MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Słuchać zamiast osądzać



Czymś najważniejszym, i najtrudniejszym, jest właśnie słuchanie. Słuchać, nie osądzając ani negatywnie, ani pozytywnie. Dojrzałe życie duchowe charakteryzuje umiejętność przyjmowania każdego w pewnej postawie „zerowej", nie wypływającej z obojętności na dobro drugiego, ale z zaufania Bogu.

Zazwyczaj nie szukamy w kierownictwie duchowym przede wszystkim pocieszenia, a w wypadku spowiedzi nie szukamy w pierwszym rzędzie rozgrzeszenia, ale chcemy zaistnieć takimi, jakimi jesteśmy i jako tacy chcemy być zaakceptowani. Odkryć siebie to wielkie ryzyko. Wiele osób czuje, że są brzydcy, nieczyści, nędzni. Kiedy w końcu nabiorą odwagi, a rzeczywiście potrzeba odwagi, aby pokazać swą nagość, i przełamią własną nieśmiałość, dzieje się to zawsze z drżeniem: czy kierownik duchowy nie będzie zaszokowany, czy nadal będzie mnie akceptował, gdy wyjawię całą prawdę, czy nie zerwie zupełnie kontaktu?

Siłą napędową jest nadzieja, że będzie się przyjętym takim, jakim się jest lub, jakim wydaje się, że się jest. Nie dlatego, aby zostać takim, jakim się jest właśnie teraz, ale dlatego, że wie się o tym, że można pójść dalej i rozwijać się, kiedy wyruszy się z tego punktu, w jakim się obecnie stoi. Nie można odejść od swoich słabych stron czy uwolnić się od złych przywiązań, jeśli wpierw nie będzie się przyjętym takim, jakim się jest, podobnie jak nie można dać tego, czego się nigdy nie posiadało. Rozwój zawsze musi wypływać z fundamentalnej aprobaty.

Każdy człowiek tęskni za tym, aby pokazać się przed drugim człowiekiem w całej swej rzeczywistości, w blaskach i cieniach, by być „przyjętym" i kochanym takim, jakim się jest. „Przyjmujcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przyjął was, ku chwale Boga" (Rz 15,7). Jeśli reagujemy zdziwieniem, irytacją, niechęcią, kiedy ktoś w zaufaniu odkrywa siebie, to może tylko potwierdzamy złe mniemania penitenta: że nie będzie zaakceptowany ani nie może zostać zaakceptowany. Brak akceptacji ze strony kierownika duchowego penitent doświadcza jako brak akceptacji ze strony samego Boga. Tak wielka jest odpowiedzialność kierowników duchowych wobec osób, które im się powierzają

Jeżeli kierownik duchowy doświadcza siebie jako zwykłego, ułomnego człowieka, to będzie miał problem ze zrozumieniem znaczenia zadania, które ma spełnić wobec penitenta. Musi nauczyć się odróżniać własną osobę od zadania, jakie mu powierzono. Jako osoba pozostanie słabym, grzesznym człowiekiem wobec swoich penitentów, ale równocześnie będąc kapłanem czy osobą innego stanu, będzie zastępcą Chrystusa dla tego, kto się do niego zwraca.

Człowiekowi, który nie doświadczył, że jest akceptowany przez Boga, trudno będzie, a nawet stanie się to niemożliwe zaakceptować siebie. Akceptacja siebie jest punktem wyjścia w drodze duchowej. Juliana z Norwich (ok. 1342-1413) posuwa się tak daleko, że mówi: „Kiedy dusza naprawdę jest zadowolona z siebie, dopiero wówczas jest zjednoczona z Bogiem".

Oczywiście, że nie tylko i wyłącznie kierownik duchowy odpowiada za to, aby penitent zaakceptował samego siebie. Tutaj, podobnie jak we wszystkim innym, od samego początku powinien on pokazać, że preferuje możliwości samego penitenta i w pierwszym rzędzie polega na nich. Przy każdym spotkaniu z drugim człowiekiem słusznie postąpimy, jeżeli nasze zachowanie będzie unaoczniało nasze przeświadczenie o tym, że człowiek nie jest tylko i wyłącznie uzależniony od swych psychicznych mechanizmów. Naszym czasom potrzeba ponownego odkrycia możliwości, kryjących się w wolnej woli. Może nigdy wcześniej nie propagowano w takim stopniu wolności, jak czyni się to obecnie, ale ta wolność jest właściwie skrępowaniem impulsami, zachciankami i kaprysami. Istnieje głębszy poziom w człowieku, gdzie on sam decyduje o tym, jakie znaczenie będzie miało jego życie.

Akceptacja nie powinna niczego wykluczać. Muszą w niej znaleźć swoje miejsce i blaski, i cienie. Nie znaczy to, że akceptuje się błędy. W pierwszym stadium, jeszcze nie czas na odróżnianie dobra od zła. Chodzi tylko o to, aby pozwolić istnieć rzeczywistości, pozwolić, aby była taka, jaka jest. Jeżeli kierownik duchowy tego nie uczyni, penitent prawdopodobnie nie znajdzie innego wyjścia i będzie postępował tak, jak zwykł postępować wobec wszystkich innych: będzie grał, kamuflował to, co uważa, że jest w nim nie do zaakceptowania, będzie uciekał od prawdy.

Kapłani mają nieszczęsną skłonność do natychmiastowego udzielania rad. Wydaje się nam, że zawsze wiemy, co dobre, a co złe. Uważamy, że jeśli tak wyraźnie widzimy drogę, to dlaczego nie mielibyśmy jej ukazywać innym. Zapominamy, że jeżeli droga nie wiedzie do celu, do prawdy, to drogą nie jest. Naszym zadaniem jako duchowych przewodników nie jest w pierwszym rzędzie prowokowanie nowych zachowań, ale w zgodności z Duchem Prawdy prowadzenie człowieka ku prawdzie o nim samym i o Bogu.

Wszyscy święci i mistycy podkreślają, że budowanie życia duchowego musi opierać się na pokorze, a pokorą jest właśnie całkowita akceptacja prawdy o sobie w blaskach i cieniach. Niezrównany opis prawdy o człowieku znajdujemy u św. Bernarda z Clairvaux (1090-1153): „Jestem niczym, lecz jestem Twój”. Nikomu nie pomożemy tego odkryć, dając wskazówki moralne. Moralność jest owocem spotkania człowieka z Bogiem, spotkania, w którym spostrzega on własną nicość oraz spostrzega Boga, który jest jego prawdziwym życiem.

Jeżeli jesteśmy zdziwieni tym, co odkrywają wobec nas penitenci i mamy trudności, by zrozumieć, ile zła może się kryć w człowieku, to dzieje się tak prawdopodobnie dlatego, że nie znamy samych siebie i nie przeżyliśmy głębokiego spotkania z Bogiem. Święci nigdy nie mają trudności w zrozumieniu grzeszności swoich współbraci. Ten, który był i który jest Najświętszy, nigdy nie osądził żadnego człowieka szczerze wyznającego przed Nim swoje grzechy.

Słuchać to coś więcej niż milczeć. Nie wystarczy intencja, aby pozwolić się drugiemu wypowiedzieć, a samemu milczeć za wszelką cenę. U tego, kto w głębi serca krytykuje i osądza penitenta, milczenie zewnętrzne jest kłamstwem, które mocno sprzeciwia się wysiłkom penitenta, by być autentycznym. Okazywanie zrozumienia, które nie istnieje, nie przyniesie żadnego efektu. Druga osoba intuicyjnie czuje, czy jest naprawdę akceptowana, czy też przewodnik stosuje jedynie jakąś swoją technikę.

To samo odnosi się do sytuacji, kiedy przewodnik okazuje pozorną przychylność, gdy chodzi o ofiarowanie czasu penitentowi. Lepsze podstawy do zaufania stwarza sytuacja, w której kierownik duchowy otwarcie i z miłością potrafi powiedzieć: „Dziś niestety nie mam czasu na kontynuowanie naszej rozmowy", niż kiedy (z zewnętrzną cierpliwością) wzdycha w sercu — kiedy wreszcie ta osoba skończy mówić. Szczerość połączona z miłością jest najlepsza w każdej sytuacji.

Niektóre opcje psychologiczne podkreślają wagę empatii, zdolności wczucia się w reakcje drugiej osoby. Chłodna neutralność nikomu nie pomoże. Empatia jest możliwa dopiero wówczas, gdy ja, wsłuchany w drugą osobę, rozpoznaję w niej cząstkę samego siebie. Wiem, że jestem z nim jedno, na dobre i złe.



Liczba wyświetleń strony: 9443969 * Liczba gości online: 26 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC