MENU






Modl± się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Nic nie dzieje się bez woli Bożej. Czy to prawda?



Szczęść Boże,

Zastanawiam się, czy nie przekreśla tej całej odpowiedzi jedno zdanie, że nic - jak słyszałem - nie dzieje się bez Woli Bożej. Czy to prawda? Zostałem trochę źle zrozumiany, bo ja nie stwierdziłem, że mam depresję. Napisałem, o tym, bo słyszałem, iż ludzie z depresję popełniają samobójstwa i zastanawiałem się, gdzie tu jest Bóg obecny, a ksiądz tyle tym napisał i tyle wskazówek dostałem, ale może komuś to rzeczywiście pomoże. Zresztą to tylko jeden przykład ta depresja. Przykład na to, że może jest czasem tak, iż Bóg chce, żeby ktoś przeżywał takie (albo inne) rzeczy. Tylko, że jak się to kończy zamachem na siebie, to coś jest jakby nie tak. Biedny Edzio Stachura na pewno szukał Boga, próbował zaczepić się o ten świat jeszcze  po wypadku. W ,,Pogodzić się ze światem"  pisze, że nie chce pójść do spowiedzi, bo uważa ze nie jest złym człowiekiem. Ale jeśli Bóg go kochał mimo wszystko, to, dlaczego mu nie pomógł? Czy trzeba wołać do Boga nie wiadomo jak długo i głośno, żeby zdecydował się pomóc? Nie mógłby On tak sam z siebie pomóc, kiedy widzi swoje dziecko w rozpaczliwej sytuacji? Większość rodziców tak przecież robi, pomaga jak może, choć nie są przecież wszechmocni, co zwiększyłoby możliwość pomocy. Ojciec Stachury był alkoholikiem i ganiał go z siekierą, kiedy ten był jeszcze młodym chłopakiem. Mówi się, że obraz Boga jest taki, jak obraz ojca ziemskiego. Czy to więc wina Stachury, iż w pewnym momencie przestał wierzyć w Boga? A to przecież tylko jeden przypadek, ta historia. Można by przykłady mnożyć. Ksiądz tu sprowadził rzecz do depresji, a mnie chodziło o myśl ogólniejszą. Pozdrawiam - Marcin



Nie wszystko to, co dzieje się na świecie, jest wolą Bożą. Bóg chce, aby człowiek przeżywał pewne sprawy, by one doprowadziły go do tego, co dla niego będzie lepsze. Bóg stwarzając człowieka, zna go najlepiej. Wie, co może wyniknąć z rozwiązań, jakie człowiek podejmuje. Usiłuje go naprowadzić przez splot pewnych zdarzeń, ludzi, ich rady, nawet przez chorobę, na drogi spotkania z Nim. „W Nim (Bogu) jest nasze zdrowie”. Bywa tak, że w sytuacji, gdzie młody człowiek dostrzega, że życie jego jest od początku niezwykle trudne, cięższe od innych, np. urodził się w rodzinie, gdzie ojciec był alkoholikiem; nie miał, jak inni koledzy czy koleżanki dobrego startu, możliwości uczenia się, wybiera to, co wybrał jego ojciec, poddając się tej beznadziejności i marazmowi, jaki spotkał u swojego ojca. Inny natomiast, w podobnych warunkach, wybiera drogę, która umożliwi mu rozwój zarówno duchowy, moralny, intelektualny. Nie jesteśmy skazani na nieszczęśliwe życie. W jakimś stopniu mamy możliwość dokonania wyboru. Tym, co przeszkadza, bywa nasz bunt, gniew, protest, jaki okazujemy Bogu, ludziom, tym, którzy do czegoś doszli, coś osiągnęli. Twierdzimy, że jednych Bóg faworyzuje, innych zaś lekceważy, nie pomagając im.

Wielu ludzi cierpi na depresję. To nie jest tak, że nie ma możliwości uzyskania pomocy zarówno specjalistycznej (psycholog, psychiatra), jak i duchowej (kapłan). Szczególna jest rola tych, którzy są blisko takiej osoby, czy oni ją „dołują”, czy pokazują możliwości wyjścia, czy nie pozostawiają bez słowa wsparcia? Bóg posyła do takich osób ludzi, lecz oni, albo pójdą, albo powiedzą: „to nie moja sprawa, ja na tym się nie znam, nie jestem w stanie mu pomóc, każdy musi pomóc sobie sam”. Czy to jest winą Boga, że budząc wrażliwość w człowieku, jego sumienie, spotyka się z odmową?

Niestety, niektórzy kończą samobójstwem. Odizolowali się, zamknęli. Znam sytuację, gdzie wokół było wiele osób w domu, usiłowano jednej z nich pomóc. Nie chciała rozmawiać. Pewnego dnia unikając osób, które starały się sprawować delikatny nadzór nad jej zachowaniem, skoczyła z okna wysokiego bloku, ginąc na miejscu. Niektórym możemy pomóc, nie wszystkim. Tak mówi nasze ludzkie doświadczenie. Dlaczego Bóg nie zapobiega pewnym dramatom? Nie mamy odpowiedzi na większość pytań w Kościele katolickim. Wierzę, że Bóg jest Miłością, jest Dobry. Słusznie napisał Pan, że rodzic walczyłby o swoje dziecko, nie pozwalając mu zginąć. Bóg również to czyni. Jest to tajemnica życia człowieka. Na ile człowiek chce odnosić się w swoim życiu do Boga? Czy w pewnym momencie, nie próbuje sam stanowić o sobie, pomijając Boga?

Napisał Pan, że Stachura nie chciał pójść do spowiedzi, ponieważ uważał, że nie jest złym człowiekiem. Do spowiedzi nie chodzą ludzie źli, lecz czyny, które popełniają, są złe. Dlatego potrzebują oczyszczenia. Biblia mówi, że sprawiedliwy człowiek 77 razy na dzień upada. Są takie wydarzenia, przeżycia, myśli, wspomnienia, słowa, spotkania, które człowieka zniewalają, każą bardziej żyć przeszłością, niż przyszłością. Podstawowa sprawa Spowiedzi, to spotkanie, podczas które człowiek może kolejny raz doświadczyć, upewnić się, że jest przez Boga kochany. Jeśli wiem, wierzę, przeżywam prawdę o tym, że ktoś naprawdę mnie kocha i we mnie wierzy, nie popełnię czynu, który mógłby sprawić ból osobie kochającej mnie. Wyjątkiem może być choroba psychiczna, gdzie człowiek nie ma możliwości pełnej kontroli swoich zachowań. W Spowiedzi świętej, Bóg bierze od człowieka jego ciężar na siebie, w zamian udzielając mu swojej mocy, siły nadziei, pokazując drogę, na której nie będzie sam. Bóg jest z człowiekiem. Wielu nie żyje taką świadomością, stąd zniechęcenia, utrata nadziei, osamotnienie czy samotność, która z czasem może prowadzić do rozpaczy. W spowiedzi człowiek może poznać, że będąc słabym, nie jest przekreślonym. Bóg jest ze słabymi.

Napisał Pan, że Ojciec Stachury był alkoholikiem i ganiał go z siekierą, kiedy ten był jeszcze młodym chłopakiem. Mówi się, że obraz Boga jest taki, jak obraz ojca ziemskiego. To był rzeczywiście wielki dramat. Wiele dzieci, ludzi dorastających w domu rodzinnym, znajduje się w takiej sytuacji. Młody człowiek opowiadał mi, kiedy po śmierci mamy, został bodajże z sześciorgiem rodzeństwa i ojcem alkoholikiem. Ten młody człowiek był najstarszy, chodził bodajże do V klasy szkoły podstawowej. Pewnego dnia ojciec przyszedł pijany, chwycił najmłodszą córkę i zaciągnął ją na strych. Pozostałe dzieci pobiegły za nimi proszą, aby ojciec puścił siostrę. Ten natomiast, wziął łańcuch, okręcił go wokół szyi dziewczynki, usiłując ją powiesić. Błagania dzieci przerodziły się w potężny krzyk rozpaczy. Ojciec odstąpił od swojego zamiaru. Ten młody mężczyzna, opowiadający to zdarzenie, miał 26 lat, płakał. Został księdzem, pracuje na misjach. Mógł oskarżyć Boga. Miał ku temu swoje racje. Gdy jeszcze przebywał w Polsce, pracował z dziećmi z rodzin alkoholików.

Jaki obraz Boga nosi w sercu ten ksiądz? Wiem, że zmagał się z tym obrazem, modlił się za ojca, prosił Boga, aby dał mu łaskę, by chciał ojcu przebaczyć, by był do tego zdolny. Obraz Boga dojrzewał w nim w ogromnym bólu, gdyż był przesłaniany grymasem twarzy pijanego ojca. Jeśli Stachura nie miał siły, co w jego sytuacji było zupełnie zrozumiałe, to przecież miał zapewne wielu przyjaciół. Czy oni mu w tym pomogli? Być może starali się? Można oskarżyć Boga, że nie robi nic, a co z nami, ludźmi, którzy w Niego wierzymy? Czy to nie On nas posyła właśnie do tych, którzy są wypełnieni gniewem, buntem, złością?

Czy to więc wina Stachury, iż w pewnym momencie przestał wierzyć w Boga? Nie umiem odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Nie mnie oceniać jego postawę. Wiara lub niewiara jest wyborem człowieka. To, nad czym warto byłoby się zastanowić to, dlaczego ludzie przestają wierzyć w Boga? Inny problem jest taki: co człowiekowi pozostaje, gdy przestaje wierzyć? Wydaje mi się, że jedynie rozpacz. Stąd samobójstwo.

Ale jeśli Bóg go kochał mimo wszystko, to dlaczego mu nie pomógł? Czy trzeba wołać do Boga nie wiadomo jak długo i głośno, żeby zdecydował się pomóc?

Bóg pomaga tym, którzy Jemu na to pozwalają, dopuszczają Go do siebie. Przecież napisał Pan, że Stachura nie chciał pójść do spowiedzi, ponieważ twierdził, że nie jest złym człowiekiem. Czy nie obciążało go coś, co powinien Bogu oddać? Nie chodzi bezpośrednio o grzech, lecz o żal, może gniew, nawet złość na Boga, iż w takiej rodzinie żył, z takim ojcem spotykał się. Uzasadnioną, po ludzku rzecz biorąc, byłaby jego złość na Boga. Dlaczego nie rzucił Mu swoich pretensji „w twarz”?

Trzeba wołać i słuchać! Wołając, ujawniamy to wszystko, co jest w nas niewolą. Wołając do Boga, stajemy się ludźmi wolnymi od tego, co usiłuje nam przysłonić, lub zniekształcić Jego samego. Chodzi mi po głowie taka myśl, czy to Bóg nie chce nam pomóc, czy też my nie chcemy się zgodzić na Jego metodę okazania sobie pomocy? Człowiek chciałby, żeby Bóg zrobił to po mojemu, po ludzku, tak jak ja to rozumiem. Trzeba wołać! To wołanie jest modlitwą, a tym samym sposobem na przejmowanie łaski, czyli wewnętrznej mocy do, między innymi, nie poddawania się zwątpieniu, nie upadania na duchu, do zrozumienia, dlaczego w ten sposób Bóg się zachowuje. Taki przykład, związany z wydarzeniami wielkanocnymi: Maria Magdalena przyszła do grobu, w którym spodziewała się znaleźć ciało Jezusa. Gdy zobaczyła grób pusty, stała i płakała. Nie miała dokąd wrócić. Utraciła swój dom. Jezus był jej domem po odwróceniu się od pełnienia złych czynów. Wówczas usłyszała głos: „Mario!” Odwróciła się i zobaczyła Jezusa. Do czego zmierzam? Należy zmienić swój kierunek patrzenia, myślenia, podejścia do wielu spraw w życiu, aby zobaczyć je w zupełnie innym kontekście. Maria odwrócił się od patrzenia w grób, jego ciemność. Przestała się wpatrywać w symbol pogrzebanej nadziei, tej, która dla niej umarła. Zwrócił a się w stronę Tego, który wypowiedział jej imię. To była przemiana.

Jeśli człowiek nie chce wołać, może, a nawet powinien płakać, aby wyrazić siebie, swoje wnętrze, swój ból, sprzeciw wobec Boga, sprzeciw wobec zaistniałych zdarzeń, jakie go spotkały. Ludzki upór jest podobny do wysuszonej na skorupę ziemi. Kiedy tę ziemię zaczniemy ryć palcami i kruszyć ją, a potem polejemy wodą, można na niej coś będzie posadzić i urośnie „nowe”. Życie człowieka jest podobne do ziemi, którą uprawia rolnik: najpierw ją przecina pługiem, raniąc ją, odkładając skibę po skibie, a następnie nawozi, najlepiej nawozem naturalnym. Życie człowieka jest poranione wieloma wydarzeniami bolesnymi, a niejednokrotnie również zgnojone. Czyż nie tak wielu ludzi dojrzewa, dorasta, uczy się żyć, kochać?

Nie mógłby On tak sam z siebie pomóc, kiedy widzi swoje dziecko w rozpaczliwej sytuacji? Większość rodziców tak przecież robi, pomaga jak może, choć nie są przecież wszechmocni, co zwiększyłoby możliwość pomocy.

On, czyli Bóg pomaga, ale dziecko tego nie widzi, nie czuje, nie pozwoli sobie powiedzieć, nie chce być prowadzone. Bóg nie jest czarodziejem. Stworzył nas, bez nas, ale zbawić nas, bez naszego udziału, zaangażowania, naszego przyzwolenia – nie może. Bóg widzi swoje dziecko, człowieka, w rozpaczliwej sytuacji i płacze razem z nim, cierpi w nim. „Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”. „Choćby opuścili cię ojciec twój i matka, ja nigdy cię nie opuszczę” – mówi Bóg. Pozwolić sobie pomóc, to uwierzyć, między innymi, tym i innym słowom Pana Boga. Wiara jest łaską, ale też, o ten dar można prosić, wołać, usilnie chcieć go przyjąć. Bóg jest otwarty na dawanie, a człowiek, kiedy nie dowierza, nie ufa, stawia warunki, zamknięty jest na przyjmowanie. W jakim celu Jezus Chrystus zstąpił „do piekieł”? Aby wyprowadzić stamtąd tych wszystkich, którzy byli w rozpaczliwej sytuacji. Kiedy Bóg widział, że Stachura znalazł się w rozpaczliwej sytuacji, wierzę, że „zstąpił do jego piekła”, na dno jego rozpaczy. W takich chwilach wystarczy wołanie imieniem: Jezus, Jezus, Jezus; Maryja, Maryja, Maryja.

Słowo stwarza rzeczywistość, przywołuje Boga. On był, On jest, On ciągle przychodzi. Proszę przypomnieć sobie przypowieść o synu marnotrawnym: co mógł więcej zrobić ojciec, skłaniający starszego syna, aby wszedł do domu, w którym była radość i wesele? Co zrobił ojciec, gdy młodszy syn chciał odejść z domu? Pozwolił mu, a potem tęsknił, wyglądał, a gdy ten powrócił, czekał, przygarnął, długo go całował, cieszył się, był szczęśliwy. Taki jest Bóg. Młodszy syn, będący w rozpaczliwej sytuacji, przypominając sobie ojca, postanowił, że wróci i powie „ojcze, zgrzeszyłem”. To było jego zwycięstwo, jego zmartwychwstanie, jego wolność, największa wygrana w życiu. Prowokujemy Boga: niech podejdzie pierwszy, niech pomaga, to jego rola wyciągać tego, którego stworzył, z różnych opresji. Boga nie trzeba namawiać do miłości. Daje nam tak wiele środków. Nie chcemy przejść przez to, w co nie bardzo wierzymy, że może nam pomóc.

Większość rodziców pomaga dzieciom, to prawda. Jednak dziecko pozwala na to, zgadza się być blisko nich, nie odrzuca tego, co proponują. Czy człowiek nie odrzuca tego, co proponuje Bóg? Proszę zobaczyć: modlitwa, Msza święta, Spowiedź święta, różaniec, życie w prawdzie, szacunek do ludzi, miłość samego siebie, troska o własne i innych zbawienie...

Ks. Józef Pierzchalski SAC

Liczba wy¶wietleń strony: 10696569 * Liczba go¶ci online: 19 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-21
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC