MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Choroby mówią o nas (Marek 5,21-34)



Każdy z nas cierpi w taki sposób, w jaki nikt inny nie cierpi. To, jakiej choroby doświadczam, mówi najgłębiej o mnie samym. Moje zranienia odsłaniają moją wrażliwość, jaka została mi dana, którą w sobie rozwinąłem. To ważne, aby podzielić się bólem, który w sobie nosimy. Odsłaniając go przed moim przyjacielem, wyrażam pełne zaufanie do jego osoby. Wierzę, że nie tylko moja wrażliwość spotka się z jego szacunkiem, ale też i powód mojego zranienia będzie potraktowany ze zrozumieniem. Odsłaniając mój ból przed człowiekiem, przestaję się obawiać pokazać moje cierpienie Bogu.

Nasza choroba jest czymś tak osobistym, intymnym i wyjątkowym, że wszelkie odniesienia do innych są nie na miejscu. Jeśli ktoś poradził sobie w trudnej sprawie, podobnej do mojej, nie oznacza, że ja również powinienem tę próbę przejść pomyślnie. Porównywanie bólu i cierpienia nie przynosi ukojenia. Może ono wprowadzić w dodatkowe cierpienie spowodowane odczuciem własnej nieporadności, czy niezaradności wobec trudnych problemów. Z bólem łączy się doświadczenie trudu samotności tym większe, im częściej spotykam się z niezrozumieniem dla mojej sytuacji. Tak jak Bóg stworzył każdego człowieka innym, niepowtarzalnym, tak każdemu przypisał niepowtarzalność jego cierpienia.

Kobieta przychodzi sama do Jezusa. Nie jest otoczona przez przyjaciół, nikt nie wskazywał jej drogi, umożliwiając przeciśnięcie się przez tłum ludzi szczelnie otaczających Nauczyciela. W cierpieniu dostrzegam samotność człowieka. Pomimo wielkiej desperacji kobieta znalazła siłę, aby przyjść. Skrajnie trudna sytuacja zdrowotna, ale i psychiczna, emocjonalna i duchowa doprowadziła ją do postawienia wszystkiego na zaufaniu Jezusowi. Jest blisko Niego gdyż wszystkie inne możliwości zamknęły się dla niej. Jako jedyne rozwiązanie jej cierpienia został Jezus.

Dlaczego Pan jest ostateczną a nie pierwszą deską ratunku? Skąd bierze się myślenie o Nim na końcu, a nie na początku pojawienia się naszych zranień? Gdy nie mamy wielu możliwych dla siebie rozwiązań wpadamy w popłoch. Tymczasem jest to znak Bożego działania. On sam zamyka dla nas dostęp do rozwiązań z wymiaru doczesnego. Chcąc człowieka zwrócić ku sobie, doprowadzić do spotkania ze sobą, dopuszcza stan cierpienia.

Kobieta przychodzi do Jezusa jak złodziej wykradający skarb. Doszła do sytuacji, dzięki której poznała miejsce, w którym jest skarb dla niej ukryty. Mamy przed sobą kobietę usiłującą „wydrzeć” Jezusowi to, czego nie dał jej świat. Przed uzdrowieniem jest ona za Jezusem, po uzdrowieniu staje przed Nim. Jest w niej lęk, ale i odwaga, przerażenie, ale i szczęście. To wszystko w nas się miesza. Jacy jesteśmy w naszym przeżywaniu spraw małych i wielkich, miłych i dramatycznych, takimi stajemy przed lub za Jezusem. Krążymy wokół Boga, odbywamy wokół Niego swój taniec będący na pograniczu między życiem i śmiercią. Kobieta chodząca na granicy, przerażona swoim stanem zdrowia, chwytająca się każdego rozwiązania, które mogłoby okazać się skuteczne.

Być może niejeden raz chciała przyjść do Jezusa, lecz „upływ krwi” powstrzymywał ją przed relacją z tym, który jest czysty. Planując to, co dobre dla nas odczuwamy równocześnie lęk przed tym, czy nie zawiedziemy się na sobie. Dotkliwy staje się również niepokój powodowany niechęcią innych wobec naszego problemu. Boimy się klęsk. Jesteśmy tak ściśle złączeni z potrzebą odniesienia sukcesu, że strach przed porażką powoduje nasze wycofanie się. Odnosząc się przede wszystkim do przeszłości naznaczonej porażkami, postrzegamy przyszłość również nimi wypełnioną. Nie musimy zawsze odnosić sukcesu w takim stopniu, który wzbudziłby podziw u innych.

Stan chorobowy uwidacznia naszą potrzebę przynależności. Być dla kogoś ważnym, znaczącym, słuchanym. Chora kobieta była tego pozbawiona. Została od innych oddzielona. By niezrozumiana. Karano ją za jej nieczystość milczeniem i unikaniem jakichkolwiek gestów życzliwych, aby nie dochodziło do jej zatrzymania się. Powinna iść dalej swoją drogą. Zatrzymają się przy niej, gdy będzie „czysta”. Doświadczała tego okrucieństwa. Zauważyła, jak bardzo zmieniła się pod wpływem choroby, a w większym stopniu przez to, jak była w niej potraktowana. Nie oczekiwała na szczególne wyrazy troski i pamięci. Chciała tyle zainteresowania własną osobą, ile okazywano go zdrowym. Postawa mijających ją była niewzruszona. Żyjących w lęku przed naruszeniem prawa było wielu.

Choroby moralne i duchowe mówią o naszym rozejściu się z życiem według wartości. Pojawia się sceptycyzm do osób określających siebie, jako żyjących według wartości. Ich niekorzystne oddziaływanie na nas sprawia, że sięgamy po zbyt uproszczone rozwiązanie. Brak akceptacji osób, które nas zraniły, zawiodły, wznieciły gniew doprowadza do odrzucenia wartości, które one proponują. Ten stan rzeczy może zostać uporządkowany prze nasze otwarcie się na świat wartości.

„Doświadczenie wartości etycznych jest przeżyciem o dużym ładunku emocjonalnym (…) Decyzja moralna idzie w parze z ofiarą, z niepewnością, bo straty są jaskrawe, a zyski niewidzialne” (J. Tischner i J. Kłoczowski, Wobec wartości, Poznań 2001, s 62).

Tak trudne jest zapomnienie o własnych krzywdzicielach. Nie przechodzimy obojętnie obok własnych ran. One skupiają całą naszą uwagę. Mówią, przypominając o swojej obecności w chwili najmniej przez nas oczekiwanej. Wybuchamy płaczem, ponieważ nie pozwolono nam się wypłakać. Jesteśmy agresywni, ponieważ kazano nam opanować swoje emocje i nikomu nie mówić o własnej krzywdzie. Zmaganie się z doświadczeniem skrzywdzenia staje się poniekąd rzeczywistością do końca życia. Nie można o tym zapomnieć, choć można przebaczyć. Ale to, co było raną, zawsze może pojawić się jako lęk przed człowiekiem, lęk zaufaniem, lęk przed szczerością i przyjaźnią. Tak trudno w żalu uwolnić się od natrętnych oskarżeń. Rozbijamy się wewnętrznie o nasze myśli skłębione i uczucia poszarpane. Jesteśmy chaotyczni w relacjach, niespokojni, czasem nieopanowani.

Nieraz przychodzi chęć odwetu tak nagle i niespodziewanie, że jesteśmy zaskoczeni naszą brutalnością tego, co chcemy dokonać. Jesteśmy uwrażliwieni na wszelką niesprawiedliwość. Potrafimy być przesadni, nadtroskliwi w doszukiwaniu się zła u innych. Jakbyśmy chcieli uchronić kogoś, a może przede wszystkim siebie od tego bólu, który może nadejść. Chodzenie z żalem jest narastającą z dnia na dzień udręką. Budujmy wokół siebie mury z naszego odczuwania krzywdy. Rany nie chcą się zabliźniać nieustannie targane wspomnieniami, do których powracamy. Nie chcemy, lecz coś nas pcha w stronę rozliczania innych, wydawania wyroków skazujących. „Jeżeli uwolniliśmy się od nawyku sądzenia i potępiania drugich, potrafimy stać się dla ludzi miejscem bezpiecznym, miejscem bez wzajemnego ranienia oraz dokuczania sobie, i tylko wtedy zburzymy oddzielające nas mury uprzedzeń” (H. Nouwen, Chleb na drogę, Bytom 2001, s 400).

Co mówią o nas nasze choroby? Nie żałujemy czasu dla nikogo, oddajemy siebie innym do dyspozycji, staramy się wspierać wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób dotrą do nas i pokażą, że potrzebują wsparcia. Wkładając serce i dusze w określone działanie, nie mając czasu na odpoczynek, radość, spokojne czytanie, spacer możemy ulec „wypalić się wewnętrznie”. Może dlatego, że błędnie zrozumieliśmy bycie autorytetem. A może za bardzo przejęliśmy się tym, „co ludzie o nas powiedzą”. Niebezpieczne jest fanatyczne myślenie o ideałach i dążeniu do świętości. Chcemy ciągle naśladować innych, budzących podziw w naszym środowisku, albo powielać wzorce zachowań, które w naszym niezdrowym idealizmie budzą w nas wiele niedoścignionych uczuć.

Nie mogąc pogodzić się z zaistniałymi stratami, które opanowały nasze myśli; nie radząc sobie z poczuciem winy, ponieważ przyjęliśmy założenie, aby wszystko nam w życiu wychodziło jak najlepiej – popadamy w chorobę. Przychodzi chwila, kiedy nasz organizm odmawia posłuszeństwa. Nie chcemy już więcej być przykładem dla innych. Założenie, że powinienem być dla innych wzorem życia jest bardzo zwodniczym i chorobliwym podejściem. Nie można myśleć tym, żeby być przykładem dla innych właściwego postępowania. Nadmierna koncentracja na sobie, na własnych słowach, gestach, odruchach, spojrzeniu czy uśmiechu sprawia, że szybko popadamy w zmęczenie i przestajemy zupełnie nad sobą panować.

Chorujemy, ponieważ nie robimy tych rzeczy, które lubimy, a które są korzystne dla naszego ducha, psychiki i ciała. Jesteśmy zgorzkniałymi i nieprzyjaznymi, ponieważ pielęgnujmy stare urazy i nienawiści. „Wybaczyć – tak, lecz zapomnienie wydaje się nierealne, a niekiedy niemożliwe. Niektóre sprawy są tak drastyczne, że nie jest prawdopodobne, żebyśmy o nich zapomnieli (…). W miarę upływu lat pamięć krzywd, jakie ludzie nam wyrządzili, zwykle słabnie, jeśli je wybaczyliśmy (…) Jednakże wybaczenie oznacza też pamięć o tym, że coś było złe, i że kochamy daną osobę tak bardzo, iż jednak jej to wybaczymy” (S. Atkinson, Jak wydobyć się z depresji, Warszawa 1995, s 171-172).

Kobieta cierpiąca przychodząc do Jezusa i dotykając Go, musiała przebaczyć wcześniej tym, którzy ją zranili, na których się zawiodła. Nie jest możliwe uzdrowienie bez przebaczenia swoim winowajcom. Ale i inny wymiar tego zdarzenia. Ona sama pojednała się z sobą, zbliżając się do Pana. Wybaczenie sobie jest sprawą często przez nas pomijaną, nawet lekceważoną. S. Atkonson mówi, że „Ludzie cierpiący na depresję zwykle nie potrafią wybaczyć sobie. Powszechne jest przekonanie, że depresja dotknęła nas, ponieważ jesteśmy takimi okropnymi ludźmi, iż zasługujemy na nią. Jest słuszną i sprawiedliwą karą. Jeśli dręczy cię nieznośne poczucie winy, może to być sygnałem, że nie przebaczasz sobie” (Jak wydobyć się z depresji, dz. cyt., s 175).

„Nawet, jeśli ludzie nie mogą, nie chcą, czy nie potrafią nam wybaczyć, Bóg może przebaczyć i przebacza. Kiedy żałujemy, wina zostaje zmazana. Możemy teraz podnieść głowę. Jest miejsce dla żalu, ale nie ma dla poczucia winy” (S. Atkonson, dz. cyt., s 177). Nie wyobrażamy sobie życia bez poczucia winy. Tak bardzo przyzwyczailiśmy się do naszego obciążonego sumienia, złego samopoczucia psychicznego, że stan wewnętrznej wolności odbieramy jako rzeczywistość obcą, w której nie czujemy się siebie. Obawiamy się, że kiedy jesteśmy chorzy, mamy ze sobą określone problemy i przeżywamy czas trudnych zmagań, najbliżsi podchodzą do nas ze zrozumieniem, a nawet proponują nam taryfę ulgową na życie. Tymczasem, gdy stajemy się zdrowi obawa nasza zawiera się w pytaniu: „Czy nie zostaną nam postawione wymagania przewyższające nasze możliwości?” Stąd, jak się wydaje, niektóre osoby nie chcą zdrowieć. Choć życie w stanie choroby jest ciężki, to jednak łączy się z tolerancją, zrozumieniem, akceptacją. Tam, gdzie człowiek jest zdrowy oczekujemy jego pełnego uczestniczenia w życiu i odpowiedzialności za nie.

Spodziewamy się tego, że inni będą oczekiwali od nas zachowań, do których jeszcze nie dorastamy, które są poza naszym zasięgiem. Choroba stanowi parawan, za którym można się ukryć, dla tych, którzy nie mają ochoty na dorosłość, dojrzałość, odpowiedzialność, zdecydowane zmaganie się z życiem, a przede wszystkim twórcze podejście do niego.

Potrzebujmy czasu. Bardzo nas kosztowało uczenie się życia w chorobie. Z niemałym trudem trzeba uczyć się żyć bez niej. Wychodzenie z choroby, to czas zabliźniania się ran. Niełatwo odejść od zachowań będących naszym nawykiem, stylem życia. Przyzwyczailiśmy się do wyrażania gniewu, złości, narzekania na wszystkich i na wszystko, obnoszenia się ze swoim smutkiem i rozlewania wokół cierpienia, które nas dotyczy.

Trzeba dorastać do myśli, że na wiele pytań w naszym życiu, na drodze wiary nie znajdujemy odpowiedzi. Konieczne staje się uczenie życia z taką myślą. Nie musimy znać odpowiedzi na każde cierpienie czy nieszczęście lub niesprawiedliwość spotykającą nas i osoby nam bliskie. Stajemy wobec tego, co jest niemożliwe do zniesienia lub przezwyciężenia. Szukamy, zatem innego rozwiązania. Nasze choroby uświadamiają nam, że nie mieliśmy odniesienia do rzeczywistości, nie przeżywaliśmy jej taką, jaką była. Byliśmy w wymiarze tego wszystkiego, co możemy nazwać oczekiwanej rzeczywistości, tego, co mogłoby być.

Chore problemy kończą w nas swoje oddziaływanie wtedy, kiedy zaczynamy rozumieć, co się z nami dzieje i to, że potrzebujemy pomocy. Bez uznania własnej choroby nie przyjmiemy tego, co może doprowadzić nas do uzdrowienia. Brak jej uznania wiąże się z nieustannymi powrotami do przeszłości i oskarżeniami. Konieczne jest złapanie ożywiającego oddechu, rozejrzenie się wokół siebie. Dostrzeżenie ludzi, którzy nas kochają. Szkoda życia na nieustanne powroty do przeszłości. Kto patrzy nieustannie w swoją przeszłość, dla tego przyszłość staje się niemożliwa. Patrzenie i rozważanie wydarzeń, które bolały w przeszłości, w pewnym sensie zamyka przed nami przyszłość. Odczuwamy brak odwagi, chęci do życia, nie wierzymy w swój rozwój, nie ufamy samym sobie, stawiamy pod znakiem zapytania nasze zwycięstwa.

Trzeba iść do przodu, chociaż bardzo się boimy. Można dobrze żyć odczuwając przepływający przez nas lęk. Pragniemy światła zrozumienia, czyli odpowiedzi na pytanie - jak żyć? Szukamy rozjaśnienia, choć w stopniu minimalnym naszej przyszłości. To, co nieznane, paraliżuje nas, pozbawiając odwagi postawienia pierwszego kroku. Lękając się, odczuwając niepokój i niepewność, trzeba posłuchać rady zawartej w książce Minnie Luise Haskins „Bóg wie”: „Wejdź w ciemność i włóż swą dłoń w dłoń Boga. Będzie to dla ciebie lepsze niż światło i bezpieczniejsze niż znana droga” (w: S.Atkinson, Jak wydobyć się z depresji, dz. cyt., s 209).

Odczuwamy opór przed mówieniem o naszych zranieniach, lęku, niepewności. Życie nasze doznaje przemiany, jeśli dzielimy się naszymi myślami i uczuciami. Jest to dla nas niezwykle trudne, ale stanowi jeden z wielu sposobów radzenia sobie z oporem obecnym w nas, usiłującym oddzielić nas od radości życia, od przyjaciół i tej nadziei, że można być w dobrych, przyjaznych relacjach. Jeśli chcemy, aby nasze zranienia, bóle, lęki stały się bogactwem, trzeba zaryzykować, wychodząc w stronę innych. Mamy wszystko do zyskania, a nic do stracenia. To, co mogliśmy już utracić, jest za nami. To, co może stać się naszym udziałem, jest jeszcze przed nami.

Dzieląc się myślami i uczuciami zauważamy, że zamieszkujemy w kimś drugim, a przez niego, w określonej społeczności. Zdrowi pomagają chorym, ale też chorzy pomagają zdrowym myśleć i odczuwać, kształtować zapomniane obszary wrażliwości własnego serca. Zdrowiejemy, gdy wchodzimy w więzi, które nas od innych nie uzależniają. Nasze rany powodują, że bronimy dostępu do siebie. Trzeba to zmienić, zaryzykować wyjście, choć żal, jakiego nadal doznajemy krzyczy, że nie warto, ponieważ wszystko stracone. Warto powrócić do terapii przez łzy. Powróćmy do łez, którym zabranialiśmy płynąć z naszych oczu. Wmówiliśmy sobie, że aby żyć, trzeba być twardym. Otóż, żeby żyć, trzeba być wrażliwym i umieć płakać. Gdy płaczemy, Bóg zajmuje się wycieraniem naszych łez. Z tych łez i naszego cierpienia, z tych zmagań i upadków, które odczytywaliśmy jak klęskę wszystkiego, co było dobre, rodzi się nowe życie, przychodzi czas wiosny wiary i miłości.



Liczba wyświetleń strony: 9500966 * Liczba gości online: 14 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-28
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC