MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Chcę móc się cieszyć łaską uświęcającą



Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Znalazłem się w kłopotliwej sytuacji duchowej i prawdopodobnie też psychicznej. Nie wiem za bardzo co mam myśleć, jak postępować, czuję pustkę w swoim sercu. Opowiem skąd to się wzięło. Mianowicie jako młodzieniec wpadłem w sidła nieczystości, kolegów miałem nieciekawych i nie da się ukryć, że za ich przykładem wciągnąłem się w nałóg onanizmu, z którym zmagam się do dzisiaj. Teraz już wiem, że gdybym kiedyś bardziej słuchał i szanował rodziców to w ogóle by tego nie było ale zawsze wolałem przypodobać się znajomym niż Bogu czy osobom, które naprawdę darzyły mnie prawdziwą miłością. Tata odkąd pamiętam był alkoholikiem i hazardzistą. Miałem trudne dzieciństwo, co zawsze stanowiło dla mnie pewien kompleks i szukałem ucieczki aby wyrwać się myślami z domu. Przez całą młodość obwiniałem tatę za wszystkie nieszczęścia mojego życia, pałałem niejednokrotnie złością i nienawiścią. Ale gdy się uspokajałem to czułem, że pomimo tego w głębi serca kocham go takim jakim jest. Moje kłopoty z nieczystością zaczęły się właśnie od takich ucieczek od rzeczywistości, miałem kontakty homoseksualne. Było rzadkie i incydentalne (do policzenia na palcach jednej ręki), dlatego pamiętam każdy z nich. Wtedy byłem w takim wieku, że nie miałem pełnej świadomości tego co robię. Później zaczęła się pornografia i onanizm, nie wiedziałem nawet o co z tym wszystkim chodzi ale jak zwykle od czego są koledzy. Oni pokazali mi pierwszy film i wszystkiego nauczyli, czyli jak dodać sobie szczęścia. Tak to wtedy postrzegałem, myślałem, że to normalne i wszyscy tak robią. Tak faktycznie w mojej wyimaginowanej rzeczywistości wyglądał świat. No i pamiętam dokładnie, że wtedy zaczęły się schody przy spowiedzi. Postanowiłem, że nie będę w ogóle się z tego spowiadać, bo co ksiądz sobie o mnie pomyśli, a po drugie nie uważam tego za grzech i tak właśnie raz za razem dokonywałem świętokradztwa. Do komunii chodziłem, bo wszyscy chodzili i wstyd mi było przed innymi. W pewnym momencie mojego życia, chyba to była 2 lub 3 gimnazjum jakby dojrzałem. To znaczy uświadomiłem sobie, że mój nałóg jest wielkim złem, a ja już nie jestem w stanie tego kontrolować i w zasadzie nigdy nie byłem, a do tego zadałem ogromny ból Jezusowi. Pojawiło się we mnie bardzo silne pragnienie naprawy swojego życia. Miałem wtedy bardzo dobrego katechetę i coś mnie skłoniło do zapisania się do koła biblijnego. Pierwsze doświadczenie ze Słowem Bożym, miło wspominam tamten okres. Warto zaznaczyć w tym miejscu, że nie jestem homoseksualistą i nie mam takich skłonności, wprawia mnie to w obrzydzenie, a te incydenty, o których pisałem na początku to tylko kilka wybryków, które nigdy już później się nie powtórzyły. Wracając do głównego wątku - miałem wtedy świadomość, że to świętokradztwo, że ja świadomie zatajam swoje grzechy i do tego spożywam dla siebie potępienie. Nie wiedziałem kompletnie jak mam z tego wyjść i nie było nikogo takiego komu był mógł o tym powiedzieć, kto by mi pokazał jak stać się prawdziwym mężczyzną i pojednać się z Bogiem. Przestałem przyjmować Komunię, a spowiadałem się tylko na święta, bo wstyd było przed innymi. No i zaczęła się szkoła średnia. W tym momencie pojawiło się nowe towarzystwo kolegów i zaczęło się ganianie za dziewczynami. Stałem się pijaczkiem i cudzołożnikiem. Spadłem jakby na samo dno i byłem tego świadomy. Poznałem dziewczynę, z którą wszedłem w związek i w sumie rozpoczęliśmy normalne współżycie, trwało to bardzo długo (4 lata) aż do naszego rozstania, czułem że nie mogło być inaczej ale wrócę jeszcze do tego. Na przełomie 1/2 klasy szkoły średniej miałem istne stany załamania, bardzo wierzyłem w Boga, bardzo chciałem się nawrócić, ale silniejsze wtedy były moje nałogi. Nie raz leżałem w domu krzyżem albo klęczałem nawet na chodniku rozpłakany jak małe dziecko. Czułem, że Jemu na mnie po prostu zależy i mnie kocha takiego jakim jestem, daje mi szansę i może to wszystko po prostu zabrać jeśli pozwolę się mu oddać. I tak postanowiłem, że zrywam w pierwszej kolejności z kolegami i popijaniem, bo to mi się wydało najłatwiejsze. Do dzisiejszego dnia okazało się, że takich prawdziwych przyjaciół to w życiu może miałem 3 albo góra 4. No i nastąpił przełomowy moment, poszedłem ze łzami do konfesjonału. Powiedziałem o swoim nałogu, o cudzołóstwie, o kolegach, alkoholu, świętokradztwie. Chciałem zerwać z tym życiem, szczerze postanowić w skrusze i żalu o poprawie. Wiedziałem wtedy, ze mogą zdarzyć się jeszcze upadki, że nawrócenie i przemiana to może być bardzo długi proces i nie jest to kwestia magicznego pstryknięcia palcem ale poczułem niesamowite szczęście, ulgę, radość. Miałem nadal dziewczynę, ale przestaliśmy na długi okres cudzołożyć, bo ja tego nie chciałem i było mi z tym dobrze, chciałem pogłębić swoją wiarę, nauczyć się życia w czystości i kiedyś założyć normalną zdrową rodzinę. Zacząłem regularnie spowiadać się szczerze i uczciwie od ostatniej spowiedzi tak jak pamiętam i umiem. Jej chyba było z tym faktem źle, bo zaczęła mi o to robić wyrzuty. Nigdy nie powiedziała tego wprost, ale nie odpowiadało jej to, że ze mnie nagle taki katolik. Wiele razy padłem ofiarą czyjegoś wyśmiania, upokorzenia - "wielki wierzący się znalazł, a kiedyś to jaki byłeś, co robiłeś, już nie pamiętasz?". Ja wiedziałem, że to szatan mówi. Modliłem się więcej i starałem się jak najbardziej unikać okazji do grzechu. Była 4 klasa technikum, dostaliśmy dobrego katechetę. Na samym początku popadłem z nim w konflikt, byłem bardzo kłótliwy i opryskliwy. On też nie dawał za wygraną, więc się docieraliśmy raz za razem. W pewnym momencie ogłosił, że jest konkurs biblijny. Ja nie byłem jakimś omnibusem, ale jak zobaczyłem, że Świadkowie Jehowy zapisują się do katolickiego konkursu, a u nas nikt nawet palcem nie kiwnął to uniosłem się dumą i zgłosiłem. Pojechaliśmy razem i okazało się, że ten człowiek cały czas jest przy mnie myślami i wspólnie znajdujemy jakiś mianownik tylko trzeba do tego pokory. Opowiedziałem mu nieco o swojej dziewczynie, bo wtedy ona była czynnikiem wiodącym w moim życiu i bardzo pragnąłem tego aby ona też się nawróciła i przestała udawać, że nie wie jak należy żyć. Dał mi kilka wskazówek i objaśnił nieco w świetle Ewangelii dlaczego jest tak, a nie inaczej. No i podjąłem decyzję, że z nią już nie chcę być na pewno i nie będę razem planować żadnej przyszłości, że stawiam na Pana Boga i jemu ufam, bo w tym życiu jakie mam teraz nie ma drogi do zbawienia ani dla mnie ani dla niej i razem spadamy w dół. Uświadomiłem sobie, że Jezus może dać mi PRAWDZIWE ŻYCIE i jej też jeśli uwierzy i zaufa. Poszedłem wtedy na studia i miałem taki okres, w którym szukałem tego czym mam się w życiu zająć. Jeździłem na różne rekolekcje, spotykałem się z ludźmi, rozstałem się dość burzliwie (niestety) z dziewczyną i jestem do teraz na takim etapie rozeznawania swojego powołania. Zacząłem odnosić pokaźne sukcesy w walce z masturbacją i miewam już takie okresy życia w czystości, że kiedyś byłoby to w ogóle nie do pomyślenia. Czuję, że łaska Boża zadziałała. Okazało się, że aby walczyć z onanizmem należało walczyć z lenistwem, komputerem i marnotrawieniem czasu w domu, a nie ćwiczyć silną wolę itp., ponieważ podłoże tego uzależnienia leży najczęściej w innych problemach osobowościowych. Właściwy problem, którym teraz jestem dotknięty zaczyna się dopiero w tym momencie opowieści. Szatan nie próżnuje i ja wiem, że będzie tu krążyć na zgubę dusz ludzkich do końca dni. Pewnego razu na modlitwie, gdy starałem się zrobić sobie rachunek sumienia pojawiły się u mnie wyrzuty za grzechy z dzieciństwa. Ale to ogromne... doprowadzające do łez i wątpliwości w Boże miłosierdzie i łaskę. Nikomu nie życzę tego uczucia ale w moim życiu się pojawiło. Przypomniałem sobie wszystko co się działo przed laty i przypomniała mi się spowiedź przełomowa, kiedy chciałem naprawić swoje życie i zmienić bieg, ta o której wspomniałem wcześniej. Wyznałem oczywiście swoje świętokradztwo ale nie powiedziałem o tym, że w dzieciństwie miał miejsce homoseksualizm, nie wspomniałem tam o wielu takich sprawach związanych z nieczystością. A przecież do tego momentu wszystkie spowiedzi i komunie były nieważne. Po prostu rzecz ujmując: nie zrobiłem wtedy dokładnego rozrachunku z całej mojej przeszłości od dzieciństwa kiedy to się zaczęło, tylko w euforii pobiegłem do konfesjonału pojednać się z miłosiernym Ojcem mówiąc o tym co działo się ostatnio i jak moje życie wygląda w tym momencie pomijając fakty jak to się zaczęło i odkąd trwa. Gdy się to pojawiło około 3-4 tygodni temu chodzę przygnębiony, nie spowiadam się ani nie chodzę do komunii w strachu przed potępieniem. W tym momencie nie wiem, czy mam iść normalnie do spowiedzi mówiąc o tym co miało miejsce od ostatniej ważnej spowiedzi - no właśnie tylko kiedy ona była? Uznać wszystko za nieważne i wyspowiadać się z tych 12 lat, czy jak zwykle od ostatniej spowiedzi jakakolwiek ona by nie była? A może spowiedź generalna? Wrażenia i uczucia mam mieszane. Jestem świadomy tego, że: 1 podpadam pod skrupulanctwo; 2 nie umiem ustalić daty ostatniej ważnej spowiedzi; 3 nie wiem co z grzechami z dzieciństwa; 4 szatan na bank maczał w tym wszystkim palce; 5 mam przeogromne pragnienie jedności z Bogiem i przyjmowania go w Eucharystii oraz wierzę szczerze w jego miłość, chcę chodzić Jego drogami. Serdecznie przepraszam, że się tak rozpisałem ale z rozpaczy szukam już pomocy po Internecie. Miałem potrzebę wyrzucenia tego, nie mam możliwości aktualnie w tym czasie rozmowy z księdzem, a nie chcę chodzić w ciężkich grzechach tylko normalnie móc się cieszyć łaską uświęcającą. Dziękuję za poświęcony czas i nie proszę o żadne rady tylko chociaż trzy zdania konstruktywnej oceny osoby duchownej z zewnątrz co do tej sytuacji. Niech Pan Bóg błogosławi :)



Wyspowiadaj się z 12 lat. Nie szukaj daty ostatniej ważnej spowiedzi. Powiedz na spowiedzi, że masz wątpliwości co do ważności Twoich spowiedzi od 12 lat. Obejmij ten okres szczerze i prawdziwie, żeby szatan, w pewnym momencie Twojego życia nie postawił zarzutu, że coś zapomniałeś, pominąłeś albo zataiłeś.

Nie poddawaj się zniechęceniu. Bóg Cię prowadzi. To namacalne, widoczne. Uczyniłeś bardzo wiele w swojej współpracy z Bogiem. Bóg upomina się o Ciebie. Twoje pragnienie życia w stanie łaski uświęcającej jest znakiem objawiania się Ducha Świętego.

Nie wchodź w uczucia rozpaczy, to nie jest Boże, lecz z ducha ciemności. Pełna ufność do Boga jest Ci potrzebna. Zdecyduj się zatem na spowiedź generalną z tego okresu życia, od kiedy wszedłeś w praktykę grzechów ciężkich. Poproś kapłana o czas na dłużą spowiedź i pomoc przez stawianie pytań, kiedy wszystko wyznasz.

Jesteś na wygranej pozycji, ponieważ są w Tobie piękne pragnienia, które trwają i które dają Ci pokój serca, i pragnienie bliskości Boga. Duch Święty przypomina Ci o grzechu, chcąc Cię głęboko oczyścić, a to oznacza jedno, uszczęśliwić. Czysty, żyjący w łasce uświęcającej, jest człowiekiem szczęśliwym. Źródłem szczęścia jest Bóg i nie ma poza nim nikogo i niczego, co mogłoby nas uszczęśliwić.

Włączam Cię w moje modlitwy.

Ks. Józef Pierzchalski SAC



Liczba wyświetleń strony: 9767170 * Liczba gości online: 20 * Ostatnia aktualizacja: 2017-07-24
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC