MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Jestem totalnie zagubiona



Szczęść Boże... Piszę do Księdza, ponieważ mam taki mętlik w głowie, że nie wiem co robić i myśleć... Szukając odpowiedzi na moje pytania trafiłam na Księdza stronę i od razu pomyślałam, żeby napisać. Mój problem dotyczy mojego małżeństwa. Może zacznę od początku. Wyszłam za męża 7 lat temu. Z perspektywy tych lat i wielu przemyśleń oraz terapii wiem, że był to ślub bez miłości. Wtedy tego nie wiedziałam. Wracając wspomnieniami do tamtego czasu mam wrażenie, że byłam wtedy tak niedojrzała, że nie miałam kontaktu ze swoimi uczuciami. Albo jeśli się pojawiły, to spychałam je na drugi plan. Ważniejsze było to, co czują wszyscy wokół mnie, tylko nie ja. Nasz związek od początku był pozbawiony uczuć z mojej strony. Związałam się z X bo przy nim poczułam się bezpiecznie, nie musiałam nikogo udawać. Dał mi to, czego brakowało mi w domu - poczucie bezpieczeństwa i bezwarunkową akceptację. Z czasem tak wsiąknęłam w tą relację, że wydawało mi się, że bez niego nie będę istnieć. Nie za zasadzie uczuć, czy zgrania, ale dlatego, że czułam, że jak go zabraknie to zabraknie mi sił do dalszego życia, do samodzielności i stanowienia o sobie samej. Była to chora zależność. On zaopiekował się mną jak ojciec, ale w zamian oczekiwał ode mnie "posłuszeństwa" i ja na to poszłam wbrew sobie ze strachu i braku zdolności do sprzeciwu. Podporządkowałam wszystko jemu. Moje przyjaźnie, relacje z rodziną, zainteresowania. Była to w większej części moja wina. Mogłam się sprzeciwić, bo miałam do tego prawo, ale wtedy tego nie potrafiłam zrobić. Byłam zbyt zależna od opinii innych, zwłaszcza jego. Zaręczyliśmy się 2 lata przed ślubem. Po roku mój niepokój był na tyle duży, że odważyłam się mu zaproponować żebyśmy przełożyli ślub... Jego reakcja, łzy, cierpienie sprawiły, że znów odrzuciłam "siebie" dla niego... Nie byłam w stanie znieść widoku jego cierpienia przeze mnie... Znów przybrałam maskę, że wszystko jest w porządku. Całe życie tak robiłam, to było automatyczne... (Muszę tutaj zaznaczyć, że z domu rodzinnego wyszłam z dużym deficytem miłości i akceptacji. Już teraz zdaję sobie sprawę jak bardzo jestem poraniona emocjonalnie i to wpływa też na moje życie i relacje z ludźmi. Cały czas nad tym pracuję i widzę postępy. Mam wrażenie że wtedy w ogóle sobie z tego nie zdawałam sprawy). Wszystkie przygotowania do ślubu były robione pod jego rodzinę. Ogólnie jego rodzina tak jakby "zawładnęła" moją i czułam się, że muszę robić tak, jak grają tamci, bo nie znosili sprzeciwu. A w moich nie miałam na tyle wsparcia, żeby robić po swojemu. Sami zresztą "podkładali" się rodzinie teściów i traktowali jak wyrocznię. Takie kwestie jak kościół w którym będziemy brać ślub (nie mogłam w mojej ukochanej parafii, tylko u nich, bo tak będzie praktyczniej i już), wszystko związane z weselem i miejsce zamieszkania po ślubie (u teściów) było ustalane wbrew mnie. Po części, bo nie umiałam się sprzeciwić, po części, bo jak nawet wyraziłam swoje zdanie to było zbijane milionem argumentów. A ja zwijałam się w kłębek i jak zwykle przytakiwałam jak małe dziecko które nie umie dyskutować z dorosłymi. Pamiętam jak przed ślubem płakałam po nocach. Jak dzień przed ślubem cierpiałam i płakałam. I wtedy myślałam, że to normalne (!!!), że wszyscy tak mają... Sama uroczystość przebiegła pod znakiem ogromnego stresu, bo bardzo mnie stresowało gdy byłam w centrum uwagi. Cała moja uwaga skupiała się na tym, żeby nie było widać, że się denerwuję. Przysięga małżeńska była jak powiedzenie wierszyka przed całą klasą w szkole. Ważne było tylko, żebym poprawnie ją wypowiedziała, a nie sens tej wypowiedzi. To było dla mnie zbyt ciężkie przeżycie, nie byłam zdolna o tym myśleć. Pamiętam chwilę, gdy wróciliśmy po weselu do jego domu. Czułam się... jakbym trafiła do więzienia. Tak, to jest chyba odpowiednie słowo. Poczułam, że weszłam do klatki w cyrku i mało tego - muszę się teraz nadal uśmiechać i robić sztuczki, bo przecież takie jest teraz moje przeznaczenie. Nasze małżeństwo początkowo wyglądało tak jak nasz związek dotychczas. Czyli robiliśmy wszystko wg mojego męża. Swoje prawdziwe uczucia chowałam gdzieś głęboko w sobie. Nawet nie chowałam. Po prostu o nich nie wiedziałam. Jeśli chodzi o pożycie małżeńskie... Zawsze było okupione moim płaczem. Zawsze było z jego inicjatywy. Można powiedzieć, że zawsze się zmuszałam. Też myślałam, że tak ma być. Obwiniałam siebie, że jestem oziębła. Dopiero z czasem zaczęło do mnie dochodzić, że coś jest nie tak. Z czasem zaczęło się wszystko zmieniać. Zaczęły do mnie dochodzić strzępki mojej woli. Chyba zaczęłam dojrzewać w opóźnionym tempie. Trochę pod wpływem terapii, trochę samorozwoju zaczęłam czuć to co czuje i zaczęłam czuć, że mam do tego prawo. Gdy przestałam mężowi we wszystkim przytakiwać mówił mi, że jestem niedobra, bo go "nie słucham" (w sensie nie robię tego, co on mówi i w pewnym sensie mi każe). Nasza relacja zaczęła się stopniowo przeobrażać. Po 4 latach urodziła nam się córeczka. Obecnie ma 3 latka. I chyba macierzyństwo sprawiło, że zaczęłam bardziej walczyć o swoje. Umocniłam się. I zaczęłam siebie wyrażać. Nareszcie. Z tą zmianą przyszła refleksja i coraz większa świadomość... że jestem nieszczęśliwa. I z każdym dniem to uczucie mnie coraz bardziej przygniata. Mogę powiedzieć, że obecnie przeżywam chyba jakieś apogeum. Nie mogę o niczym innym myśleć, tylko o tym, że żyję z człowiekiem którego nigdy nie kochałam i nie kocham. I nie chodzi o te przysłowiowe motyle w brzuchu. Chodzi o to, że ja nie czuję z nim więzi. Wręcz mogę powiedzieć, że mimo tylu razem przeżytych lat jest dla mnie jak wróg. Nie cieszę się z jego sukcesów. Nie zależy mi na jego dobru... To co piszę jest straszne i czuję się z tym okropnie. Ale chcę wszystko nazwać po imieniu. Dotychczas mimo, że już sobie to uświadomiłam żyłam w przekonaniu, że tak musi być i już. Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela. Tłamsiłam te smutne uczucia i trochę nadal udawałam przed samą sobą i innymi, że jest ok. Szukałam spełnienia w innych sferach - w pracy, czy relacji z córką. Od jakiegoś czasu jednak jedna myśl nie daje mi spokoju. Otóż jeszcze przed ciążą gdy chodziłam na terapię do znajomej terapeutki (notabene bardzo wierzącej), zadała mi kiedyś pytanie czy nie myślałam o unieważnieniu naszego małżeństwa. Ja wtedy ze strachu bez zmianą i nadal udając sama przed sobą że jest ok nie brałam tego pod uwagę. Dzisiaj coraz bardziej to jej pytanie kołacze mi się po głowie... Wielu szczegółów jeszcze nie napisałam. Ale może z tego co już jest będzie ksiądz mi w stanie coś poradzić... Mam poczucie, że krzywdzę męża. Brakiem miłości. Czuję, zę go oszukuję. On raczej się nie domyśla, bo nie daję mu tego bardzo poznać po sobie. Chociaż od jakiegoś czasu stałam się bardziej obojętna na to co powie. Żyję trochę nieobecna. Trochę to zauważa, ale jest dość prostolinijnym człowiekiem i chyba nie drąży tego tematu. Kocha mnie bardzo i stara się jak może. Chyba wydaje mu się, że wszystko jest dobrze. Cały czas mówię sobie, że muszę wytrwać dla dobra rodziny, córeczki i z powinności wobec niego. Bo przecież przysięgałam. A na dodatek on się stara. Nie mogę go skrzywdzić. Ale z drugiej strony to wszystko mnie dusi. Nie żyję normalnie. Wciąż o tym myślę. Do tego dochodzi kolejna wstydliwa sprawa... Moja niedojrzałość emocjonalna nadal się objawia w taki sposób, że co jakiś czas zauraczam się w innym mężczyźnie... Jest to na tyle silne, że nie potrafię tego powstrzymać, jestem wtedy całkowicie odcięta od świata. Jestem wtedy wręcz zdolna odejść jeśli tamto uczucie okaże się silniejsze niż przywiązanie do obecnego życia. Wstydzę się tego bardzo, ale taka jest prawda. Już od niej nie uciekam. Jestem strasznie niedojrzała. Jak mała dziewczyna która szuka akceptacji u innego mężczyzny. I dlatego czuję się z tym strasznie. Z tym, że oszukuję męża. Myśli, że go kocham i że jest jedyny dla mnie. A ja przytakuję i mówię że tak jest. Gdy mówi, że mnie kocha - ja odpowiadam to samo. Ale robię to tylko dlatego żeby mu nie było przykro. Czuję się strasznie z tym zauraczaniem w innych... Ktoś mi powiedział, że gdybym go kochała to bym się na innych nie oglądała. Nie wiem na ile to prawda, a na ile to jest kwestia mojej totalnej niedojrzałości.... W mojej głowie kołaczą mi różne pytania. Czy mam zagryźć zęby i żyć tak dalej dla dobra rodziny, małżeństwa, dziecka... ? Boję się, że będzie coraz gorzej. Mam wyrzuty sumienia, że go oszukuję i nie daję mu tego, na co zasługuje. A nie potrafię inaczej... Straszne to jest, ale codziennie czuję do niego nienawiść.................. Czy powiedzieć mu o moich rozterkach? Czy to coś pomoże, czy zadam mu niepotrzebnie cierpienie? Z drugiej strony mam wrażenie, że go oszukuję i źle mi z tym. Czy może na teraz wyjściem byłaby chwila oddechu od siebie? Teraz czuję, że się duszę. Mam obsesję na tym punkcie. Wciąż o tym myślę, zamiast zająć się "normalnym życiem". Może z dystansu spojrzałabym na tę sprawę inaczej? Może doceniłabym to co mam? Z drugiej strony boję się, że taką prośbą bardzo go zranię... Gdy myślę o tym, że muszę tak trwać mam takie dziwne poczucie... że to nasze małżeństwo jest tak jakby nieprawdziwe. Że nie możemy dalej tak trwać, bo... Mam dziwne uczucie, że to będzie tak jakby złe. Trochę tak, jakbym żyła z kimś bez ślubu... takie uczucie we mnie jest. Jakbym robiła coś złego. Jakby Pan Bóg tego nie chciał... Dlatego porady, które słyszę, że powinnam walczyć o naszą miłość, pracować nad nami są takie jakby obok naszej sytuacji. Jak mam walczyć o coś, czego nie ma i nigdy nie było z mojej strony... Takie dziwne myśli mi przychodzą do głowy. Może niepotrzebnie. I dlatego czasem myślę, czy Pan Bóg nie daje mi znać, że to nasze małżeństwo jest złe. Czy tak w ogóle może być? Że Pan Bóg chciałby żebyśmy się rozstali...? Tak bardzo chciałabym żeby mój mąż był szczęśliwy. Zasługuje na miłość. Prawdziwą, nie udawaną. Nie umiem go obdarzyć takim uczuciem.... Może to głupie, ale byłabym szczęśliwa gdyby znalazł sobie inną kobietę i był z nią szczęśliwy. Wtedy mogłabym odejść bez wyrzutów sumienia. Przepraszam za chaos w wypowiedzi. Jeśli coś jest dla księdza niejasne z chęcią napiszę. Proszę o pomoc, poradę.... Co robić....? Czekać, działać? Mówić, ukrywać uczucia? Jestem totalnie zagubiona i nie potrafię o niczym innym myśleć i normalnie żyć.... Z góry dziękuję za odpowiedź i pozdrawiam.



Żyj dla dobra swojego, małżeństwa i dziecka. To, co odczuwasz, może być stanem przejściowym, odczuciem potrzeby szaleństwa w miłości. Tak wybrałaś. Miłość, to wybór, nie łączy się zawsze z przyjemnymi, podniosłymi uczuciami, z wrażeniem wyjątkowości chwil. Co jest w tym wszystkim najważniejsze? Twój wybór za którym powinnaś pójść bez względu na samopoczucie.

Na życie z takim mężczyzną zgodziłaś się. Odczuwasz do niego nienawiść, ponieważ nie wybrałaś tak, jak chciałaś, jak powinnaś? Dlaczego on jest winny? W odpowiednim czasie mówimy, decydujemy. Potem jest już tylko konsekwentna realizacja naszych wyborów, choć nie czujemy się często najlepiej w małżeństwie.

Czy to jest tak, że skoro nie ma miłości, to jest nienawiść? W takim razie, coś jest. Powiadają, że przeciwieństwem miłości jest nienawiść. Wydaje się, że jest inaczej. Otóż, przeciwieństwem miłości jest obojętność. W Tobie tej obojętności nie dostrzegam. Cenisz męża za jego miłość, dobroć, troskę.

Czy opowiedzieć mężowi o Twoich rozterkach? Myślę, że tak. Noście razem to, co piękne i to, co jest rozdzierające, burzące. Czyż nie powinien przejąć i nieść z Tobą to wszystko, z czym sobie poradzić nie możesz? A kiedy on o tym się dowie, wówczas może odpowiadać na Twoje potrzeby tak, jak tego potrzebujesz i pragniesz. Mówiąc mężowi, chronisz siebie przed zakochiwaniem się w innych mężczyznach. Czyż mąż nie powinien żyć tym, czym najgłębiej żyje jego żona? A żona, czyż nie powinna odczuwać to, co jest najgłębiej w sercu jej męża? On mówi Tobie o swoich odczuciach do Ciebie. Ty natomiast go zwodzisz, opowiadając o tym, co będzie tzw. poprawnością małżeńską. Na poprawności daleko się nie ujdzie. Potrzebna jest prawda, prawdziwość, szczerość prowadzące do wzajemnego zaufania. Ono pozwala trwać w małżeństwie, nie wegetować.

Czyż męża nie powinno zaboleć to, co Ciebie boli? Zadajesz cierpienie w określonym celu. A celem tym jest wasze dotarcie się wzajemne, oczyszczenie, uświadomienie tego, że nie jest kolorowo. Nie chodzi o to, żeby było kolorowo, lecz jasno, by wasza relacja małżeńska była przejrzysta. Myśląc o ty, że zdasz mu niepotrzebne cierpienie, czyż nie wyznajesz w ten sposób, że go kochasz. Może Ty nie wiesz, że kochasz męża? Być może wmawiasz sobie różne sprawy i jesteś pierwszą i ostatnią, która w to wierzy?

Nie chcesz go oszukiwać, i to jest piękne. Źle się z tym czujesz, i to jest ważne. Dla mnie, jest to nieuświadomiona przez Ciebie miłość do męża. Tobie zależy na tym, aby on nie cierpiał, a zarazem, aby nie był oszukiwany. Złapiesz oddech, kiedy mężowi o tym wszystkim powiesz. Dusisz się w związku, ponieważ nosisz sama to, co powinniście nosić we dwoje. Przeznaczasz czas na to, co Ciebie osłabia, a nie wzmacnia. Kiedy żona ujawnia przed mężem to, o czym wciąż myśli, doznaje uwolnienia od tego, co było jej udręką, a może stać się błogosławieństwem, oczyszczeniem. On Cię kocha, więc zrozumie, co mówisz, co czujesz, w jakim stanie ducha jesteś.

Obsesja nie jest zjawiskiem dobrym. Doszłaś do przysłowiowej ściany i czas na porządną damsko-męską rozmowę. Czas na normalne życie. Jesteś jak balon, który nie przyjmie więcej powietrza. Nabierzesz dystansu wtedy, kiedy się zwierzysz. Mąż powinien być pierwszym człowiekiem dla żony w sprawach najwyższej wagi. Czy wiesz, że zwierzenia zbliżają? Tu jest jeszcze jeden, niezwykle atut, a mianowicie, zwierzasz się temu, który Cię kocha. Oddajesz swój niepokój, lęki, nieporadność. Co możesz otrzymać? To, czym on żyje najgłębiej, kochaniem Ciebie.

Wmawiasz sobie, że musisz tak trwać. Wasze małżeństwo jest prawdziwe, lecz Ty nie będąc w porządku wobec męża odczuwasz, że ono jest nieprawdziwe. To, co jest w nas nieprawdziwe, zmienia nasze postrzeganie rzeczywistości, w której żyjemy. Dalej nie możecie w ten sposób funkcjonować, jako małżeństwo. Twoje rozeznanie jest prawidłowe. Taką relację nazywasz złą, a nawet więcej, jakbyście żyli bez ślubu.

Twoje uczucia do męża, to nie jest współczucie, litość, lecz miłość. Bóg nie chce, żebyście się rozstali, lecz nadal w małżeństwie trwali. Chcesz, żeby mąż był szczęśliwy. Jest na to sposób. Ty bądź szczęśliwa. Jesteśmy szczęśliwi wtedy, kiedy osoba, którą kochamy, jest szczęśliwa: spełniająca się, żyjąca pełnią tego, co prawdziwe, szczera, otwarta, odwzajemniająca naszą miłość. Dobrze życzysz mężowi. Chcesz, aby znalazł inną kobietę i był szczęśliwy. On już znalazł. Z Tobą jest szczęśliwy.

Nie jesteś w stanie odejść od męża, ponieważ bez niego, nie byłabyś szczęśliwa. Przedstawiasz argumenty na brak Twojej miłość, a ja wręcz przeciwnie, dostrzegam w tym co mówisz, Twoją miłość do męża. Czy nie porusza Cię to, że jest mężczyzna, który Cię kocha i jest z Tobą szczęśliwy? Czy Twoje serce jest nieczułe na tak niezwykłą wiadomość? Kiedy teraz byś odeszła, Twoje sumienie mówiłoby o błędzie, katastrofie, którą uczyniłaś w swoim i męża życiu. Sumienie, to głos Boga w człowieku. Weź i to pod uwagę.

Co robić? Rozmawiaj z mężem, nie ukrywaj uczuć. Powiedz o swoim zagubieniu, bezradności, potrzebuje pomocy. Nikt inny z ludzi tak bardzo nie może Ci pomóc, jak tylko Twój mąż. Masz skarb w domu, a o tym nie wiesz. On znalazł drogocenną perłę i o tym wie i jest z Tą perłą bardzo szczęśliwy. Przejmij od niego to szczęście, w którym on już od lat jest zanurzony i nie szukaj szczęścia poza swoim małżeństwem.

Ks. Józef Pierzchalski SAC



Liczba wyświetleń strony: 10008347 * Liczba gości online: 19 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-17
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC