MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Czy spowiedź była ważna?



Jestem studentką. Mam pytanie dotyczące spowiedzi. Przez wiele lat do niej nie przystępowałam, bo bałam się że będzie nieważna (chodzi głównie o moje nastawienie, żal za grzechy, o którym nigdy nie wiem czy go mam), przez co wycofałam się z relacji z Bogiem, żyłam w zwątpieniu i chyba rozpaczy (świadomej i czasami już ostatecznej, przeplatało się to z nadzieją, że może kiedyś będzie inaczej) Przed świętami chciałam się wyspowiadać. Zrobiłam rachunek sumienia raczej szczegółowy chociaż i tak chyba niepełny. Było bardzo dużo ciężkich grzechów, z których być może nie wszystkie pamiętam, a te które rozpoznałam to jakby "wierzchołek góry lodowej", tylko niektóre objawy stanu, w którym byłam (i być może wciąż jestem), na pewno było ich znacznie więcej. Zapisałam sobie to wszystko szczegółowo i wydrukowałam. Wyszło 5 stron drobnym maczkiem. Ponieważ wciąż odwlekałam spowiedź, przystąpiłam do niej dopiero w Wielką Sobotę. Akurat znalazłam kościół w którym nie było kolejki do konfesjonału. Czytałam to wszystko z kartki. Doszłam do połowy i ksiądz zniecierpliwił się, powiedział, że zbyt szczegółowo, a musiał już iść. Zestresowałam się, wydukałam jeszcze z pamięci 1-2 grzechy (ze stresu miałam pustkę w głowie i zrezygnowałam z powiedzenia reszty, raczej nie chciałam niczego zataić i dał mi rozgrzeszenie. Ale nie czułam tego bólu, żalu za grzechy, na spowiedzi wręcz przeciwnie, jakbym czytała nie swoje grzechy, odczuwałam niechęć i opór. Z powodu niewyznania wszystkich grzechów i tych negatywnych uczuć nie przystępowałam do Komunii. Chciałam powtórzyć spowiedź. Skróciłam tekst o połowę, usunęłam szczegóły i postanowiłam spróbować w Niedzielę Miłosierdzia. Przed spowiedzią starałam się oddać ją Bogu, o ile pamiętam modliłam się mówiąc że już tym razem przyjmę wszystko jak będzie. Chciałam tym razem zaufać. Próbowałam wzbudzić żal za grzechy i modliłam się o tą spowiedź (tylko, że nie umiem się modlić z zaufaniem i dlatego poprosiłam o modlitwę jeszcze kogoś). Poszłam do innego kościoła (bo istniała szansa, że będzie tam więcej księży spowiadających). Stanęłam w kolejce, ale zobaczyłam, ze jest b. długa (a nie chciałam przeszkadzać), więc poszłam do innej. Wydało mi się (jak się później okazało słusznie), że chyba u tego właśnie księdza spowiadałam się dokładnie rok wcześniej. Wtedy nie chciał mnie nawet słuchać gdy dowiedział się, ze przyszłam, bo wydawało mi się, ze wcześniejsza spowiedź była nieważna, bo przecież kolejka itd, że histeryzuję itp., prawie mnie wygonił. A tym razem nie zdążyłam nic powiedzieć, bo zobaczył kartkę. Powiedział, ze to nie czas na spowiedź z całego życia i kazał schować kartkę i mówić z pamięci. Ja sobie tak to wszystko wcześniej zapisałam, żeby już nie mieć wątpliwości czy mówiłam dokładnie jak było. Zupełnie się zablokowałam, chciałam przypomnieć sobie jak to wszystko zapisałam, ale spanikowałam, miałam pustkę w głowie i udało mi się wypowiedzieć kilka grzechów nie mogłam sobie przypomnieć, zacinałam się jak uczeń pod tablicą, który nic nie wie ( i ciągle miałam wrażenie, ze muszę się spieszyć i dodatkowo mnie to denerwowało) Co widziąc ksiądz miał przejść do nauki, ale powiedziałam, ze mam jeszcze wiele ciężkich grzechów, których nie wyznałam. Odpowiedział, ze wszystkie grzechy, które mam na kartce będą mi wybaczone. Powiedział, że Bóg mnie kocha i nie jest księgowym, przebaczył mi, że teraz mam ukazywać jego miłość innym, coś takiego, nie udało mi się skupić na tym wtedy. Powiedziałam, ze mam problem z żalem. Powiedział, żebym wyraziła go słowami "bądź miłościw mnie grzesznej" i to wystarczy (powiedziałam coś podobnego po swojemu) I udzielił mi rozgrzeszenia. Teraz jak to jest obiektywnie? Czy ksiądz w ogóle może udzielić rozgrzeszenia nie znając wszystkich ciężkich grzechów? Przecież spowiedź ma być zupełna. A gdyby np. ktoś miał grzechy, które nie każdy kapłan może odpuścić? (nie jest to moja sytuacja, ale teoretycznie mogłaby być). Czy taka moja spowiedź była ważna? Przecież tyle osób ma skrupuły z powodu tego czy wszystko powiedziały, a nawet czy powiedziały jak trzeba, a tu coś takiego. Bardzo chciałam żeby już z tym wszystkim skończyć, żeby móc zacząć wszystko od nowa, żeby już nie żyć w tej rozpaczy, pewności potępienia, móc kochać Boga i mieć pewność, że On też mnie kocha. I nie bać się modlić, przyjmować spokojnie Komunię Świętą. Po tej spowiedzi przyjęłam, choć miałam wątpliwości. Ale pomyślałam, ze może ksiądz ma rację, może też Bóg mi wybaczył, chociażby dlatego, ze to była Niedziela Miłosierdzia. Nie chciałam marnować kolejnej szansy. Tylko, że później jak wyszłam z kościoła wątpliwości na nowo się zaczęły, nieufność, niechęć, niedowierzanie. Nie chce wracać do tych ciężkich grzechów. Po poprzednich spowiedziach wracałam z powodu mojej nieufności, bo chciałam sobie znaleźć coś żeby nie myśleć o Bogu i o swoich wątpliwościach, które przeradzały się w pewność, a później rozpacz. Widzę, ze znowu się to zaczyna, jeszcze nie grzechy, ale niechęć do modlitwy, szukanie "ucieczki", zapomnienia w próżnych rozrywkach. bo znowu mi się zdaje, ze Bóg źle o mnie myśli. Boję się wejść w relacje z Nim. Straszna pycha, bo chciałabym móc nie potrzebować Boga. A może tylko o to mi chodziło gdy przygotowywałam się do spowiedzi. Wyspowiadać się, poczuć się lepiej i mieć "święty spokój". Bo po spowiedzi odczuwam coś takiego, jakby Bóg przestawał mi być potrzebny, jakbym Nim pogardzała, zaczynają się takie złe myśli. Przed spowiedzią wydawało mi się, ze odczuwam pragnienie powrotu, ale i to raczej tylko ze względu na mnie, żeby się lepiej poczuć, że już nie jestem zagrożona, być znowu szczęśliwą. Czy w ogóle to jest właściwa motywacja pójścia do spowiedzi? To po prostu jest tak, ze ja znowu Bogu nie ufam, tzn. Jego miłości, chociaż na tej spowiedzi starałam się zaufać, ale z tych przyczyn tym razem bardziej obiektywnych nie wyszło. Wydaje i się, z e Bóg może mnie kochać tylko wtedy, gdy będę idealna i każdy grzech doprowadza mnie do załamania. Nawet w stosunkach z najbliższymi całe życie miałam wrażenie, ze nie jestem dość dobra, że wszyscy mnie oceniają, nie kochają dlatego, ze jestem, ale dlatego, że coś zrobię. Bardzo brakuje mi tej siły do życia i miłości pochodzącej ze świadomości bycia kochaną. Chciałabym tą miłość i przebaczenie Boga odczuć i dzięki temu mieć pragnienie zmiany. Jeśli chodzi o żal, to nie odczuwam go emocjonalnie. To było raczej tak, ze gdy nawet przez przypadek coś przeczytam, np. fragment Ewangelii, jakiś tekst na Internecie, coś usłyszę, to często w takiej jednej chwili dostrzegam, ze postępuję zupełnie na odwrót, że jeśli się nie zmienię, to będzie tragedia i to powoduje, ze po długim czasie w końcu decyduje się na spowiedź. Czy to jest żal za grzechy? Niechęć i obrzydzenie pojawia się tuż po grzechu, albo jeszcze w trakcie, a później tego nie czuję. Na samej spowiedzi też nic nie czuję. Ogólnie wiem, że muszę się zmienić, co, a ostatnio także jak (kiedyś np. byłam tak skoncentrowana na żalu, ze nie dostrzegałam tego, ze muszę zrezygnować z tego co mnie doprowadzało do grzechu i nie rezygnowałam!) Tylko, że po spowiedzi to jakby ustępuje, nie rezygnuję z pragnienia zmiany, ale energia i przekonanie do zadośćuczynienia słabnie (jakbym dochodziła do wniosku po spowiedzi, ze już jest wszystko dobrze). Czy za oszczerstwo po wielu latach można wynagrodzić modlitwą za te osoby? (oszczerstwo popełnione w dzieciństwie, z bardzo dużą szkodą, ale druga osoba już tego prawdopodobnie nie pamięta, miała kilka lat) I za inne grzechy, za które na razie nie mam jak, nie wiem jak wynagrodzić? (chodzi głownie o sprawy finansowe, jeszcze nie pracuję). Czy powinnam powtórzyć spowiedź? (obiektywnie wydaje mi się, że tak) Nie wiem jak to ze mną jest. Proszę o pomoc.



Twoja spowiedź była ważna, choć nie odczytałaś z kartki wszystkich grzechów. Nie oczekuj od siebie, że będziesz odczuwała ból za grzechy. Wystarczy, kiedy powiesz w konfesjonale, że żałujesz za grzechy. Twoje słowa mówią o Tobie, o Twoim nastawieniu, o skrusze. Nie muszą towarzyszyć temu uczucia bólu spowodowanego grzechami. Mogłaś przystępować do Komunii św., nie było żadnych przeszkód. Chcąc spowiadać się z dłuższego okresu czasu, a ponadto mając pięć stron spisanych grzechów, win, powinnaś umówić się z kapłanem uprzedzając, że potrzebujesz do godziny czasu. Należało uprzedzić, że będzie to spowiedź i rozmowa, będziesz oczekiwała wyjaśnień w sprawach, których nie rozumiesz.

Warto w takie sytuacji pójść do duszpasterza akademickiego. W Wielką Sobotę przychodzi wielu ludzi do spowiedzi. To zależy od parafii. Obszerna treść, którą miałaś na kartce zapisaną sugerowała księdzu, że jest to spowiedź z całego życia. Nie należy spowiadać się podczas Mszy św. Ksiądz wówczas nie zdążyłby wyspowiadać nawet jedną osobę. Proszę, umów się z księdzem na oddzielną spowiedź, poza Mszą św., informując, że potrzebujesz do godziny czasu, bez pośpiechu. To, co spowiednik powiedział w odniesieniu do żalu, było słuszne. Wystarczy powiedzieć: „Boże, bądź miłościw mnie grzesznej”. To wystarczający żal. Brak uczuć żalu nie jest niezbędny do uznania ważności spowiedzi. Wystarczą Twoje prawdziwe słowa, że żałujesz.

Czy ksiądz może udzielić rozgrzeszenia nie znając wszystkich grzechów ciężkich? Nie powinien udzielać rozgrzeszenia. Mogą być grzechy zastrzeżone Stolicy Apostolskiej. Twoja spowiedź była ważna. Kapłan bierze to wszystko na siebie. Kościół uzupełnia to, czego kapłan nie dopełnia, czyli, nie czyni według obowiązujących norm, prawa. Mógł ten kapłan powiedzieć, że teraz nie dysponuje dłuższym czasem, aby Cię wyspowiadać i zaproponować inną godzinę na spowiedź lub inny dzień.

Nie mam żadnych wątpliwości, że Twoja spowiedź była ważna, otrzymałaś rozgrzeszenie, Bóg udzielił Ci swojego miłosierdzia w łasce odpuszczenia wszystkich grzechów. Motywacja do spowiedzi, kiedy chciałaś się lepiej poczuć, jest motywacją dobrą, choć niedoskonałą. To jest etap dorastania w Twojej motywacji. Jaką będzie motywacja doskonała? Chcesz się wyspowiadać ze względu na Jezusa, który za Ciebie cierpiał, umarł i zmartwychwstał. Chcesz, aby ta spowiedź była ekspiacją za Twoje grzechy, była wyrazem miłości do Niego. Każda motywacja w przystąpieniu do spowiedzi jest dobra. Nie oczekuj na idealną. Uchwyć taką, która pozwoli zgiąć kolana i skruszonym sercem otworzyć serce przed Panem.

Bóg jest Ci potrzebny, szukasz Go, naprawdę pragniesz. Myśl o pogardzaniu Bogiem nie jest Twoja. To jest kuszenie przez złego ducha. Szczęśliwą możesz być tylko z Bogiem. On jest jedynym szczęściem człowieka. Rozumiem to, że zabolała Cię postawa kapłanów spowiadających. Przyznaję Ci rację a zarazem rozumiem tych księży. Zabrakło mi z ich strony propozycji innego rozwiązania, zaproszenia Ciebie na inną godzinę lub dzień.

Bóg kocha Cię taką, jaka jesteś. Nie musisz być idealną, świętą, doskonałą, aby być kochaną przez Boga. Do kogo n przyszedł na ziemię? Do grzeszników. Za kogo Cierpiał i umarł? Za grzeszników. I mówi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a ja was pokrzepię”. Czym najbardziej jesteśmy utrudzeni i obciążeni? Własnymi grzechami. Kiedy doświadczasz, że Bóg Cię kocha, poczujesz, że jesteś warta miłości nie dlatego, że jesteś bez grzechu, bo nie jesteś, ale dlatego jesteś warta miłości, bo żyjesz, bo potrzebujesz miłości. Dlaczego jesteś godna miłości, wartościowa, niepowtarzalna? Ponieważ jesteś stworzona na obraz i podobieństwo Boga, sam Bóg cierpiał umarł za Ciebie. Kiedy odkryjesz że jesteś kochana przez Stwórcę i Zbawiciela, kiedy siebie pokochasz, wówczas nie będziesz uzależniona od ludzi w miłości. Jeśli będą Ciebie kochali, to cudownie, a jeśli nie będą, wówczas Twoją siłą będzie miłość Pana.

Jeśli chcesz miłość i przebaczenie odczuć, przeżywaj Jego miłość. Dzisiaj uczniowie Jezusa idą do Emaus. Zniechęceni, zrozpaczeni, bez nadziei w sercu. Jezus przyłączył się do nich i wyjaśniał Pisma. Serca ich zaczęły pałać. Oni poczuli sens, znaczenie tego, że najpierw jest cierpienie, a potem radość; najpierw musiało być poniżenie Jezusa, Jego śmierć, aby potem nastąpiło zmartwychwstanie. Gdy nasze problemy odczytujemy w kontekście zmartwychwstania, wówczas ustępuje lęk, rozczarowanie Bogiem i ludźmi. To, co dla nas może być klęską, dla Jezusa jest odniesieniem zwycięstwa. Potrzeba czasu aby dotarł do nas pełny sens osobistych klęsk i niepowodzeń. Nasze serca bywają nieskore do wzniesienia się ponad ból i zobaczenia go, jako procesu uzdrawiania nas samych. Możemy pozwolić się uwięzić naszym własnym żalom i ograniczeniom.

Bez słowa Bożego, które ma moc zapalić nasze serca, nie możemy uczynić innego, jak wrócić do domu i pogodzić się z faktem, że nic się nie zmieni. Bez Słowa nasze życie nie ma wielkiej wartości, jest pozbawione żywotności i energii. Bez słowa Bożego nasze bóle i troski mogą zgasić Ducha i uczynić nas ofiarami zgorzknienia i rozżalenia.

Niechęć i obrzydzenie, to sposób reagowania na grzech. Żalem jest mój ból serca, że Ciebie Boże zawiodłam, kolejny raz rozczarowałam, przyczyniła się do tego, że mój grzech boli Ciebie. Tak opisuję żal za grzechy.

Co do oszczerstwa, to powinnaś je odwołać. Sprawa jest do rozważenia, jeśli chodziło o dzieci, a nie osoby dorosłe. To nie jest najważniejsze czy ta osoba pamięta, lecz to, że oszczerstwo obciąża osobę, która je wypowiedziała. Ona pamięta! Wynagrodzenie modlitwą, jak najbardziej. Można i trzeba odwołać. Jak to zrobić? Należy rozważyć, aby zło, które zostało kiedyś uczynione, nie rozpętało się z większą siłą dokonując spustoszenia w ludzkich sercach, czyniąc podziały między ludźmi i rodząc nienawiść, nie daj Boże, w sercach niektórych.

Co do spowiedzi, wracając do początkowej treści Twojego listu, proponuję, abyś umówiła się z kapłanem, który nie będzie się spieszył i pozwoli Ci wszystko odczytać z kartki tak, jak zapisałaś. Niech to będzie Twoja spowiedź generalna. Potrzebuje takiej spowiedzi, potrzebujesz nowego początku.

Niech Bóg Cię błogosławi i napełni swoim Duchem.

Ks. Józef Pierzchalski SAC



Liczba wyświetleń strony: 10011188 * Liczba gości online: 17 * Ostatnia aktualizacja: 2017-08-17
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC