MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Mam wrażenie, że straciłam całą radość z życia



Szczęść Boże! Przeraża mnie treść księdza listu. Płakałam jak to czytałam. Z jednej strony chciaąłm to usłyszeć a z drugiej wcale. On cały czas mówił, że chce brać ślub, ale po prawdzie nie było do tego warunków. Teraz obydwoje pracujemy i kiedy warunki są, raz mówi, że chce a raz że nie. Później się wykręca, że mówi "nie" wtedy kiedy trafiam na zły moment, ale nigdy nie rozmawialiśmy o ślubie na poważnie, bo właściwego momentu nie było. Raz zaczął szukać sali na wesele ale nic z tego nie wyszło. Zawsze zostawia takie coś, (o jakikolwiek temat by nie chodziło), że ja głupieję, bo nie wiem czy on coś chce czy nie, a nadzieję po jego działaniach można mieć. Nie spłacam jego długów - ale te 20 000 wziełam na siebie niestety i to muszę spłacić (6 tys zostało) - nie wiem czy mam mu już teraz kazać zwracać całą kwotę? Akurat zakladam firmę będe płacić 500zł mniejszego zusu, sama będe musiała wynajmowac jakiś pokój albo mieszkanie, mam kota, a za cos muszę żyć. Te 400 zł raty co miesiąc to dla mnie dużo. Boję się, że jak to odpuszczę to sama będę miała problemy, ale z kolei cały czas ja wkładałam w ten związek wszystko, więc nie powinnam mieć skrupułów i odebrać całą kwotę 20 000 a nie tylko 6000. Nie chcę być jedną z tych par, które po zakończeniu związku rozliczają są "a ja dałem na masło" . Nie wiem co robić, sądzę, że on może nie chcieć oddać mi tej kwoty. Całkiem niedawno sądziłam, że może być ze mną bo narobił sobie długów, i kiedy je spłaci to zostawi mnie z ostatnim dniem spłaty. On nie wygląda na takiego człowieka, pochodzi z dobrej rodziny, nuic nie wskazywałoby na to, że tak może być - to tylko przeczucie, które do tej pory zagłuszałam. Ciężko mi pojąć to, że miłość jest aktem rozumnym. Nie wyobrażam sobie życia bez niego. Lubię patrzeć jak spi, słuchac jego głosu, kiedy się do niego przytulę uspokoja mnie to choćby świat się walił. Nie tak łatwo będzie się rozstać, żey przeprowadzić to rozsądnie i tak musiałabym z nim zostać jeszcze dwa miesiące. To całe dwa miesiace na zmianę zdania. Próbowałam zresztą odejść od niego, najdłużej wytrzymałam dwa tygodnie. Nie wiem kiedy przyjdzie czas na dziecko w tym zwiazku, powstrzymuje mnie brak ślubu i to, że boję się, że utonę sama w pieluszkach, a przy ambicjach, które ja też mam prawo mieć, bez wsparcia ukochanej osoby (a podejrzewam, że tak by było) nie zdecydowałam się. Chociaż, kiedy podejrzewał, że mogę być w ciąży to powiedział "i widzisz wszystko układa się samo" - że teraz slub i dziecko i jest jak chciałam. To znowu dało mi nadzieję, że poprostu inaczej myślimy. Kiedyś nie miałam problemu z zaufaniem (i mimo, że mój narzeczony nie zdradzał mnie, ani nie robił rzeczy, po których mogłabym mu nie ufać) nie ufam mu, jakoś straciłam zaufanie ogólnie - nie wiem czy jestem w stanie zaufać innemu mężczyźnie. On uważa, że ludzie to osobne jednostki, i każdy jest jaki jest, a związek to akceptowanie tego. Że każdy powinien decydować o sobie, a reszta przychodzi z czasem. Ja nie chciałam go ograniczać, chciałam żeby miał tyle "miejsca" ile potrzebuje, tez chciałam mieć swoje miejsce. Ale chciałam też rozmawiać z nim o tych naszych miejscach na wspolnej płaszczyźnie, wspierać się, pomagac sobie w swoich marzeniach. On jest muzykiem ja robię reklamę - dla mnie to idealne połączenie, on tego nigdy nie chciał. Ja potrzebowalam mieć swoje miejsce na ziemi, bardzo marzyłam o własnym mieszkaniu.On mówił, ze kredytu brac nie chce na takie kwoty, że kupimy to za gotówkę. Ale przy aktualnej sytuacji to byłoby chyba za 30 lat. Ja odbierałam to jako ucieczkę od zobowiązań. Pisze ksiądz "Normalnie mężczyzna chce uszczęśliwić kobietę, którą kocha, dba o jej rozwój. Ważne jest dla niego przede wszystkim to, co jest ważne dla niej. Interesuje się nią, słucha jej, pamięta o rocznicach ważnych w ich związku, myśli o tym, jak sprawić jej przyjemność." - a ja tego nigdy bnie czułam. Musiałam przypominać, wspominać, od czasu do czasu wybuchałam że mi tego i tamtego brakuje - ale mówił wtedy, że "już było dobrze przez chwilę, i już jest ci gorzej", albo "jak nie bedziesz tak marudzić, to sam z siebie będę dawał różne rzeczy", ale mogłam czekać, tydzień, dwa i na trzeci już wybuchałam znowu i kółko się zamykało. On twierdził, że jemu jest dobrze i to ja wyszukuję sobie problemy. Potem trochę mnie poprzytulał i opocierał łzy, trochę porozmawialismy i ciepłym głosem mowił mi "no kocham cię przecież" i dodawał do tego pieszczotliwe określenia i ja się uspokojałam, ale gdybym chciała pociągnąc dalej temat to się niecirepliwił i w rzeczywstosci nigdy nie dawał mi takiej dawki zainteresowania jak potrzebowałam. On chyba jest lekkoduchem. Teraz skupia się na swojej muzyce, pisze teksty jeździ nagrywać. Do tego dojdą wywiady, koncerty i inne nieobecności typu sesje, teledyski. Gdyby był kochającą osobą, mogłabym tak żyć. Poukładałam zycie pod niego, żeby móc z nim nawet jeździć jeśli będzie taka okazja. Ale w tej sytuacji odbieram to jako dodatkowe zagrożenie. On ogólnie jest osobą, która wybiera "niebezpieczne zajęcia" (może przesadzam, bo w związku najważniejsze jest zaufanie, ale pewnie gdybym czuła że jest wszystko w porzadku to nie myślałabym tak jak teraz - źle myślę?)  Raz, że jest muzykiem i dookoła niego zawsze będa kobiety, później chciał byc dodatkowo fotografem modelek nic z tego nie wyszło, teraz chce robić tatuaże - dotykac ludzkie ciała i zostawiac na nich swój ślad. Z tego bycia razem wynika, że jestesmy razem a o to ptrzeciez chodzi w związku - on tak mówi. Mówi też, ze widzi, ze ja zaczęłam panikować i wymuszam na nim pewne sprawy. Mówi, że wystarczy chciec być razem - ale nie wyłapuję u niego tego, że on chce - dzisiaj zaczyna się szósty dzień naszego milczenia. Ostatnio wytatuował sobie na ciele Jezusa i Buddę. Mówi że bóg to energia i on czuje Boga w sobie. Dlaczego medytacja transcendentalna byłby zła? Nazwisko twórcy tej medytacji obiło i się o uszy, więc na pewno to jedna licznych rzeczy, o których przynajmniej czytał. Naprawde nie wiem dlaczego zostałam z nim tyle lat. Może dlatego, że po jakimś czasie nabywał niektórych rzeczy, które powinien mieć. Uczył się na błedach, cieszył nawet porażkami, był wyrozumiały i radosny. Potrafił mnie rozbawić. Nie znam drugiej tak inteligentnej osoby. Kiedyś było trochę lepiej niż jets teraz. teraz czuję, że on chowa wszystko w sobie, niczym się ze mna nie dzieli, a kiedy ja dzielę się z nim czuję czasem brak zainteresowania. Kiedyś dowiedziałam się, że kawa zbożowa jest zdrowa i chciała przeczytac mu artykuł, powiedział "nie czytaj mi tego, bo mnie to wcale nie interesuje", często tak mówi. Mam wrażenie, że straciłam całą radość z życia, nie jestem jaka byłam, wątpię w swoją atrakcyjność mimo, ze keidys byłam modelką. Mam wrażenie, że postarzałam się i wyblakłam przy nim. Nie chcę obwiniać go o to, ale mam wrażenie, że to prawda. To nie tak, że potrzebuje mnie do jedzenia, prania czy prasowania. Jeśli on nie zrobi obiadu, to ja tez go nie zrobię - od dawna wyliczam co kto robi, bo ja czułam, że robię więcej i on nie oddaje tego sam z siebie. Więc pod tym względem nie ma służącej. Ale on może żyć w bałaganie. Dokladnie tak jak ksiądz mówi! On po 10 latach jest nie tylko daleki, ale jeszcze dalszy niż był kiedykolwiek wcześniej. Kiedy o nim myślę, czuję czarną rozpacz i boli mnie serce. Tak chciałabym żeby było dobrze! Wybrałam sobie tego czlowieka i planowałam z nim spędzić całe życie. To jego widziałam przed ołtarzem, ale mimo wszystko zastanawiałam się, czy spojrzy na mnie tak, że zapamiętam to do końca zycia czy poprostu jak zawsze (dziwne myśli prawda?) Kiedy pytam się go czy chce spędzić ze mną resztę życia, mówi, ze tak ale nie wiadomo nigdy co będzie. Że nie można takich obietnic rzucac na wiatr, bo nic z zyciu nie jest stałe. Mówi, też że mamy w zyciu kilka ścieżek, że możemy pokochac kilka osób po drodze, że życie jest miłością i owszem można się z nim zgodzić. Ale nie mwói się tego wtedy kiedy kobieta pyta o to czy chcesz z nią spędzić resztę życia! 

Ja nie rozumiem, jak można spędzić z kimś 10 lat i nie patrzeć na to poważnie? Jak można się oświadczyć i dawać komuś nadzieję? Jak można kogoś zabierać na imprezy rodzinne, przedstawiać wszystkim, rodzicom w kontekście przyszłej żony? Czy jest coś czym mozna ostatecznie sprawdzić czy to ma sens? Czy jest coś co mogę zrobić, żeby upewnić się, że nie wymyśliłam sobie tego wszystkiego? Naprawdę nie wyobrażam sobie, że pewnego dnia wchodzę do domu, w którym go nie ma i do którego on już nigdy nie wejdzie. Bardzo dziękuję za księdza zainteresowanie, bardzo możliwe, że ta rozmowa to najodpowiedniejsza rzecz jaka mi się przytrafiła w ciągu tych 10 lat.



Zawsze są warunki na ślub. Zamówić termin, przygotować się duchowo, pójść do spowiedzi i zawrzeć sakrament małżeństwa w kościele. Nie organizować wesela, lecz zrobić małe przyjęcie dla najbliższych osób. To nie jest duży wydatek. Chodzi o samo wejście w relację z Bogiem i powierzenie Jemu swojego życia RAZEM. Kiedy człowiek nie chce zawrzeć sakramentu małżeństwa, znajduje wiele uzasadnień aby nie czynić tego, co jest wbrew jego myśleniu, najgłębszym przekonaniom.

Wydaje mi się, że on nie odda Ci żadnej kwoty. To, co zapłaciłaś za nie, nie otrzymasz już nigdy. Przepraszam za tak kategoryczne myślenie, lecz w schemacie, w którym go opisujesz, jawi się on jako człowiek, którego nie obchodzi drugi. On nie cierpi z Tobą, nie odczuwa niepokoju, skąd wziąć pieniądze na spłatę. Nie postawiłaś go wobec sytuacji trudnej. Wzięłaś na siebie to, co należało do niego. Popełniłaś błąd. Nie wolno spłacać jego długów. Dlaczego? Ponieważ to go demoralizuje. On się pogłębia w beztrosce, w nieodpowiedzialności, w tym, że jesteś Ty, Tobie zależy, więc on może istnieć w świecie nierealnym.

Miłość nie jest uczuciem. Wielu sądząc, że miłość to wyłącznie uczucia, emocje łączące mężczyznę i kobietę dochodzi do sytuacji, w której uczuć nie ma, więc mogą od siebie odejść. Miłość jest wyborem życia z daną osobą. Kocham ją na dobre i na złe. Będę z nią w chwilach także trudnych, bo wtedy miłość sprawdza się najpełniej. Kochając, nie można nie widzieć tego, co może was rozdzielić. Jeśli zgadzasz się na to, że przez dalsze życie będziesz pchała jego ciężki wózek z bagażami, a on będzie szedł obok, ponieważ jest artystą i ma zupełnie inne myślenie i inne potrzeby, to jest Twój wybór. Można również tak kochać, choć wydaje mi się to głęboko nieodpowiedzialne, nierozsądne, a wręcz niemądre. W miłości powinna być pewna harmonia między rozumem, uczuciami i wolą. Jeśli nie ma harmonii, wyrażającej się w tym, że mamy dla siebie czas, rozmawiamy o tym, co dla nas ważne, bierzemy pod uwagę myślenie i czucie drugiej strony i chcemy jej szczęścia, trudno mówić o miłości.

Mój obraz Twojego związku jest taki. Niesiesz troskę o dom, o swoje i jego sprawy, a jego w tym nie ma. Tobie to odpowiada, ponieważ wystarczy, że on jest i patrzysz na niego. Na ile czasu to wystarczy? Czy można kochać i nie doświadczać wsparcia od ukochanej osoby? Odradzam decyzję na urodzenie dziecka, skoro nie zawarliście sakramentu małżeństwa.

Wiązek, to akceptowanie człowieka, jakim jest, ale też nie oznacza akceptacji zła, lenistwa, obojętności, braku czułości. Bowiem taka postawa mogłaby sprowadzać się do zasady, którą wielu wyraża: „Jakim mnie Panie Boże stworzyłeś, takim mnie masz”. Jeśli on podejmuje błędne decyzje, niekorzystne dla Ciebie i Twojej relacji z nim, to nie można tego pomijać milczeniem. To nie jest tak, że żyjecie obok siebie, lecz żyjecie ze sobą.

Przeraża mnie jego stwierdzenie, że jemu jest dobrze. To straszne stwierdzenie w sytuacji, w której Tobie jest źle w relacji z nim. Jemu powinno być dobrze wtedy, kiedy Tobie jest dobrze. Jest w nim maksymalne skoncentrowanie na samym sobie, a Ty powinnaś się cieszyć wyłącznie tym, że jemu jest dobrze. Nie odnajduję się w takim myśleniu. On nie powinien żyć dla siebie, lecz dla Ciebie. Na tym polega miłość, szczęście, spełnianie się.

Cóż z tego, że jesteście razem, ale on nie jest dla Ciebie. Ty jesteś dla niego tyle, a możesz być jeszcze więcej, o ile on się otworzy, zapragnie, będzie potrzebował. Twoim problemem jest to, że on nie potrzebuje Cię tyle, ile Ty pragniesz, aby potrzebował. To za mało chcieć być razem. Co z tego chcenia bycia razem wynika? W tym jego chceniu nie ma treści, nie zawiera się to, co by Ciebie spełniało. On się w jakimś stopniu spełnia. Dlaczego nie myśli o tobie, nie stawia pytań o Twoje samopoczucie, o Twoje marzenia?

Dlaczego medytacja transcendentalna jest zła? Ponieważ jest wielbieniem demona. Wypowiadając mantrę, powtarza się setki razy imię jednego z demonów, który zaczyna kierować człowiekiem. Odsyłam do książki „Nie wszyscy są jednego ducha”, Jonh Allan, Warszawa 1988. Jest otwarciem na świat złego ducha.

Kiedy on nie dzieli się z Tobą niczym z tego, co przeżywa, jak myśli, nie buduje więzi. A więź, to miłość. To jego zamieszkiwanie w Tobie i Twoje w nim. Ty chcesz mieszkać w im, dlatego dzielisz się tym, czym żyjesz. Jego reakcją jest obojętność. W życiu nie chodzi o sporadyczne gesty, które cieszą, o chwilową wyrozumiałość i radość, lecz o otwartość. Gdzie nie ma otwartości, nie ma też miłości. Jeśli jest ciężki i człowiekowi nie chce się nawet mówić, to może przytulić osobę kochaną, być blisko, okazać czułość.

Inteligencja jest piękna, lecz wtedy, kiedy jest otwartość, radość, zainteresowanie, obecność w życiu drugiego. Czy jego inteligencja nie jest przede wszystkim jego własnością, posiada ją wyłącznie dla siebie, na swój użytek? Będąc obdarowanym, czyż nie powinien ciągle wprowadzać Cię w jej bogactwo, odkrywanie, cudowne postrzeganie?

Twoja atrakcyjność nie jest zależna, a właściwe, nie powinna być zależna od niego. Jest jednak inaczej. Ty o tyle postrzegasz siebie, jako atrakcyjną kobietę, o ile on zwraca na Ciebie uwagę. To normalne w relacji kobiety z mężczyzną. Czy jednak nie należy w tej sprawie wprowadzić jakąś poprawkę? Kobieta jest taka, jak patrzenie mężczyzny, jakie słowa wobec niej wypowiada. Mężczyzna tworzy kobietę, stwarza ją, rozwija jej piękno, wdzięk, świeżość, niepowtarzalność.

To jego widziałaś przed ołtarzem, lecz on siebie nie widział z Tobą przed ołtarzem. Niekiedy sądzimy, że osoba, którą kochamy, myśli w pewnych sprawach tak samo, jak my. Nic podobnego. Jego myślenie jest daleko od Twojego. Od czasu czasu powie coś i uczyni gesty, które Cię pocieszają. Nas bardzo łatwo pocieszyć przelotnym gestem. Bardzo łatwo nas zaspokoić na chwilę.

Ty chcesz, żeby było dobrze, lecz czy On chce. Kobieta potrafi kochać również wtedy, kiedy mężczyzna nie chce, żeby było dobrze. On jedno mówi, a drugie czyni. Jego zapewnienia już nie dają Ci poczucia bezpieczeństwa, jak dawniej. Za zapewnieniem, za deklaracją słowa, które wypowiada, trzeba iść całym sobą. Nie jest prawdą, że nic w życiu nie jest stałe. Jeśli powiem kocham, to jestem z kochaną kobietą na dobre i na złe. Dzielę z nią porozumienia i nieporozumienia. Również dobrze, idąc za jego stwierdzeniem, że nic w życiu nie jest stałe, możemy powiedzieć, że on nie jest stały, jego deklaracje, wyznania po jakimś czasie nie mają żadnej wartości, gdyż on się zmienił, chciał się zmienić. Kocham również wtedy, kiedy nie odczuwam, nie pulsują we mnie te uczucia sprzed laty.

Ty nie chcesz obietnic rzucanych na wiatr, lecz składanych w Twojej pamięci i sercu. Jakie obietnice, taka dojrzałość człowieka i odpowiedzialność. Jeśli nie dotrzymuje obietnic, nie jest człowiekiem godnym zaufania, nie daje bezpieczeństwa. On broni się przed powiedzeniem, że chce spędzić z Tobą życie do końca. Ty jesteś dojrzała, a on nie jest taki. Nie rozumiesz i słusznie, gdyż tego nie da się ująć w kategoriach normalności. Jakby ciągle był chłopcem i pozostawał na tym etapie. Bawi się nie tylko swoim życiem, ale i Twoim. Jakby nie brał pod uwagę, że wobec Ciebie coś POWINIEN, lecz że może, nie musi, innym razem o tym pomyśli, albo, że coś go nie bawi.

Nie powinnaś tyle lat czekać na spełnienie jego obietnic. On nie może dać Ci tego, czego nie posiada. W nim nie ma nadziei na spełnienie się pragnień, planów, marzeń odnoszących się do waszego życia. Twoje nadzieje nie żyją w nim. Moje słowa miejscami są bardzo bolesne, jesteś tego świadomy, lecz odnoszę wrażenie, że Ty jesteś w jakimś uśpieniu. Wiele spraw rozumiesz, lecz to za mało. Ciągle nie podejmujesz decyzji. Chcesz zawrzeć ślub kościelny i mieć dziecko lub dzieci. Wiesz, że z tym mężczyzną to się nie spełni?

Tobie wystarcza to, że on jest. Pokochałaś jego, a zatem przyjmujesz jego myślenie, sposób reagowania. Kochamy człowieka wraz z jego uposażeniem intelektualnym, uczuciowym i duchowym. Rezygnujesz z siebie, ze swoich marzeń, ponieważ nie wyobrażasz sobie tego, że wchodzisz do domu, w którym go nie ma i do którego on już nigdy nie wejdzie. Coś za coś. Czy nie można mieć jedno i drugie? Uważam, że można.

Pozdrawiam serdecznie

Ks. Józef Pierzchalski SAC



Liczba wyświetleń strony: 10668056 * Liczba gości online: 31 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC