MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Jak być prawdziwym katolikiem?



Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Jestem studentką, jestem w trakcie sesji egzaminacyjnej, lecz nie na ten temat chciałam porozmawiać. Najpierw trochę o sobie: od dzieciństwa jestem człowiekiem, u którego stwierdzono obojnactwo rzekome męskie. Nie mam piersi, nigdy nie zajdę w ciążę a układ rozrodczy żeński u mnie prawie w ogóle nie istnieje. Uważam siebie jednak za kobietę. Z powodu kilku różnic między mną a rówieśnikami, byłam odrzucana, czy to z powodu innych zainteresowań, wyglądu, czy to również w kwestii wiary. Odtrącano mnie. I w szkole podstawowej i w gimnazjum i w liceum. W gimnazjum nawet pedagodzy usilnie próbowali mi wmówić, że cierpię na zespół Asbergera a wszystko po to, by się mnie pozbyć, w liceum natomiast przed maturą miałam depresję. Od 4 klasy szkoły podstawowej przestałam wierzyć w Boga. Przestałam modlić się do Niego. Nie praktykowałam wiary. Zanegowałam Jego istnienie, używając do tego rozumu. Wiele rzeczy uważałam za bezsensowne. Miałam negatywne nastawienie do samego Kościoła jako polityczny twór, którego główny cel to podporządkowanie sobie wyznawców, by stali się wobec nich posłuszni. Wtedy uznawałam, że Bóg to jedynie wymysł Kościoła. Nie negowałam jednak Jezusa Chrystusa. Nawet wtedy wiedziałam, że Pan Jezus naprawdę istniał. Uważałam jednak, że w tamtych czasach, czyli około 2000 lat temu, było wielu takich, którzy również nauczali. Twierdziłam kiedyś, że nauki Chrystusa przetrwały do dziś, ponieważ On miał po prostu szczęście a pozostali nauczycieli mieli po prostu pecha i o nich świat nie usłyszał i nie usłyszy a głosili podobne do nauk Chrystusa rzeczy. Popełniałam grzech ciężki za grzechem ciężkim, świadomie lub nieświadomie, że popełniam coś, co w katolicyzmie jest grzechem ciężkim (np.: masturbacja, która według stron internetowych oraz tzw. "ekspertów", należy ją stosować, by rozwijać swoje narządy płciowe plus kilka rad, jak się do niej przygotować. Ba, nawet moja mama mi powiedziała, że powinnam się masturbować, bo pozytywnie wpływa na organizm ludzki! Najciekawsze jest to, że w takie brednie uwierzyłam. Uważałam również, że skoro nie mam i nie będę miała chłopaka, to jestem skazana na samogwałt. Wszystko przemawiało za tym, ale pominięto kluczową wadę, o której nie wiedziałam przez całe swoje życie). Nie było żadnego sumienia. Byłam smutna i opuszczona. Nie widziałam dalszego sensu życia. Miałam myśli samobójcze. Zaniedbałam zdrowie, religię i naukę. Byłam obojętna na wszystko. Coś jednak sprawiło, że znów odżyłam, tak jakby na nowo... i dzięki temu przestałam myśleć o samobójstwie. Celowo w całym trzecim akapicie widnieją tylko i wyłącznie czasy przeszłe. Twierdziłam, miałam, uznawałam, i tak dalej. Dziś mam ukształtowaną inną opinię na powyższe tematy. Wszystko to zmieniło się od momentu, kiedy moja dziewięcioletnia, najmłodsza z rodzeństwa siostra przygotowywała się do swojej I Komunii świętej (mam dwie siostry i brata, wszyscy w mojej rodzinie są tak zwanymi "niepraktykującymi katolikami", łącznie ze mną, z rodzeństwa jestem najstarsza). Początkowo przygotowania mojej siostry uznawałam za konieczność, "bo tak wypadało". Później jednak zaczęłam prosić. Moje prośby nie miały żadnego adresata, ponieważ przecież jeszcze negowałam istnienie Boga. Potem parę razy chodziłam z przymusu na Mszę świętą, żeby pokazać siostrze, jak wygląda co niedzielna Msza święta. Tak, z przymusu, gdyż niechętnie uczęszczałam na Msze święte. Wcześniej chodziła na Mszę świętą jedynie wtedy, kiedy był albo początek albo koniec roku szkolnego. Tłumaczyłam jej, m.in. kiedy należy wstawać z ławki, kiedy klęknąć, i tak dalej. Któregoś dnia zbliżała się pierwsza dla siostry spowiedź. Okazuje się, że nigdy nie jest za późno, by zejść ze złej drogi. Wtedy coś mnie tknęło, by zrobić rachunek sumienia i podejść do konfesjonału. Ksiądz pozwolił mi na spowiedź. Podczas spowiedzi wymieniłam swoje grzechy, szczerze za nie żałowałam i czułam wtedy, że naprawdę chcę zmienić swoje życie. Przyrzekłam poprawę, udzielono mi rozgrzeszenia i od tamtej spowiedzi wszystko się zmieniło na lepsze. Od tamtej pory codziennie myślę o Panu Bogu, przemawiam do Niego, czy to w pociągu, czy w domu, czy na studiach. Modlę się rano i wieczorem i składam swoje prośby. Najważniejszą prośbą jest prośba o prowadzenie mnie przez życie; pokazanie mi, co to znaczy być prawdziwym katolikiem, jak nim być. Lubię codziennie powtarzać następujące zdanie: "Bóg jest Miłością, Bóg jest Nieskończonym Dobrem, Bóg jest Bytem, jeśli mówię, że Bóg nie jest Bytem, to twierdzę herezje." Mówię także w myślach, że "Wierzę w Boga, Ojca Wszechmogącego, Jezusa Chrystusa, który umarł na krzyżu i zmartwychwstał, Maryję dziewicę, Ducha Świętego. Wierzę, że istnieje Niebo i Piekło". Zaczęłam chodzić na Msze święte. Zaczynam w tym widzieć przyjemność i jako okazję do spotkania się z ludźmi, którzy na co dzień wielbią Boga. Przyjmuję Komunię świętą. Zaczęłam naprawdę wierzyć. Nie patrzałam na Boga w kategorii rozumu, ale w kategorii wiary. Dzięki wierze przestałam się gniewać na innych i notorycznie ich okłamywać a obowiązki przez nich wyznaczane wykonuję bez sprzeciwu. Uważam, że w tej kwestii uczyniłam największy postęp. Od kiedy dowiedziałam się z Księdza strony, że masturbacja to grzech ciężki (w końcu się o tym dowiedziałam, jeszcze raz dziękuję, proszę Księdza), całkowicie się od tego odcięłam. Innym stanowczo radzę to samo. Nieważne, co będą mówili koleżanki, czy koledzy. Bóg mi pomógł zostawić myśli o samobójstwie. Wiem również, że Bogu zależy, bym ukończyła studia ze względu na rozwijanie jedynego zamiłowania, które może się na coś przydać - matematyka. Czasami jednak nie jest aż tak różowo, jak się tylko wydaje. Jestem kuszona przez myśli, głównie przez napływające do mnie wulgarne słowa, które mają rzekomo powodować obrazę Boga. Jestem kuszona poprzez czytanie w myślach wulgarnych komentarzy internautów w Internecie, używania ich. Od momentu tamtej spowiedzi minął zaledwie tydzień. W ciągu tych dni popełniłam jeden grzech. Lekki, ale nieważne, że lekki. Ważne, że grzech. Pokusiłam się o ściąganie podczas sprawdzianu. Wtedy obudziło się sumienie. Kiedy wstałam z krzesła, sumienie mówiło mi, że popełniłam coś złego. Żałowałam tego, co się stało. Następnie zrobiłam coś, co do dzisiaj wywołuje we mnie konsternację - natychmiast chciałam sprawdzić w Internecie czy ściąganie to grzech ciężki... aż ręce opadły. Potem zdałam sobie sprawę, że przecież ściąganie to oszustwo a oszustwo to oszukiwanie prowadzącego test oraz samą siebie. W tym samym dniu poszłam na Mszę świętą. Ta sytuacja, o której mowa wydarzyła się dzisiaj. Nie powinnam sprawdzać już w Internecie, czy grzech, jaki kiedyś popełnię, należy do grzechów ciężkich, czy nie, gdyż według mnie, to tak nie polega wiara, by od grzechów ciężkich trzymać się z daleka a ewentualnie grzechy lekkie mile widziane, "bo Spowiadam się Bogu Wszechmogącemu je gładzi". Grzech to grzech i to była moja dzisiejsza nauka postrzegania grzechów lekkich. Wtedy zdałam sobie sprawę, że muszę jeszcze bardzo, ale to bardzo dużo się nauczyć, ponieważ jest jeszcze wiele przede mną, dopiero co, teoretycznie wróciłam na właściwe tory i zaczynam uporządkowywać swoje życie od nowa. I tu przechodzę do sedna sprawy - co dalej? Przez zaniedbanie religii nie byłam bierzmowana. I tu znów pojawiają się pytania, dlaczego nie zostałam bierzmowana. Nie byłam bierzmowana, ponieważ: nie zasłużyłam i nadal na bierzmowanie nie zasługuję oraz nadal nie jestem na bierzmowanie gotowa. Nie mam chłopaka i nie będę miała, gdyż nie jestem prawdziwą kobietą według mężczyzny. Już sam niski głos, który posiadam, przeszkadza w nawiązywaniu znajomości, mój charakter - introwertyk - również. Nie wiem również, czy przywrócenie wiary w Boga nie jest przypadkiem czymś chwilowym? Że się nie zniechęcę? Mam również obawy, że robię jednak zbyt mało, by uznać siebie za nawróconą. Zmiana trasy co prawda nastąpiła, ale trasa nadal trwa... Czy przypadkiem nie popełniam jakiegoś błędu? Może jestem zbyt skrupulatna, gdyż poszukuję czegoś, co chyba nie istnieje, czyli dążenie do czystej perfekcji? Posiadam słabości, które mogą skutecznie przeszkodzić w dążeniu do bycia prawdziwym katolikiem. Po pierwsze, mam skłonność do prowadzenia obszernej dyskusji, jak wynika to z obszerności tego listu. Lubię dyskutować, problem w tym, że rodzina niekoniecznie. Po drugie, interesuję się polityką i o niej na co dzień dyskutuję. Najczęściej sama ze sobą. Gorące tematy chętnie komentuję. Nie umiem gotować. Jestem bardziej chłopczycą, niż gospodynią domu. Gdybym popełniła samobójstwo podczas smutku i negowania na każdym kroku Boga, z prawdopodobieństwem 100% trafiłabym do Piekła. Nie chcę trafić do Piekła. Chcę iść do Nieba, ale na Niebo nie zasługuję i nie wiem, czy na to zasłużę. Co w takim razie zrobić, by być przykładnym katolikiem? Czy powinnam od siebie wymagać więcej? Proszę wybaczyć za BARDZO obszerny list. Nie spodziewałam się takiej długiej wiadomości. Z Panem Bogiem.



Nie przyjęłaś Sakramentu bierzmowania, ponieważ Twoi rodzice nie byli tym zainteresowani. Dlaczego nie byli zainteresowani? Ponieważ, jak powiedziałaś, są niewierzący. Możesz teraz przygotować się do tego Sakramentu i go przyjąć. Zachęcam Cię, abyś w tej sprawie skontaktowała się z Duszpasterzem Akademickim. On Ci powie, co masz czynić.

Według tego, co napisałaś, Twoje nawrócenie ma znamiona Bożego działania w Twoim życiu. Nie było tu przypadku. Jako wierzący wyznajemy, że tak działa Opatrzność w życiu człowieka. Ośmielam się powiedzieć, że Twoja przemiana duchowa nie jest przypadkowa, nie jest chwilowa. Pozwól prowadzić się Bogu. Staraj się pamiętać o niedzielnej Mszy św. i uczestniczeniu w niej w sposób pełny, czyli połączony z przyjmowaniem Komunii św. Ponadto pamiętaj o systematycznej spowiedzi. Zachęcam Cię, abyś spowiadała się raz w miesiącu. Warto przyjąć stały termin, pierwsza sobota każdego miesiąca.

Bądź prawdziwa w wierze, konsekwentna w jej praktykowaniu i troszcz się o relację z Jezusem Chrystusem. Rozmawiaj z Nim każdego dnia. Czytaj Nowy Testament, rozważaj te słowa. Nie ma w Tobie słabości, które przeszkodziłyby w dążeniu do bycia prawdziwym katolikiem. Możesz dyskutować, poszukiwać, stawiać pytania. To jest wskazane, a wręcz niezbędne. Wspaniale, że interesuje Cię polityka.

Dobrze, że nie poszłaś w kierunku samobójstwa. Nasze założenia, iż w takiej sytuacji człowieka trafia do piekła, są niczym nieuzasadnione. Ważna informacja, deklaracja, że chcesz iść do nieba. Nikt z ludzi nie zasługuje na niebo. Dlatego Jezus przyszedł na ziemie, posłany przez Ojca, nauczał, a potem cierpiał, umarł i zmartwychwstał. Dzięki Jego śmierci i zmartwychwstaniu niebo jest dla nas otwarte. Co my powinniśmy zrobić? Chcieć ten dar Boga dla nas przyjąć. Chcieć wejść do nieba. On w naszym imieniu uczynił to, co sprawia, że niebo jest dla wszystkich. Chcieć nieba, to chcieć Jezusa, Jego woli. Jego myśli tają się moimi, Jego pragnienia są moje, Jego wola, dążenia stają się moje. Niebo jest tam, gdzie jest Bóg. Kiedy przyjmujesz Komunię św. niebo jest w Tobie.

Co zrobić? Najważniejsza w naszym życiu wierzących jest Msza św. i przyjmowanie Komunii św. Dalej Sakrament Pokuty, następnie pogłębianie swojej wiary przez czytanie słowa Bożego i zachowywanie go w życiu, codzienna rozmowa z Bogiem, czyli modlitwa. Czy powinnaś od siebie wymagać więcej? Wymagają od siebie Ci, którzy kochają i ci, którzy czują, że są bardzo kochani. Ty właśnie znalazłaś się w takiej wyjątkowej, niezwykłej, szczęśliwej dla Ciebie sytuacji.

Ks. Józef Pierzchalski SAC



Liczba wyświetleń strony: 9444925 * Liczba gości online: 29 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC