MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Cierpieć i umrzeć z miłości



Bóg w swojej miłości nie posuwa się do szaleństwa?! Jak okazuje się miłość? „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13). Kto naprawdę kocha, jest gotów cierpieć i umrzeć za osobę kochaną. Św. Teresa od Dzieciątka Jezus już jako jedenastolatka tęskni za tym, by umrzeć z miłości. Ciekawe świadectwo składa o niej Henrietta, siostra ze szkoły klasztornej, do której uczęszczała Teresa. Działo się to w czasie, kiedy Teresa przystąpiła już do Pierwszej Komunii Świętej. Siostra Henrietta opowiada o niej tak: „O godzinie drugiej Teresa przybyła razem z koleżankami, aby zjeść posiłek. Jedna z dziewczynek powiedziała do mnie: „Powinnaś wiedzieć, siostro, co modliła się [Teresa] podczas dziękczynienia po Komunii... O to, żeby umrzeć, siostro!... Okropne!” Teresa spojrzała na nią ze smutkiem, ale nie powiedziała ani słowa. Wówczas zwróciłam się do dziewczynek: „Nie zrozumiałyście. Teresa na pewno modliła się o to, aby umrzeć z miłości, podobnie jak jej święta Patronka!” Wtenczas Teresa podeszła do mnie bliżej, spojrzała mi prosto w oczy powiedziała: „Siostro, ty to rozumiesz... ale ona...”.

Mniej więcej w tym samym czasie Maria, najstarsza w rodzinie, rozmawiała ze swoją najmłodszą siostrą o cierpieniu. Powiedziała, że Teresa nie pójdzie tą drogą, ale jak dziecko zawsze będzie noszona na rękach przez Boga. Teresa pisze: „Nazajutrz, po komunii, słowa Marii przyszły mi na myśl; poczułam, że rodzi się we mnie wielkie pragnienie cierpienia, a jednocześnie głębokie przekonanie, że Jezus przygotował mi wiele krzyży. Ogarnęła mnie wtedy otucha tak wielka, że uważałam ją za jedną z największych łask w życiu. Cierpienie zaczęło mnie pociągać, zaczęło mieć urok, który mnie zachwycał, choć go nie znałam. Dotąd cierpiałam, nie kochając cierpienia, od tego dnia poczułam do cierpienia prawdziwą miłość. Odczuwałam też pragnienie, by kochać jedynie Dobrego Boga, by znajdować radość wyłącznie w Nim; często w czasie moich komunii powtarzałam te słowa z Naśladowania: „Jezu, słodyczy niewysłowiona, zamień dla mnie w gorycz wszelkie ziemskie pociechy!...” Modliłam się tak nieprzymuszenie i bez wysiłku, wydaje mi się, że prosiłam o to nie sama z siebie, lecz jak dziecko, które powtarza słowa podpowiadane mi przez bliską osobę...”

Kiedy Teresa miała czternaście lat, stało się coś, co sprawiło, że jeszcze bardziej zaczęła tęsknić za cierpieniem, teraz jednak po to, by ratować dusze. Mówiła: Pewnej niedzieli, kiedy patrzyłam na obraz naszego Pana na Krzyżu, uderzyła mnie krew, spływająca z jednej z Jego Boskich dłoni. Zasmuciłam się bardzo na myśl, że ta krew spada na ziemię, i nikt nie kwapi się, by ją przyjąć. Postanowiłam, że będę trwać w duchu u stóp Krzyża, by przyjmować tę Boską rosę, ze świadomością, że trzeba później rozlać ją na dusze grzeszników... Słyszałam też nieustannie krzyk Jezusa na Krzyżu: „Pragnę!”. To słowo rozpaliło we mnie nieznany i gwałtowny żar... Chciałam dać pić mojemu Ukochanemu i sama czułam, że trawi mnie pragnienie dusz... Jeszcze nie dusze kapłanów przyciągały mnie wówczas, lecz dusze wielkich grzeszników, płonęłam pragnieniem, by ich wyrwać z wiekuistego ognia”. Wie, że ratunek duszy jest wielkim dziełem Jezusa, że On to uczynił i nadal czyni, przez krzyż bez rozlania krwi nie ma odpuszczenia [grzechów]” (Hbr 9,22). Pragnienie ratowania dusz staje się u niej pragnieniem cierpienia, pragnieniem, które stale rośnie. Jest gotowa pójść nawet do piekła, chcąc, „by był kochany i wielbiony wszędzie”, a przecież — jak z bólem myśli — „nikt nie wyzna Mu miłości w piekle”. Codziennie na mszy św. w czasie podniesienia modli się: „Ojcze Święty, spójrz na oblicze Jezusa i spraw, aby wszyscy grzesznicy należeli do Twoich wybranych”.

„Nie sądźmy, żebyśmy mogły miłować bez cierpienia, bez wielkiego cierpienia. Nasza biedna natura istnieje i niemałą tu gra rolę! To nasze bogactwo, sposób zarobkowania! A tak jest cenną, że Jezus zstąpił umyślnie po to na ziemię, by przybrać naturę ludzką”.

Jej zdaniem Jezus stał się człowiekiem po to, aby móc cierpieć, i po to, byśmy my stali się szczęśliwi przez to, że mamy „naszą nędzną naturę”, bo ona daje nam okazje do wielu ofiar. Jej tęsknota za cierpieniem stale rośnie. Wie, że to jest „szaleństwo”. Jak wielu świętych, tęskni za tym, by zaświadczyć o swojej miłości własną krwią. Chce być męczennicą. „Męczeństwo, oto marzenie mojej młodości; to marzenie wzrastało wraz ze mną w odosobnieniu Karmelu... Lecz czuję, że to marzenie jest szaleństwem, gdyż nie umiałabym ograniczyć moich pragnień tylko do jednego rodzaju męczeństwa... Aby się zadowolić, potrzebowałabym ich wszystkich...”

Oczywiście to zarozumiałość, to prawda, że jest to nierealne. Przyjdzie czas, kiedy zacznie mówić innym językiem, kiedy uzna, że kielich jest pełny po brzegi. Kiedy w 1889 roku jej ojciec musiał opuścić Lisieux, by leczyć się w szpitalu psychiatrycznym, wydaje się jej coś innego: „Ach! Tego dnia już nie mówiłam, że potrafię cierpieć więcej!!!...”. Jednak czy bycie „szalonym” nie jest właściwe dla miłości, czy czegoś podobnego nie znajdujemy u Jezusa, który z wielkim zdecydowaniem zwraca się w stronę Jerozolimy, aby tam cierpieć i umrzeć (Łk 9,51), ale który jednak, kiedy już chwila jest bliska, prosi Ojca, aby zabrał od Niego ten kielich (Łk 22,42)?

Teresa dostrzega pewną zaletę, którą posiada człowiek, a której nie ma anioł: człowiek może cierpieć, podczas kiedy ta niebiańska istota tego nie może. Do ojca Belliére pisała: „To prawda, że Jego Krzyż towarzyszył mi od kolebki, ale Jezus pozwolił mi umiłować ten Krzyż namiętnie. Sprawiał zawsze, że pragnęłam tego właśnie, co On chciał mi dać”. „Panie, cierpienie staje się radością, kiedy dusza oddaje się Tobie na zawsze”. A na łożu śmierci mówiła: „Doszłam do tego, że nie mogę więcej cierpieć, gdyż każde cierpienie jest dla mnie słodyczą”.

W obecnych czasach taka tęsknota za cierpieniem wydaje się podejrzana. Zwykle doszukujemy się w tym oznak zakamuflowanego masochizmu. Czy cierpienie nie jest czymś złym, czy Jezus nie przyszedł wyzwolić nas z cierpienia, a przynajmniej nie chciał go uśmierzyć? Może to nie jest tak proste. Jezus nie przyszedł zlikwidować cierpienia, nie przyszedł, aby je wytłumaczyć, ale aby wypełnić je swoją obecnością, pisał Paul Claudel (1868-1955). Co więcej, Jezus czyni cierpienie znakiem największej miłości: oddawania swojego życia za tego, kogo się kocha.

Już od dzieciństwa Teresa była wychowywana do znoszenia cierpienia i do tego, by sprawiać, aby ono stawało się owocne. Na jednym z maleńkich pobożnych obrazków, które lubiła zbierać, mogła przeczytać: „Cierpienie przemija — pozostaje cierpieć”. Być może w ówczesnej pobożności kładziono czasami zbyt duży nacisk na znaczenie cierpienia. Jednak, próbować uczyć się znosić cierpienia życiowe w taki sposób, aby nie ograniczały naszej ludzkiej godności, ale żeby ją wywyższały — to głęboka mądrość życiowa, o której nasze czasy zapominają. Często reagujemy na cierpienie, myśląc, jak się go pozbyć. Jednak Teresa uczy nas, że powinniśmy reagować, pytając: „Jak mam je dobrze unieść?”.

Nie możemy zaprzeczyć, że wielu świętych odczuwało tęsknotę za cierpieniem i było dla nich sprawą oczywistą, że nie można naśladować Chrystusa, nie pomagając Mu dźwigać Jego krzyża.. Teresa z Avili chciała „cierpieć albo umrzeć”, Jan od Krzyża prosił Pana, który mu się objawił i zaproponował, że może prosić o szczególną łaskę, aby „cierpieć i być wzgardzonym”. Kiedy komentuje werset z „Pieśni duchowej” – „I wejdźmy w puszcz ostępy cieniste” – pisze tak: „Przez te gęstwiny, w które chce dusza wejść, można tu również zupełnie dobrze rozumieć gęstwinę trudów i udręczeń, w jakie chce wejść dusza, gdyż cierpienie jest dla niej rzeczą najmilszą i najbardziej pożyteczną. Cierpienie jest środkiem do głębszego wniknięcia w gęstwinę rozkosznej mądrości Bożej. Im bowiem czystsze cierpienie, tym głębsze i czystsze zrozumienie, a tym samym większa i czystsza radość, ponieważ wynika ona z głębszego poznania. (...) Ach, gdyby raz zrozumiano, że nie można dojść do gęstwiny różnorodnych mądrości i bogactw Bożych inną drogą, jak tylko przez gęstwinę wszelkiego rodzaju cierpień! W tym więc powinno być pragnienie i pociecha duszy. Im bowiem większej pragnie mądrości od Boga, tym bardziej powinna wpierw pragnąć cierpienia, by przez nie wejść w gęstwinę Krzyża. Dlatego św. Paweł napomina Efezjan, aby nie upadali na duchu z powodu prześladowań (...) ale aby umocnieni i ugruntowani w miłości, wraz z wszystkimi świętymi pojąć mogli, jak ona jest rozległa i daleka, wzniosła i głęboka, i aby też mogli poznać, jak miłość Chrystusowa przewyższa wszelką wiedzę i byli napełnieni całą pełnością Bożą (3,13.17-19). By wejść do tych bogactw mądrości, trzeba iść przez ciasną bramę, tj. przez krzyż. Zaś niewielu pragnie przez nią wchodzić, natomiast wielu pragnie rozkoszy, do których się przez nią wchodzi”.

Prawdopodobnie nie czujemy jakiejś specjalnej tęsknoty za cierpieniem! Jednak nie wyciągajmy zaraz z tego wniosku, że pragnienie cierpienia jest czymś chorobliwym i perwersyjnym. Może nasza miłość nie jest wystarczająco wielka i głęboka, abyśmy chcieli cierpieć dla Umiłowanego. Może nie jesteśmy tak święci jak Teresa? Zamiast źle ją tłumaczyć, lepiej byśmy przyznali, że są wznioślejsze wyżyny albo bardziej przepastne głębokie miłości niż te, do których my doszliśmy.

Dla kogoś, kto trwa w wewnętrznym miłosnym zjednoczeniu z Bogiem, cierpienie może być jakby synonimem miłości. Kiedy ktoś taki mówi o cierpieniu, to ono ma dla niego inny charakter niż dla nas. My pojmujemy cierpienie jako coś destrukcyjnego, coś, co nas rozbija. Dla niego zaś jest możliwością, by jeszcze wyraźniej okazać swą miłość. Dla niego cierpienie utraciło swą gorycz. A nas, ponieważ mówimy zupełnie odmiennymi językami, przeraża sposób, w jaki święci mówią o cierpieniu. Cierpienie znaczy dla nich coś innego niż dla nas. Oni nie chcą cierpieć, oni chcą kochać.

Poza tym wielka odległość dzieli tęsknotę za cierpieniem od formalnej prośby o nie. Teresa nigdy nie prosiła o cierpienie. Na łożu śmierci mówiła: „Nie chciałabym nigdy prosić Boga o większe cierpienia. Jeżeli Bóg je jeszcze zwiększy, będę je znosiła z przyjemnością i z radością, gdyż przyjdą od Niego. Jestem zbyt mała, aby mieć siłę do zniesienia ich sama z siebie. Gdybym prosiła o cierpienia, byłyby to moje cierpienia, musiałabym je znosić sama, a ja nigdy niczego nie potrafiłam zrobić sama”.

Jej akt ofiarowania się miłości miłosiernej też nie jest modlitwą o cierpienie. Tak jednak został zrozumiany na samym początku przez Rzym. Kiedy opublikowano tekst o Teresie do Liturgii godzin, matka Agnieszka doznała szoku. W tekście, bowiem było napisane: „Rozpalona tęsknotą za cierpieniem, dwa lata przed śmiercią ofiarowała się na ofiarę całopalną miłości miłosiernej Boga”. Matka Agnieszka robiła wszystko, co możliwe, aby tekst zmieniono, aż w końcu się powiodło. Zamiast „rozpalona tęsknotą za cierpieniem” zapisano „rozpalona Boską miłością”. Kto ofiarowuje się Miłości, nie prosi o cierpienie, lecz akceptuje wszystko, radość czy cierpienie, tak jak Bóg zechce i co dopuści, i ufa miłosierdziu Bożemu, że da siły, by wszystko dźwigać z radością.

Jeżeli święci tęsknią za cierpieniem, to zawsze, dlatego, że tęsknią za tym, by na miłość odpowiedzieć miłością. Punkt ciężkości zawsze spoczywa na miłości. „(...) nie mam już większego pragnienia nad to, by kochać i umrzeć z miłości”, pisze Teresa na kilka tygodni przed śmiercią.

„(...) Jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana” (Rz 14,8). Żyć z miłości jest czymś, co wielu chrześcijan jest w stanie sobie wyobrazić, ale bardzo nieliczni są ci, którzy chcieliby umrzeć z miłości. W słynnym wierszu Teresy „Żyć miłością” dwie ostatnie strofy (14 i 15) mówią o śmierci z miłości. Śmierć może być aktem miłości, w którym dobrowolnie oddajemy swoje życie Bogu. Każdy chrześcijanin powinien tak umierać, by mógł powiedzieć za Jezusem: „Nikt Mi go nie zabiera, lecz Ja od siebie je oddaję” (J 10,18).

Dla nas, chrześcijan, jest też bezsprzecznym faktem, że to poprzez cierpienie Chrystusa świat znów zostaje pojednany z Bogiem. Nie dlatego, że Syn miałby dać „okup”, aby powstrzymać Ojca przed zesłaniem kary na ludzkość, ale dlatego, że Bóg tak bardzo ukochał świat, że zechciał przyjąć najskrajniejsze konsekwencje naszego grzechu i wypełnić go miłością — a przez to wynieść nas i nasze wszelkie cierpienie do swojej chwały.

Wielu ludzi „dotyka” niedobrowolne cierpienie, jednak możemy przyjąć, że to cierpienie, nawet, jeśli o tym nie wiemy, jednoczy się z krzyżem Pana Jezusa i staje się uczestnictwem w Bożym dziele zbawienia. Dlaczego nie mielibyśmy wierzyć, że niektórzy, jak Teresa, zostają wybrani, aby dobrowolnie tak bardzo kochać świat, że wydają swoje życie za ten świat (J 3,16)? W niebie będziemy im za to bezgranicznie wdzięczni.

Może być i tak, że to miłość powoduje śmierć człowieka, że miłość jest bezpośrednią przyczyną śmierci. Św. Jan od Krzyża wyczerpująco pisał na ten temat. A sama Teresa na łożu śmierci pisała do swojej najukochańszej nowicjuszki, siostry Marii od Trójcy Świętej, która smuciła się, nie mogąc już więcej odwiedzać swojej mistrzyni w infirmerii: „Chciałabyś wiedzieć, czy się cieszę, że idę do Raju? Cieszyłabym się bardzo, gdybym tam szła, ale... nie liczę na chorobę, to zbyt powolna przewodniczka. Liczę jedynie na miłość; proś Pana Jezusa, by wszystkie modlitwy zanoszone w mojej intencji, wyjednały mi wzmożenie tego ognia, który ma mnie strawić”. Faktycznie umiera w ekstazie miłości.



Liczba wyświetleń strony: 10667970 * Liczba gości online: 22 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-19
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC