MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Co powinnam zrobić?



Szczęść Boże. Czy stwierdzenie, że kiedy przychodzi miłość, wszystko staje się możliwe, oznacza, że mam powołanie do życia samotnego? Od dawna tak mi się wydaje. Tak czuję. Gdyby miała przyjść taka miłość, która odmieniłaby mnie o 180 stopni, to dawno by przyszła. Nigdy nie marzyłam o byciu żoną i matką. Nie czuję tego powołania. Nawet nie potrafię innym tego zazdrościć. Czy to coś złego, nienormalnego, że tego nie pragnę? Poza tym mam jakąś awersję do małżeństwa ("mojego"). Kiedy byłam młodą dziewczyną, chciałam znaleźć chłopaka, w którym bym się zakochała (a nie tylko on we mnie), bo koleżanki miały. Chłopaka, ale nie męża. O zakonie nigdy nie myślałam. Trzeba być odpowiednią osobą, żeby miłość mogła przyjść. Ja nią nie byłam i nie jestem, więc miłość się nie zjawi i nic nie stanie się możliwe. Przepraszam za ostatni list, ale po prostu nie wierzę, że miłość może wszystko za mnie załatwić. Dawno wyrosłam z bajek. Jeśli z jednej strony nigdy nie czułam się na tyle wartościowa, by móc pokochać z wzajemnością kogoś wspaniałego, a z drugiej strony nie mam na tyle silnej osobowości, by móc przetrwać w jakimś toksycznym, trudnym związku, to co w tym dziwnego, że wolę być sama? Nie potrzebuję nikogo do tego, żeby mi całe życie powtarzał, jaka to ja jestem nie taka i jak bardzo się mną rozczarował oraz zrzucał na mnie całą winę za wszystko i poniżał. Zwłaszcza, że nie czuję i nigdy nie czułam wewnętrznego przymusu "złapania" męża. Szukanie męża/faceta/miłości byłoby dla mnie poniżające. Wiem, że dla Kościoła jestem trochę gorsza, niż żona, matka lub zakonnica, ale nie przejmuję się zdaniem Kościoła na ten temat. Chyba bliżej mi do zastania pustelnikiem. Oczywiście lubię ładnie się ubrać, ładnie wyglądać, zadbać o linię i tak dalej. Czy myśli i uczucia mogą być przeszkodą w godnym przyjęciu sakramentów? Na przykład gniew, który trwa u mnie kilka dni, tydzień albo dłużej. Dzieje się tak, jeśli ktoś celowo sprawi mi poważną przykrość. Albo inaczej. Ktoś przelewa na mnie swój gniew, złość, frustrację, rozczarowanie. A ja to wszystko wchłaniam jak gąbka. Gniew przechodzi, ale pozostaje uraza do danej osoby i rozpamiętywanie przykrości, które trwa dłużej, niż sam gniew. Czy mogę w tym czasie przystąpić do spowiedzi? Wyznać to i powiedzieć, że żałuję za grzechy, jeśli nadal tkwię w tym grzechu i póki co wcale nie żałuję? Nie potrafię tak szybko zapomnieć, przebaczyć i przestać myśleć źle o tym kimś oraz o sobie. Ciągle o tym myślę. Ciągle czuję złość, gniew, żal, rozdrażnienie. Także podczas modlitwy, czy też w kościele. Nie umiem tego stłumić. Czasem sięgam po alkohol. Ostatnio bardzo się starałam być obojętna wobec takiej osoby. Osiągnęłam niestety tylko połowę sukcesu. Udało mi się wyeliminować pozytywne uczucia wobec niej. Negatywne pozostały. Nie potrafię tak szybko zapomnieć i zacząć myśleć o czymś innym. Nawet jeśli się staram, to i tak mi to nie wychodzi. Co więc powinnam zrobić? Zawiesić modlitwę i sakramenty do czasu, aż wszystko się uspokoi. Dlaczego miałoby to zależeć od humorów innych ludzi? A może uczucia i myśli, nawet te skrajnie negatywne, nie są przeszkodą, jeśli nie idą za nimi czyny? Jeżeli mam ochotę kogoś udusić (czasem dosłownie), ale nie jestem na tyle głupia, by to zrobić, więc czy ma znaczenie, że tego chcę i o tym myślę? Niestety nie potrafię radzić sobie z cudzymi emocjami. Czy to normalne, że czasem Bóg staje się nam tak obojętny, że mogłoby Go nie być, a podczas modlitwy człowiek czuje się bardzo zmęczony, wręcz wyczerpany i ciężko nawet myśleć o Bogu. W grudniu stało się coś, co sprawiło, że straciłam całkowicie zaufanie do Kościoła. (Nie chodziło o zachowanie żadnego konkretnego księdza. Dawno się z tą sprawą w miarę uporałam. Po prostu nie muszę ufać Kościołowi.) W konsekwencji moja więź z Bogiem zaczęła się psuć. Od tamtej pory nie mogę złapać równowagi. Czasem (często) czuję wobec Niego obojętność, a różne sprawy stają się ważniejsze, niż On. Innym razem tęsknię za Nim i bardzo mi Go brakuje, jednak wtedy jest... jeszcze gorzej. Uświadamiam sobie, że nie nadaję się do bliskiej relacji z Bogiem. Mam wrażenie, że Jego słowa zawarte w Ewangelii lub w prywatnych objawieniach, nie odnoszą się do mnie. A raczej, że ja do tego wszystkiego nie pasuję. Ogólnie mówiąc miłość Boga pasuje do mnie, jak kwiatek do kożucha. Czasem mam ochotę całkowicie odejść od Niego, aby za jakiś czas znów się nawrócić. Lepiej. Przez dziesięć lat odchodziłam i wracałam.



Nie wiem, czy masz powołanie do życia samotnego. O tym możesz jedynie Ty wiedzieć. Nie masz pragnienia bycia żoną i matką, zakładania rodziny i to wszystko. Nie będziesz się zmuszała do małżeństwa tylko dlatego, że inni tak chcą albo uważają. Ty decyduj. Nie ma w tym niczego złego i nienormalnego, że nie pragniesz małżeństwa. Jedni to mają, a inni nie mają.

Nie jesteś gorsza dla Kościoła. Skąd czerpiesz takie teorie? To nie jest stanowisko Kościoła.

Myśli i uczucia nie są przeszkodą w przyjęciu sakramentów, jeśli one nie obrażają Boga. Gniew, złość, frustracja są emocjami nieuniknionymi, lecz one nie stanowią przeszkody do godnego przyjmowania sakramentów. Możesz w takim stanie przystąpić do spowiedzi świętej. Gniew nie jest grzechem, to jest emocja. Ona nie odchodzi z chwili na chwilę. W ogóle nie można zapomnieć. Przebaczamy na przestrzeni jakiegoś okresu czasu, lecz przebaczyć, to nie oznacza zapomnieć. Nie zapominamy o bólu, który ktoś nam zadał. Nie wolno tłumić emocji, gniewu.

Nie zawieszaj modlitwy i życia sakramentalnego, aż się wszystko uspokoi,. Do sakramentów nie przystępują osoby doskonałe, lecz te, które się źle mają, które prowadzą walkę duchową. Cały czas korzystaj z sakramentów świętych. Twoje emocje nie są przeszkodą w byciu blisko Boga. Nigdy nikogo byś nie udusiła, lecz to wskazuje, jak wysoka jest amplituda, natężenie Twoich emocji. Nie ma znaczenia to, że o tym myślisz. Twoje chcę jest teoretyczne. Sakramenty leczą, więc korzystaj z nich, nie przerywaj częstych spotkań z Jezusem.

Wszystko, z czym sobie nie radzisz, oddawaj Bogu. Masz prawo nie radzić sobie z cudzymi emocjami. One są kuszeniem. Gdyby ktoś zaproponował Ci określone myślenie, poglądy, a one nie zgadzałyby się z wyznawaną przez Ciebie wiarą, reagowałabyś oburzeniem i odrzuceniem. Najbardziej skuteczne jest kuszenie przez przenoszenie emocji, namiętności na drugą osobą. Rozeznaj, że kiedy ktoś wzbudza w Tobie skrajne emocje, tam mamy do czynienia z demonem. Oddaj tę sprawę Bogu i proś o pokój serca dla siebie. Ty sobie nie poradzisz, lecz Bóg jest w stanie to uczynić. Oddając te emocje Bogu, które ktoś usiłuje na Ciebie przerzucić, odsłaniasz serce pokorne. Bóg nie odmawia ludziom pokornym.

Czy myślałaś o tym, dlaczego Bóg staje się nam obojętny? Odpowiedzią jest to, jak o Nim i Jego Kościele myślimy. W jaki sposób odczytujemy codzienność. To nie jest normalne, że Bóg staje się nam obojętny. Oznacza to, że my staliśmy się obojętnymi na Niego i Jego sprawy. Bycie na modlitwie zmęczonym, a nawet wyczerpanym, nie przeszkadza w dobrej modlitwie. Modlimy się tym, co w nas jest, czyli zmęczeniem i wyczerpaniem. Czego potrzebujesz do dobrej modlitwy? Pragnienia, chęci modlitwy. Módl się tym, co w Tobie jest, a nie szukaj czegoś, czego w danej chwili nie posiadasz.

Jeśli nie ufasz Kościołowi, tym samym nie ufasz Chrystusowi. On jest niewidzialną Głową Kościoła. Kościół jest własnością Boga, nie ludzi. Jak nie ma zaufania do Kościoła, to nie odnajdujesz się w Bogu, a wspólnota wiary nie jest miejscem, który mogłabyś nazwać swoim domem. Skoro jesteś ochrzczona w Kościele, to nadajesz się do bliskiej relacji z Bogiem. Tę relację tworzy On. Czasem trzeba jednego, nie przeszkadzać Bogu. Przy Nim trzyma Cię Jego Miłość. Ona podtrzymuje w istnieniu, w wierze, w nadziei. Nigdy od Niego nie możesz odejść, nigdy nie odeszłaś. To było złudzenie, kiedy wydawało Ci się, że byłaś od Niego daleko. On był z Tobą, czekał, tęsknił, kochał Cię. Ponieważ Bóg tęskni za nami, kiedy my realizujemy swoje plany i chodzimy swoimi drogami, dlatego mówimy, że dalej bez Niego żyć nie możemy. Wierzącym Bogu nie można być bez miłości. Dopóki nie przyjmiesz prawdy o tym, że jesteś przez Boga kochana, niczego nie rozumiesz z wiary chrześcijańskiej. To jest warunek, gdyż wierzyć, to poznać miłość Chrystusa i odpowiadać miłością na Jego Miłość.

Ks. Józef Pierzchalski SAC



Liczba wyświetleń strony: 10645319 * Liczba gości online: 31 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-17
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC