MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Wspólnota serc



O wspólnocie między ludźmi można mówić wtedy, kiedy osoby są bliskie sobie w sercu. Bliskość stała się zjawiskiem bardzo unikalnym, a jednocześnie upragnionym. Z powodu tkwiących w nas uprzedzeń, wydaje nam się, że cena, jaką trzeba zapłacić za stworzenie czułych, intymnych związków z innymi ludźmi jest za wysoka. Tą ceną jest bycie prawdziwym. Być bliskim drugiemu człowiekowi to znaczy, radować się jego radością i być mu pomocą w chwilach zatroskania i potrzeby. Być wspierającą go ręką i pocieszającym sercem. Ale również – być bliskim drugiemu człowiekowi znaczy też zaryzykować przyjęcie pocieszenia od drugiego, czyli zaryzykować otwarcie się na to, by drugi mnie przyjął do swojego serca, dać przyzwolenie na poznawanie mnie, na odkrywanie mnie – moich słabości, ran, lęków. To wymaga odwagi i decyzji na możliwość zranienia. Ale taka jest cena prawdziwej bliskości. Bliskość to nie tylko „być przy drugim”, ale też pozwolenie, by „drugi był przy mnie”. Być "przy drugim" znaczy coś więcej niż tylko dać mu materialną rzecz, rzecz materialna przemija i to często bezpowrotnie, natomiast duchowa umacnia się.

W samotności możliwa jest bliskość, w bliskości nieuchronna jest samotność. Bliskość i samotność serca kształtuje człowieka, czyni go podobnym do tego, sprzed upadku, a nawet więcej, czyni go podobnym do Boga.

„Bliskość

Bliskość, która przywraca ci kształt.

On odszedł.

Kiedy odchodzi człowiek, bliskość ulatuje jak ptak,

w nurcie serca zostaje wyrwa,

w którą się wdziera tęsknota.

Tęsknota - głód bliskości” (Jan Paweł II)

Serce mówi o całym człowieku, mówi o jego wnętrzu, o życiu duchowym. Każde bez wyjątku serce ludzkie jest ukrzyżowane, przebite, żeby mogło patrzeć na przebite serce Jezusa i czerpać z niego siłę i mądrość. Co nas pociąga w przebitym sercu Jezusa? Podobieństwo do naszego. My też jesteśmy zranieni. Nasze serca przez niepojętą coraz bardziej tajemnicę powołania zostały „przebite”. Może to paradoksalnie zabrzmi, ale Bóg zranił nas swoją miłością, „przebił” miłością nasze kruche ludzkie serce. Być może to „przebicie” serca, ta rana miłości, którą Bóg – powołując – zadał, objawia się w naszej wrażliwości, będącej często udręką dla nas, ale dzięki tej właśnie wrażliwości zdolni jesteśmy kochać głębiej, ofiarniej, wierniej. Nasza wrażliwość być może jest konsekwencją „rany miłości” zadanej przez Boga w tajemnicy powołania. Przebite, poranione serce Boga nie tylko zachowało miłość, lecz zostało rozpalone większą miłością.

Tajemnica Boga zawiera się w Jego sercu. Podobnie jest z tajemnicą człowieka. Nie znając jego serca, nie wiesz, kim jest, o czym myśli, marzy, czego pragnie i do czego dąży. Serce woła, serce zaprasza. W tym celu zostało otwarte włócznią żołnierza. Serce, które nie zaprasza, które nie woła, źle przeżywa swoje otwarcie, swoje rany. Dobre przeżywanie ran, to błogosławienie Pana za wszystko, co dał lub dopuścił. Otwarty człowiek, to otwarte jego serce. Nasze serce otwiera się, gdy uwielbiamy Boga zarówno w radości, jak i we łzach. Uwielbienie to „sposób” na zachowanie otwartego serca. Uwielbianie chroni serce przed zamknięciem się w bólu, chroni serce przed perfidią Złego, który wykorzystuje nasz ból do tego, by zamknąć nasze serce w złorzeczeniu, żalu, gniewie. Uwielbianie jest najlepszą ochroną serca przed zamknięciem. A jeśli serce z różnych powodów jest zamknięte, to poprzez modlitwę uwielbienia powoli będzie się otwierało, wychodziło z zasklepienia. Otwarcie dokonuje się najpierw w bólu, we łzach, w lęku i poczuciu zagrożenia, odczuwaniu samotności i porzucenia przez Boga i ludzi.

Św. Bernard mówił, że „Tajemnica serca otwiera się przez rany ciała; otwiera się wielka tajemnica litości, otwiera się tkliwość miłosierdzia naszego Boga”. Szlachetność rozkwita w zranieniu serca, jego dobroć, hojność. Kiedy jesteśmy zranieni w sercu, upokorzeni, odczuwamy złość, niechęć, żal i smutek, lecz zwrócenie się w postawie adoracji serca Jezusa wprowadza w odczuwanie radości i wdzięczności za rany, które czynią nas podobnymi do Pana. Rany, to ból, ale mogą być przemienione w miłość. To, co nas boli, nie musi prowadzić do deprawacji, do złorzeczenia, lecz do uwielbienia Boga. Ksiądz Twardowski napisał kiedyś w jednym ze swoich wierszy: „...a to, co boli, w Boga przeistoczyć, jak w ofierze wieczornej zwykły chleb i wino...”. Przeistoczyć ból serca w Eucharystii i przez Eucharystię.

Nie ma otwarcia serca, bez bólu serca, bez przeżywania tajemnicy, wejścia w ciemność i pokusę odrzucenia tych, którzy ranią, krzywdzą. Rany naszego serca prowadzą do uwierzenia Jezusowi. Przez nasze uwierzenie On zamieszkuje w naszym sercu. Zatem rany serca prowadzą człowieka do wiary, do wzrastania w nadziei i miłości. Prowadzą też do wspólnoty z innymi, niezrażania się tym, co w nich trudne, a wręcz odrażające i zniechęcające do wszelkich kontaktów.

Ludzkie serce woła, zaprasza do relacji. Kiedy tak jest? Wtedy, kiedy zostaje zranione. Wspólnota serc dokonuje się między ludźmi o zranionych sercach. Nie ukazujemy tajemnic serca, jeśli ono nie zostanie dotknięte bólem i nawiedzone smutkiem. Żeby serce było otwarte na Boga i bliźniego, musi być zranione. Wówczas jest wrażliwe, odczuwające współczucie. Rany serca, to miejsce dojrzewania człowieka do pokory i cichości. One otwierają na królowanie, czyli panowanie nad sobą i służbę bliźnim. Cichość i pokora to ogromne bogactwo, które wychodzi z serca wraz z jego zranieniem.

Rany nas ożywiają, nadają piękna naszemu życiu, sprawiają, że przychodzą do nas ludzie potrzebujący miłości, ciszy, łagodności, Pana Boga. Przez rany własnego serca, stajemy się ludźmi wrażliwego sumienia.

To rany serca uzdalniają nas do pogłębionej modlitwy i szukania Boga we wszystkim. Rozbudzają pragnienie czuwania nad obecnością Pana w nas i radowania się Nim w sercu. Rany mogą prowadzić do radości i zaufania, kiedy się na nie godzimy, przyjmując te doświadczenia jako drogę umożliwiającą życie tajemnicą spotkania z Panem. Kiedy rany serca nie są akceptowane, pojawia się podejrzliwość i nieumiejętność wchodzenia w relacje z innymi, relacje serca. Brak zgody na rany, to również nieumiejętność odwzajemnienia miłości Boga, ale i tej, która płynie z ludzkiego serca.

Serce Jezusa zostało przebite dla naszego zbawienia. Nasze serce jest ranione w tym miejscu, które potrzebuje wolności, życia. Jest to miejsce letnie, dotknięte monotonią, a nawet uśpione, a tym samym zagrożone brakiem czuwania. Samo czuwanie jest niczym innym jak uwagą skierowaną na tego, który mnie kocha. Zranienie mojego serca jest wołaniem o miłość, upominaniem się o nią. Stąd należy je postrzegać jako doświadczenie prowadzące ku wolności i relacji z innymi.

Nie można kontemplować serca Pana, być objętym Jego miłością, nie mając zranionego serca. Ludzkie serce poranione jest zdolne i chętne do kontemplacji. Każde serce człowieka jest zdolne do kontemplacji, czyli do miłości, a tym samym do przyjmowania zranienia, które jest koniecznością życia, warunkiem wolności.

Serce zranione jest zdolne do wydania się za innych, do ofiarowania. Wydaje się, że można tak powiedzieć, iż Bóg miał zranione serce już po upadku pierwszych rodziców, nie zaś dopiero na krzyżu. To zranienie było źródłem ogromnego przyciągania do człowieka. Nas poranionych w sercu pociągają poranieni, źle się mający, słabi i tęskniący za uwolnieniem.

Serce zranione jest zdolne do czerpania z owoców zbawienia.



Liczba wyświetleń strony: 9477019 * Liczba gości online: 21 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-26
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC