MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Chciałabym - tylko nie wiem dlaczego



Proszę księdza przypadkiem trafiłam na http://pierzchalski.ecclesia.org.pl. Czytałam niektóre porady i bardzo proszę, o ile jest taka możliwość, żeby odniósł się ksiądz do mojej sytuacji. Potrzebuje pomocy i nie wiem jak sobie poradzić z niektórymi kwestiami, czuję sie zagubiona i nie wiem już sama do kogo się zwrócić. Zacznę od tego, że jestem w związku o 10 lat - bez ślubu. Mieszkamy razem, żyjemy ze sobą jak małżeństwo. Ja bardzo chciałabym wziąć ślub, i mieć dzieci, Niestety każda rozmowa o tym z moim narzeczonym (oświadczył się 5 lat temu) kończy się awanturą, że ja o tym "marudzę", że wiecznie zaczynam ten temat, że "takie rzeczy same się dzieję naturalnie". A nie dzieją się bo gdyby się działy to już dawno w ciągu tych 10 lat bylibyśmy po ślubie. Czasem mówi, że chce brac ślub, czasem, że to papierek i on tego nie potrzebuje.Naszym rodzicom mydli oczy, ze chce keidy temat wypływa a ale w domu już bez nich ucieka od tematu. Żadna sytuacja nie jest "właściwa" . Ślub to takie coś co trzeba zpalanować z rocznym wyprzedzeniem, terminów nigdzie nie ma, pieniądze też trzeba uzbierać. Nie chcę mieć dzieci bez slubu, nie wiem czy on patrzy na to poważnie, mam 28 lat on 30, nie chcę tak dalej żyć, boję się podejmować decyzje o zakupie mieszkania czy auta na kredyt. To nie jedyny problem. On jest jedynakiem (ja mam rodzeństwo) do 25 roku życia mieszkał z rodzicami. Ja mieszkałam już o 19 roku życia sama, bo wyjechałam na studia i tam go poznałam. Ja pracowałam, dorabiałam sobie (mimo że rodzice dawali mi pieniądze) a on dostawał drobne od babci, mamy itp. Przeprowadzilismy się do wynajetego mieszkania - on pracował na zlecenia miał 500 zł miesięcznie (jest programistą) i muzykiem ( od czasu do czasu grał koncerty i dostawał jednorazowo po 1000 zł) Ja pracowałam na etacie za najniższą krajową (też jestem programistą) i robiłam po godzinach swoje zlecenia. Kiedy ja pracowałam on jeździł sobie nad jeziorka, i wychodził z kolegami. Trochę się zadłużył, żeby dokłądać się do życia. ( długów ma na 20 tysięcy) Nie chciał pracować na etacie wiec otworzył firmę, ale nie umiał nią zarządzać, a ja głupia dołożyłam mu 17 tys złotych (wziełam kredyt). On firmę zamknął po dwóch latach, ja nadal spłacam kredyt (z 20 tysiecy z odsetkami - zostało mi 6 tysięcy do spłacenia). Chciałam przeprowadzić się do innego miasta bliżej moich rodziców, pomyślałam, ze jak zobaczy jak zachowują się moi bracia to trochę zobaczy jak ludzie powinni się zachowywać. Postawiłam warunek, "ja jadę, jeśli chcesz zostań" - pojechał za mną. Sama wynajęłam mieszkanie i utrzymywałam nas poł roku. W tym czasie codziennie robiłam awanturę o to, ze on nie szuka pracy. To były ogromne awantury. A on wysyłał raz na jakiś czas maila i liczył, że bez doświadczenia dostanie pracę. Po poł roku mu się udało "złapał Pana Boga za nogi" - jest dobry w tym co robi, w pracy odnosi sukcesy, dostaje podwyzki, jest ceniony. On wychodzi do pracy z domu, ja aktualnie otwieram swoja firmę i pracuję z domu - on tego nie szanuje, Kłócimy się o obowiązki domowe (on sam z siebie nic nie robi, trzeba go prosić, przypominać i robić awanturę wtedy coś zrobi i i tak po łebkach i nie wszystko co trzeba) Wtedy mówi mi, "jak chcesz żeby było zrobione to zrób", albo "ja nie potrzebuję sprzątania" albo "siedzisz w domu to możesz sprzątać". Nadmienię, że mam tyle pracy , że pracuję od 8 - 23 codziennie i weekendy - ovczywiście mogę inaczej dysponować swoim czasem, ale teraz jest taki okres (zmiana miejsca zmaieszkania, założenie firmy, zmiana klientów na tych z mniejszeg miasta na wieksze - inne kwoty itp), ze powinnam skupić się na pracy. Zawsze dawałam mu się rozwijać, myślałam, ze pojdzie mu dobrze z muzyką, liczyłam ze jak dam mu szansę (nawet o tym rozmawialismy) to potem keidy przyjdzie czas na moje marzenia moją firmę, to on mnie wpsomoże w okresie w którym będzie u mnie biedniej. I rzeczywiście, zaczął płacić całosc za mieszkanie i rachunki a ja tylko spłacam kredyt + obydwoje dokładamy się do jedzenia itp. W kwesrii finansów jakoś się dogadujemy. Ale każde z nas decyduje o wszystkim samo. Ostatnio mieliśmy rocznicę 10 lat znajomosci, przypomniałam mu o tym tydzień wczesniej 3 razy. W tym dniu, wyszykowałam się, upiekłam ciasto, kupiłam wino. Ciasto zjadł, wino wypił i poszedł spać. Na następny dzień mu powiedziałam wszystko. Nie przeprosił (kazdy ma prawo zapomnieć, więc oczekiwałabym jakiejś reakcji) , nie złożył życzeń, nie było mu żal, przeszedł nad tym do porzadku dziennego. Wcześniej bylismy pokłóceni o sprzątanie, nie chciałam żeby zamiótł to pod dywan jak zawsze więc nie pozwalałam mu na szukanie zastępczych tematów. Uważam, ze jak się robi błąd to trzeba pokazac tej drugiej osobie że nam zależy. On daje że sytuacja nie miała miejsca. Nigdy nie przeprasza, nie chce wyjaśniać poprostu znajduje jakiś temat do rozmowy "jak tam Twoja dotacja? Coś wiadomo?" Kiedy komunikuję, że nie szukam zastępczych tematów i należy sobie przykrości wyjaśnić, wychodzi do drugiego pokoju. Możemy tak milczeć nawet przez dwa tygpodnie i ja w końcu mięknę- bo ilez mozna. Kłócilismy się w środę i czawrtek, w piątek była rocznica. W sobotę wyjechałam do kolezanki - wórciłam w niedzielę w nocy - cały ten czas sie mną nie interesował. Trzydziestoletni facet imprezował z 19letnimi kolegami i nagrywał z nimi piosenki. Około 23 godziny napisął wiadomość - "gdzie jesteś" ale w tym momencie przekręcałam klucz w zamku. Zapytał jak było u kolezanki i odpowiedziałam tylko "super" i poszłam spać. Rano jak szedł do pracy to mnie obudził bo wie że ja też zaczynam rano pracę i w razie gdybym zaspała to ma mnie budzić (często o tym zpaominał) po powrocie zaczął robić tez obiad, ale wiem że zaraz gdzies wychodzi. Niby się stara, ale nadal nie wraca do problemowych sytuacji, a ja czuję się ignorowana.

Nie możliwe, żebym w trakcie trwania 10letniego związku zawsze to ja była winna, a skoro on nie chce przepraszac to w jego mniemaniu chyba jestem. Kiedy staram się w końcu coś wyjaśniać i mięknę, on potrafi brutalnie kończyć rozmowę, że "rozstajemy się" bo "jestesmy zupełnie innymi ludzmi i sie nie dogadamy". A ja nie wymagam wiele, chcę żeby raz w tygodniu odkurzył, w weekend pozmywał naczynia i zrobił obiad, razem zakupy , żeby wyniósł śmieci i raz na tydzień umył kuchnie lub łazienkę. Ja robię to co zostaje, czyli o wiele więcej . Mam dość wyliczania. Wiem, że wiadomosć jest długa, ale nasz związek jest długi a ja nie wiem czy go ciągnąć, czy to ma sens. To inteligentny mężczyzna, potrafi byc dobry i kochany, ale od bardzo dawna czuję, ze może nie jestem właściwą osobą dla niego. Czy to nie jest tak, że jak mężczyzna poznaje własciwa kobiete to chce się żenic? Chce przychylić jej nieba? Kiedy mam watpliwości i pytam się go " tak się boję otwierać tą firmę, co myślisz" i chcę usłyszeć, ze dam radę, że w razie czego o mi pomoże, to mówi " to nie otwieraj". Komplementów nie mówi, chyba ze jestesmy po kłótni, która została zażegnana to tak przez pierwsze dwa dni powie "ale jesteś sliczna" - ale czuję że to wymuszone. Nigdy nie mówi " co bym bez ciebie zrobił", "dobrze ze cię mam", nie czuję się wyjątkowa przy nim, sądzę, ze gdybym odeszła, poprostu przyjął by to "tak o". On jest człowiekiem, który cieszy się jak coś pojdzie po jego mysli, i jak pojdzie nie po jego mysli. Bo zawsze coś dzieje się po coś. Gdybym odeszła, powiedziałby że tak miało być. Kiedy dzielę się z nim swoimi obawami, mówi mi że wymyślam, ze "znowu zaczynasz". Nie uspokaja mnie, nie całuje sam z siebie, o inne pieszczoty też muszę się dopominać. Nie ułatwiam mu życia, nie robię nic za niego. Więc nie jest ze mną bo mu wygodnie. Przy takich kłótniach nikomu nie było by wygodnie. Kiedy o coś długo się kłócę to w końcu to mam. Tak było z jego pójściem do pracy.

Ale ja nie chcę tak żyć, przy większych kłótniach dostaje uczuleń z nerwów i boli mnie głowa. Problemem jet tez to, że on bezbłędnie mnie rani, i nie potrafi sie pohamować. Njwet przy najmniejszej kłótni wyciągna największe działa. Obraża mnie słowami, które wstyd mi przytaczać. Wtedy też nie przeprasza za te słowa. Nie wiem co mam robić, poświeciłam mu 10 lat, był moim pierwszym i jedynym mężczyzną, kocham go, ale nie czuję, ze on mnie kocha mimo, ze zapewnia, ze tak jest. On mówi, że nie kocha się za coś, tylko poprostu "się jest ze sobą" na pytanie "za co mnie kochasz" - chciałabym usłyszeć, że za to, że np "gadam przez sen" cokowlwiek co pokazę, ze ma jakiekolwiek uczucia, że cokolwiek u mnie zauważa. Wychodzi na to, ze ja wymagam od niego, a on nic sobie z tego nie robi. Trochę bałabym się mieć z nim dzieci, bo chyba zostałabym ze wzsystkim sama, ale keidy mu o tym mówię, mówi, ze ja wiecznie martwię się na zapas - ale jak tu się nie martwić? Ostatnio trochę "odleciał" zaczął czytac książki typu "Osho Rajneesh - Stany świadomości", #04-Radża Joga - Rama Czaraka, 1.Anthony de Mello - Przebudzenie, A.C. Bhaktivedanta Swami Prabhupada - Nektar instrukcji, Osho--Ksiega ego.Wolnosc od iluzji, Ramana Maharishi - Wnikniecie w Jazn - długo by wymieniać. Mówi mi że jest na "wyższym levelu", ze wie więcej, że to ja nie rozumiem związku i bycia ze sobą - a ja już nie mam siły. Rozumiem ze kazde z nas powinno miec miejsce dla siebie, ale powinnismy też dbac o wspólną płaszczyznę. Nie mam już siły, czuję, ze mnie to wykańcza, musiałabym się dopasowac do niego i wiecznie wybaczać. Czasem jak mi mija złość to już sama myślę, że to ja przesadzam. Ale sam z siebie nie przerwie tych sytuacji, chciałby żebym przyszła usiadała obok niego i normalnie zaczęła rozmawiać - i było by ok. Nie mam prawa miec żadnych oczekiwań wobec niego, (tak mówi) a sam odemnie niczego nie oczekuje, chociaż jak liczy ze wróci z pracy i bedzi eobiad zrobiony a nie ma to jest nieprzyjemny, mimo że nic nie powie. Dużo medytuje, po pracy idzie do drugiego pokoju i nawet po 2h odpoczywa patrząc się w sufit i wyciszając. Wiem, że gdybyśmy się rozstali to nie zabiegałby o mnie (mimo ze mówił, ze "nie wiesz bo nie było takiej sytuacji" albo, na pytanie czy gdybym poprostu znikneła zjego życia" powiedział że by mnie szukał i walczył" ale ja wiem, że to złudne nadzieje). Szczerze mówiąc, był taki od początku związku. Dużo się zmieniło i to na lepsze, ale nie wiem czy na ostatnim zakręcie jestem w stanie jeszcze to szifować i dbac o to, bo może zabrzmi to bezdusznie ale ja nic nie mam z tego. Nie czuję się kochana, nie czuję się bezpiecznie, nie widze perspektyw ani nie czuję się rozumiana. Proszę księdza, proszę napisać mi szczerze - jesli jestem naiwną idiotką, to proszę mi to napisać, bo już sama nie wiem co mam z tym zrobić. Jedyne co wiem to to, ze chciałabym spędzić z nim resztę życia - tylko nie wiem dlaczego.



On nie potrzebuje papierku od ślubu kościelnego, ale Ty potrzebujesz poczucia bezpieczeństwa, które daje Bóg przez ten sakrament. Jeśli on mówi o tym, że nie potrzebuje, to dlaczego z nim mieszkasz, kiedy Twoje fundamentalne potrzeby są daleko idące i głębsze, bo duchowe? Nie kupuj niczego na kredyt. Nie bierz kredytów ze względu na niego. Nie spłacaj jego kredytów.

Dlaczego z nim jesteś? Bo go kochasz? Trudno mi to zrozumieć, biorąc pod uwagę, że miłość jest aktem rozumnym. On Ciebie nie kocha. Co więcej: lekceważy, jest na Ciebie obojętny, wykorzystuje. Jesteś uzależniona od niego. Czas zerwać z nim kategorycznie. Im dłużej jesteś, tym trudniej będzie się rozstać. Kiedy przyjdzie czas na dziecko?

Czy przez dale 20 lat, każde z was będzie decydowało samo o sobie? Czy nie pomyślałaś o tym, że istnieją inni mężczyźni? Nie powinnaś dłużej ciągnąć tego związku. Nie mam wątpliwości, że powinnaś odejść i nie wracać i nie pozwolić mu na powrót. Jeśli mężczyzna jest dojrzały i żyje wartościami chrześcijańskimi, to wówczas, kiedy poznaje właściwą kobietę chce się ożenić i mieć z nią dzieci, dom, rodzinę. Normalnie mężczyzna chce uszczęśliwić kobietę, którą kocha, dba o jej rozwój. Ważne jest dla niego przede wszystkim to, co jest ważne dla niej. Interesuje się nią, słucha jej, pamięta o rocznicach ważnych w ich związku, myśli o tym, jak sprawić jej przyjemność.

Co masz zrobić? Odejść od niego, zostawić, nie zwlekać. Każdy dzień, tydzień, rok dłużej z nim, a rozstanie może być koszmarnie trudne. Czy on nie jest lekkoduchem? Pewne sprawy nie przychodzą z przypadku. Będąc razem, mężczyzna i kobieta planują, przewidują, rozmawiają o tym. Nie masz już siły, a jesteś. Będąc razem, powinno Was łączyć coś ważnego, wartościowego. Dla niego miłość, to bycie razem. Co z tego bycia razem wynika? Po co jesteście razem? Dokąd zmierza to bycie? Jaki jest sens w Waszym byciu razem?

W obecnym stanie jego ducha i myśli nic nie będzie z Waszego małżeństwa chrześcijańskiego. Przypuszczam, że bliski jest mu hinduizm, może medytacja transcendentalna (oby nie!!!). To nie jest mężczyzna, który będzie o Ciebie walczył, jeśli odejdziesz. Znajdzie kogoś, kto ugotuje obiad i pozwoli mu być. On realizuje siebie, swoje pomysły, projekty. Idzie drogą „wolności”. Kobieta, jeśli „nie czuje się kochana, nie czuje się bezpiecznie, nie widzi perspektyw, nie czuje się rozumiana”, wówczas odchodzi od mężczyzny. Tak sobie to wyobrażam, że zostaje się z kimś, dla kogo jesteśmy ważni, kogo obchodzi to, jak przeżywamy dzień, jak się czujemy. On Cię fascynuje, urzeka swoją oryginalnością, jest jakiś niepowtarzalny. Zupełnie na plan dalszy spychasz swoje uczucia, potrzeby, pragnienia, marzenia. Czy za 10, a może 20 lat nie będziesz żałował, iż nie podjęłaś decyzji o odejściu? Będziesz z nim bez dziecka (dzieci), z mężczyzną, który nie okazuje czułości, nie potrzebuje tego. Jest nie zainteresowany Twoją kobiecością.

Czy nie zauważasz, że coś w Tobie niknie, umiera, gaśnie, może bezpowrotnie? Mężczyzna, który potrafi pójść na 2 godziny do pokoju i medytować, pozostawiając po obiedzie talerze do umycia, mieszkanie, które trzeba co jakiś czas posprzątać, jest człowiekiem, który powinien być sam. On potrzebuje Cię dla siebie w sprawach bardzo ograniczonych do jedzenia, prania, prasowania. Wydaje mi się, że on nie potrzebuje Ciebie jako kobiety: Twoich uczuć, emocji, obecności, piękna, mądrości, myśli z nim dzielonych, odkryć, które dokonujesz, a którymi chcesz się dzielić. On jest po 10 latach nadal daleki, a nie bliski.

Odpowiedz sobie na jedno pytanie, którego treść jest w Twoim liście, dlaczego chcesz z nim spędzić resztę życia? Dołóżmy inne pytanie: dlaczego on chce z Tobą spędzić resztę życia. On nie dokonuje wyborów. Jest do nich niezdolny. Ty jesteś w stanie zdecydować. Tego nie czynisz. Czy to nie jest Twój wielki dramat?

Pozdrawiam

Ks. Józef Pierzchalski SAC



Liczba wyświetleń strony: 10668051 * Liczba gości online: 30 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC