. Często zaglądam na tę stronę. Ale ostatnio pojawia się we mnie pewna wątpliwość. Otóż, znane jest chyba wielu z nas powiedzenie:

"Kogo Bóg kocha, tego doświadcza". W związku z tym, czyżby miłość Boga do nas nie była jednakowa? Nie ma przecież wątpliwości, że niektórzy ludzie idą przez życie lekko, łatwo i przyjemnie. Nie dotykają ich problemy większe niż katar u dziecka, czy zepsuty telewizor na święta… Inni natomiast, ciągle doświadczają wyjątkowej "miłości" od Boga poprzez doświadczenia, które niejednokrotnie ich przerastają…

W związku z tym, tak jak wcześniej pisałam – Bóg chyba nie kocha nas jednakowo?
E.



"Kogo Bóg kocha, tego doświadcza". Jest to teza, którą można rozumieć w sposób różnorodny. Wielu ludzi oburza się, dlaczego Miłość Boga prowadzi do cierpienia, do zaistnienia problemów u tych, którze Bogu wierzą. Przejście przez problemy i doświadczenia są udziałem każdego bez wyjątku człowieka. Nie zgadzam się z tym, że życie niektórych jest "lekkie, łatwe i przyjemne". Nie wiemy wielu rzeczy o zakulisowych sprawach poszczególnych osób, rodzin czy małżeństw. Nie można żyjąc, nie cierpieć, skoro prawdziwa, autentyczna, odpowiedzialna miłość łączy się nierozdzielnie z cierpieniem. "Miłość i cierpienie to jedno i to samo" (William Faulkner). Św. Teresa od Dzieciątka Jezus pisała: "Pan nasz nie żąda nigdy ofiar przewyższających nasze siły. Niekiedy, co prawda, Boski Zbawiciel pozwala nam odczuć całą gorycz zawartą w kielichu, jaki podaje duszy naszej. Gdy zażąda od nas ofiary z tego, co nam najdroższe na świecie, niepodobna, bez szczególniejszej łaski, nie wołać, jak On w ogrodzie agonii: “Ojcze, oddal ode mnie ten kielich... Wszakże nie moja wola, ale Twoja niech się stanie".

Kto doświadcza wyjątkowej miłości ze strony Boga? Proszę zobaczyć, w jakich cierpieniach, fizycznym bólu, pokusach niewiary umierała św. Teresa od Dzieciątka Jezus. Jak dramatyczne było życie św. Jana od Krzyża, którego współbracia zamknęli w więzieniu, dlatego, że podjął się reformy Karmelu. Przykłady mógłbym mnożyć. Cierpienie niektórych osób wierzących jest bardzo widoczne, podziwiamy ich, a równocześnie zastanawiamy się, dlaczego Bóg traktuje w ten sposób swoich przyjaciół. Św. Teresa z Avila powiedziała Jezusowi, że Jego sposób traktowania ludzi, którzy Go kochają doprowadza do tego, że przyjaciół ma niewielu.

Czy są doświadczenia, które nas przerastają, zesłane nam przez Boga? Bóg nie doświadcza nas ponad nasze siły. Dlaczego zatem pewne doświadczenia wydają się przerastające nas? Odpowiedź na to pytanie jest niełatwa. Człowiek usiłuje sam o własnych siłach przy udziale swojej wiedzy i inteligencji zaradzić doświadczeniom, jakie na niego spadły. To musi skończyć się przegraną. O co chodzi w doświadczeniach będących "darem" Boga? O to, by człowiek całkowicie zdał się na Niego. Żeby nie chciał nic czynić bez Niego, ale wszystko z Nim. Ważne jest i to, aby przez doświadczenia człowiek poznał Boga i poznał siebie. Poznanie prowadzi do miłości. Odkrycie prawdy o Bogu i poznanie prawdy o sobie wprowadza człowieka w doświadczenie pokory. Nie zauważamy, że ludzie "doświadczani" stają się piękni wewnętrznie, pokorni. Gdy pytam, czy sytuacja, w jakiej się znaleźli nie rodzi w nich sprzeciwu wobec Boga, gniewu lub buntu. Mówią, że nie. Nie chcieliby oddać tego doświadczenia, które pozwoliło im zbliżyć się do Jezusa.

Jeden z wniosków, jaki wyprowadzam po lekturze Pani listu jest ten: złem jest bolesne doświadczenie, przez które przechodzą ludzie. Doświadczenie, którego nie odczytujemy jako mowy Boga do nas, może doprowadzić do ujawnienia się w nas wielu złych namiętności. Ale nawet w gniewie i buncie i żalu do Boga, można Go spotkać. To, co Bóg zsyła na człowieka czy dopuszcza ma swój sens w wymiarze wiary. Bez wiary wszystko, czego doświadczamy wydaje się być absurdem, niewrażliwością Boga na ludzką biedę.

Doświadczenia, przez które wielu ludzi przechodzi, oczyszczają ich, uszlachetniają, umacniają w wierze. One nie służą poniżeniu człowieka. Bardzo często nasze myślenie jest takie, że tych ludzi, których Bóg kocha, powinien obdarować pokojem, pomyślnością, wolnością od przykrych doznań, powinien oszczędzić im oraz najbliższej rodzinie wydarzeń traumatycznych. Należałoby odpowiedzieć sobie, czy poprawnie rozumiemy miłość? Czy miłość nie jest "dojrzewaniem w tyglu doświadczeń"? Cierpienie i ofiara są nieodłącznymi składnikami ludzkiego losu. Miłość sprowadza cierpienie. "Bez cierpienia nie rozumiemy szczęścia", pisał F. Dostojewski. "Dar kochania jest zawsze połączony z darem cierpienia" (Antoine de Saint-Exupéry).

Czy Bóg nie kocha nas jednakowo? Są ludzie, którzy chcą czegoś więcej w miłości, chcą pójść dalej. Inni chcą pozostać na tym etapie, na jakim się znajdują. Dla zobrazowania posłużę się biblijną przypowieścią o pasterzu i owcach. Było sto owiec, czyli bardzo dużo. Jedna z nich się zagubiła. Pasterz zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć, które się nie zagubiły, a idzie za jedną. Niekiedy człowiek nie chce się rozwijać w wierze, nie prosi Boga, nie daje też Bogu większego do siebie dostępu. Owce, które pozostały w stadzie są tymi, które nie potrzebowały Pasterza. One się nie zagubiły, one były w porządku, Pasterz nie musiał angażować się w ich poszukiwanie. Jest to sytuacja nieprawdziwa. Człowiek sprawiedliwy wiele razy upada w ciągu dnia. Są ludzie, którzy uważają, że w ich życiu jest wszystko w porządku. Dają Bogu i bliźnim to, co jest Mu należne: udział we Mszy św., codzienną modlitwę, życzliwość do najbliższych i ofiarę na tacę na potrzeby Kościoła. Jakby relacja z Jezusem i udziałem w życiu Kościoła na tym się kończyła.

Przyjrzyjmy się zagubionej owcy. To symbol człowieka, który pogubił się w życiu. Potrzebuje Boga. Chce, żeby Bóg go odnalazł i pomógł wyplątać się z uwikłania w określoną niewolę. Jezus jest przy człowieku mającym świadomość własnej grzeszności i pragnącym uzdrowienia. Słyszy On płacz człowieka, jego jęk, wołanie, widzi łzy i ból samotności w osaczeniu przez doświadczenia. Jest przy tych, którzy są doświadczani. Zastanawiam się, czyje życie jest pełniejsze? Czy tych, których nie dotykają problemy większe, niż "katar dziecka, czy zepsuty telewizor na święta", czy tych, którzy ciągle mają wokół siebie ludzi potrzebujących i sami są w potrzebie? Pamiętam kobietę, która po ukończeniu studiów, nie zakładając własnej rodziny, zajęła się dziećmi z Domów Dziecka. Organizowała dla nich czas wypoczynku, czas radości, chcąc uczyć ich tego, czego nie otrzymały w Domu Dziecka. Cierpiała wiele z ich strony. Żądania, na które nie mogła odpowiedzieć, ponieważ je kochała, prowadziły dzieci do agresji. Chodziła w letnich, bardzo zużytych butach, choć była zima i bardzo duże zaspy śniegu utrudniały chodzenie w terenie. Zapytałem ją, czy kiedykolwiek doświadczyła z ich strony wdzięczności? Odpowiedziała, że gdyby na to czekała, niczego by dla nich nie zorganizowała. Można żyć z dnia na dzień, zajmować się sobą, nie rozwijać się, ani nie wspierać innych w rozwoju. Tam, gdzie szukamy dobra kogoś drugiego, często cierpimy. Cierpimy też za innych, którzy w swoim sielankowym życiu nie dostrzegają miłości Bożej. Bóg dopuszcza określone doświadczenia na ludzi, którzy są zdolni je przyjąć. Gdy Bóg daje miłość, to i udziela tym samym cierpienia. Miłość do Chrystusa prowadzi przez cierpienie. Kto rzeczywiście kocha, nie zatrzymuje się przed perspektywą cierpienia, akceptuje wspólnotę cierpienia z osobą kochaną.

Tak naprawdę wydaje mi się, że miłość i cierpienie to największe i niosące najwięcej bólu uczucia, które idealnie się łączą. Cierpienie jest po to, żeby wyzwalało miłość. Największe cierpienie i męczeństwo człowieka nie jest związane z biedą, chorobą czy prześladowaniem, ale z brakiem miłości. Życie poza miłością to absolutnie najbardziej okrutne i nieznośne cierpienie. Często, kiedy przytrafiają nam się złe rzeczy, jesteśmy kuszeni by wątpić w to, że Bóg nas kocha: "Boże, jeślibyś mnie kochał, nigdy byś nie dopuścił, żebym aż tak cierpiał". Nie możemy pozwolić, żeby nasza aktualna sytuacja determinowała Bożą miłość do nas. "W tym objawiła się miłość Boga do nas, iż Syna swego Jednorodzonego posłał Bóg na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu". To jest jedyna rzecz, na którą musimy patrzeć, żeby zrozumieć Bożą miłość. Nie patrzmy na miłość Bożą jedynie przez pryzmat naszej "pomyślności". Zobaczmy ją również w chwilach osobistego utrapienia. Miłość nie oznacza braku bólu i problemów. Bóg często używa wspomnianych środków, aby pomóc nam wzrastać i dojrzewać. Życie było i zawsze będzie trudne. Natura życia jest mieszanką dobra i zła. Im dłużej żyjemy, radząc sobie z cierpieniem, tym bardziej uczymy się to akceptować.

Bóg kocha nas jednakowo. My jednak różnie tę miłość odbieramy. Niekiedy jej nie rozumiemy. Określamy, że Bóg jest wobec jednych miły, dobry, wrażliwy, wobec innych zaś surowy, niesłyszący wołania, pomijający ból tych, którzy już więcej nie wytrzymują. Ci, którzy cierpią, przechodzą przez doświadczenia i wierzą Bogu, patrzą inaczej od tych, którzy z taką rzeczywistością nie mogą czy nie potrafią się pogodzić. Na doświadczenia możemy patrzeć jako ci, którzy wierzą Jezusowi, ale też jako ci, którzy Jemu nie ufają. Usiłujemy wiele spraw wyjaśnić sobie na sposób ludzki, ziemski, uwzględniający wyłącznie życie doczesne. To, co dotyczy miłości i cierpienia, różnorodnych doświadczeń będących darem Boga jest na pograniczu doczesności i wieczności, tego, co widzialne i tego, co niewidzialne dla naszych oczu. Wchodzimy w "tajemnicę", przed którą pokornie skłaniamy głowę.

Pozdrawiam Panią serdecznie
Ks. Józef Pierzchalski SAC

Liczba wyświetleń strony: 9477973 * Liczba gości online: 22 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-26
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC