MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Potrzeba odwagi, by kochać



Obawiamy się porażek, pragniemy odnosić zwycięstwa. Tak ważny w życiu naszym jest zapał, to znaczy to, ile serca wkładamy w to, co jest naszą drogą. Potrzeba nam odwagi. Jezus pragnie naszego serca. Trzeba pamiętać, że walczy o nie również Zły duch.

Wszystko to, co kochamy sprawia, że jest w nas pragnienie życia. Pomyślmy o tym, co kochamy i zapiszmy to „na gorąco”. Mogą to być osoby w naszym życiu, rzeczy, które sprawiają nam radość, miejsca, do których powracamy, choćby wspomnieniem. Jeśli kogoś lub coś kochamy, to jest to również miłe Bogu. Przez miłość nasze serce żyje, budzi się dla wielu spraw dotychczas przeżywanych w zniechęceniu. Kochając, żyjemy jak Bóg, żyjemy w Nim, żyjemy miłością. On jest MIŁOŚCIĄ.

Miłość wymaga serca żywego, czujnego i wolnego. Serce żyje, gdy kocha. Serce żyje, gdy się o kogoś konkretnego troszczy, myśli, odczuwa z nim. Zostaliśmy stworzeni, aby kochać. Serce żywe to takie, które przeżywa z miłością to, co spotyka. Tymczasem jest tak, że zostawiamy własne serca na poboczu drogi i ruszamy w kierunku tego, co nam pasuje, życia z dnia na dzień, bycia produktywnym, wydajnym. Idziemy na ustępstwa tam, gdzie one są niedopuszczalne, wchodzimy w układy, które są wsparciem dla bylejakości życia. To, czym żyjemy, powinno przechodzić przez serce. Wszystko trzeba kochać, aby nic nie stało się zagrożeniem dla serca. Miłość demaskuje zło. Ona oczyszcza ze złych intencji, zamiarów, dążeń.

Poznajemy zasady życia, obowiązki, realizujemy programy nakreślane nam przez Kościół, Zgromadzenie zakonne, lecz nie wchodzimy w poznanie Boga bardzo intymne, osobiste, całym sercem. Warto zastanowić się nad tym, czy my, podobnie jak te osoby z Ewangelii czyniły przez całe życie to, co potrzeba, po swojej śmierci nie zostali wpuszczeni do nieba. „Wielu powie Mi w owym dniu: "Panie, Panie, czy nie prorokowaliśmy mocą Twego imienia, i nie wyrzucaliśmy złych duchów mocą Twego imienia, i nie czyniliśmy wielu cudów mocą Twego imienia?" Wtedy oświadczę im: "Nigdy was nie znałem. Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości! (Mt 7,22-23). Istotą naszego życia nie jest działanie, lecz bliskość z Bogiem. Czy w tym, co robimy na co dzień, jesteśmy blisko Jezusa?

„Będziecie Mnie szukać i znajdziecie Mnie, albowiem będziecie Mnie szukać z całego serca” (Jr 29,13). Aby znaleźć Boga, trzeba Go szukać z całego serca. Aby stawać przed Bogiem, być dla Niego w modlitwie, trzeba być w sercu, być w tym wszystkim, co je wypełnia. Trzeba żyć we własnym sercu, żyć jako wierzący sprawami, które dotarły do serca. Aby słuchać Boga, trzeba wsłuchiwać się we własne serce, w jego mowę, jego płacz, albo radość, ból, lub łagodność, ciszę. Chcąc usłyszeć Pana, trzeba pozwolić, aby On uciszył moje serce.

Słuchać sercem, to słuchać przez wydarzenia, które tam dotarły, w nich odczytywać głos mówiącego Boga. Aby kochać Boga, trzeba go kochać wszystkim, co jest w sercu: bólem i radością, zwycięstwami i rozczarowaniami. Trzeba żyć głęboko w swoim sercu, aby odczuwać, że żyję w Bogu, a On żyje we mnie.

Odczuwamy lęk przed życiem. Czego potrzebujemy? Miłości. Im głębiej jesteśmy zranienie, tym bardziej, w sposób nieuporządkowany złaknieni jesteśmy miłości. Uciekając od miłości, uciekamy od życia we własnym sercu, a tym samym od słuchania Boga. Słuchanie Boga rodzi miłość w sercu.

Zapomnieć o największym pragnieniu własnego serca, to zapomnieć o miłości. Jeśli utraciliśmy odwagę, nie chcemy tworzyć razem z innymi życia, a przez to bliskość z Bogiem staje się dla nas niemożliwa.

Trzeba odważyć się żyć dla Boga, nie dla ludzi w tym znaczeniu, aby się im podobać. Potrzeba uczynić własne serce wnikliwym, uważnym, to znaczy – mądrym. Nie spieszmy się w naszym życiu. Spieszymy się w klasztorach, a przez to nie smakujemy tego, co jest pocieszeniem, czułością i pięknem Boga. A przecież „tylko dwie rzeczy przenikają ludzkie serce: piękno i cierpienie” (Silone Will). Piękno jest w cierpieniu i cierpienie jest w naszym wchodzeniu w piękno. Nigdy nie możemy je smakować „do końca”. Jest jakaś granica odczuwania, radowania się. Niedosyt jest zamierzony i błogosławiony. Niedosyt utrzymuje nas przy Tym, co piękne. Nie chodzi o nasycenie się, lecz nieustanne smakowanie, nasycanie się nim, przyzwolenie na przenikanie przez nie. Tęsknota za pięknem sprawia, że jesteśmy nim otulani jak płaszczem w chłodne wieczory i noce. Tylko piękno może nas otulać ciepłem i czułością.

Pośpiech jest kuszeniem. Wchodząc na szczyt góry, nie idziemy po to, aby ją zdobyć, lecz po to, aby smakować wszystko to, co w drodze możemy wokół siebie zobaczyć, wpatrywać się, czym możemy się wzruszyć, co możemy usłyszeć (ciszę).

Żyć pięknie, to żyć powoli. „Jeśli podoba ci się diament, wystarczy, że będziesz szedł ku niemu powoli, i coraz wolniej, a przeżyjesz życie pełne wzruszeń” (Antoine de Saint-Exupéry). W życiu człowieka tak ważne są wzruszenia. W pracy, którą wykonujemy, nie jest najważniejsza praca, lecz nasze serce i przeżywanie radości spotkania z Jezusem. Dramatem naszych wspólnot i dramatem naszego powołania jest wieczne zabieganie. Ciągle jesteśmy zajęci. Czas wolny jest czymś nieprzyzwoitym. Utarło się, że trzeba ciągle pracować. Siostra, która odpoczywała, miała poczucie winy, wyrzuty sumienia, przyszła z tym do spowiedzi.

Śmiertelny dla nas plan polega na utrzymywaniu nas w ciągłym ruchu. W ten sposób nigdy nie dbamy o swoje serce: o ciszę w nim, łagodność, pragnienie modlitwy. Będąc zmęczonymi często nie jesteśmy wyciszonymi. Nie można wchodzić z biegu w modlitwę. Będąc w ciągłym ruchu wypalamy się duchowo i wówczas Zły nas dopada. Jesteśmy osłabieni i nie potrafimy, a nawet nie chcemy podjąć duchowej walki.

Puste serce jest najbardziej narażone na pokusy. Jest wówczas wiele podniet, którym nie potrafimy się oprzeć: choćby plotka, bezpardonowa krytyka innych. Tylko serce nie zaangażowane w relację z Bogiem, ulega uwiedzeniu. Jak mówi jeden z autorów: „Serce, o które się dba, jest podobne do zakochanej kobiety albo mężczyzny – żaden romans nie wydaje się pociągający, gdy jesteś głęboko zaangażowany”.

Spotkałem się kiedyś z taką wypowiedzią, „Jeśli nasze chrześcijaństwo nie daje wolności i nie daje życia, to nie jest chrześcijaństwem”. Parafrazując powiedzmy tak, „Jeśli nasze życie nie daje wolności i nie daje życia, to nie jest życiem zakonnym”. Jeśli to życie nie daje nam prawdziwego, czyli ewangelicznego obrazu Boga i radości w sercu, to nie jest życiem zakonnym. Jeśli nie pozwala mieć szacunku do samego siebie i tych, z którymi dzielę życie we wspólnocie, nie jest życiem zakonnym. Z takim życiem należy skończyć, a rozpocząć inne. Trzeba zniszczyć to, co jest dziełem Złego: podziały, zamknięcie się w sobie, nieufność, bezpodstawne lęki.

Należy przeciwstawiać się złu w sobie. „Mocni w wierze przeciwstawiajcie się mu” (1 P 5,9). Jak przeciwstawić się złu, nie smakując Boga we własnym sercu? Dlaczego nie smakujemy Boga? Nierozwiązane problemy mogą tworzyć duchowe twierdze w naszym życiu. Szatan nie chce naszej otwartości na inne myślenie, rozumienie spraw. Boimy się tych, którzy inaczej od nas myślą, rozumieją. Nie uzasadniamy swoich racji, ponieważ często nie mamy tych uzasadnień. Zawsze zaczynamy od poddania się Jezusowi, a potem przeciwstawiamy się temu, co powstaje przeciw nam.

„Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących” (Dz 4,2). Tu jest miłość, więź, poczucie jedności. Oni kochali to samo, chcieli być tym samym i łączyła ich więź wspólnych poszukiwań. Odchodzą od wspólnoty tylko ci, którzy tak naprawdę swoim sercem nie byli ze wspólnotą. Takim był Judasz. Obecny ciałem, nieobecny sercem. Im więcej formalizmu, zewnętrzności w naszym codziennym życiu, tym bardziej oddalamy się od Jezusa i naszej wspólnoty. Potrzebujemy wspólnot, w których jesteśmy rozumiani nawet wtedy, gdy głupio myślimy. Potrzebujemy wspólnoty, gdzie nie jesteśmy postrzegani przez pryzmat naszych braków, słabości, zaniedbań. Konieczne wydaje się zrozumienie, że często tak jest, gdy otwieramy serce na radość we wspólnocie, doznajemy bólu. Obie sprawy są nierozłączne.

Warto odpowiedzieć sobie w sercu, czy ja potrzebuję innych, z którymi żyję we wspólnocie? Czy oni mnie potrzebują? Potrzebują mnie, jako człowieka, czy potrzebują „dla czegoś”. Czy potrzebujecie siebie nawzajem? Co przynoszę mojej wspólnocie? Czym ją karmię w stylu własnego życia, a szczególnie w wypowiedziach i reakcjach spontanicznych?



Liczba wyświetleń strony: 9444136 * Liczba gości online: 27 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC