MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Przeżywanie śmierci osoby kochanej



Śmierć kogoś, kogo kochamy, zmienia nasze przeżywanie czasu. Na nowo uczymy się życia, gdy umiera ktoś bardzo nam drogi. Po raz pierwszy bez kogoś bliskiego, sami. Śmierć staje się wówczas śmiercią ciągle trwającą. Za każdym razem osoba kochana, gdy ją sobie przypominamy, znowu w nas umiera. Prawdziwego żalu czas nie uleczy. Myślenie, że wraz z upływem czasu przestaniemy o niej pamiętać i odczuwać ból, jest fałszywe. Im dłużej żyjemy, tym silniej uświadamiamy sobie, kim ona, kochana przez nas osoba, była dla nas, i tym intymniej przeżywamy, co dla nas znaczyła jej miłość. Prawdziwa, głęboka miłość jest skromna, pozornie a, bezpośrednia. Dopiero po śmierci osoby kochanej, uświadamiamy sobie jej głębię i moc, która w nas jest.

Bardzo często miłość staje się naprawdę widoczna w bólu. Ból, który przeżywamy, pokazuje nam, jak głęboka, intymna i wszystko przenikająca była jej miłość. Dlaczego ona odeszła przed nami i my musimy nosić jarzmo żałoby? Teraz musimy uczyć się żyć na nowo bez niej. Poznajemy osobę, która odeszła w bólu i braku. Jej oszczędzono smutku po naszej śmierci. Nie będzie musiała żyć bez nas. Dopiero w śmierci odkrywamy, jak kogoś bardzo kochamy. Dopiero po śmierci osoby kochanej zaczynamy dostrzegać w sposób szczególny osamotnienie najbliższych i bardziej im współczujemy. Zaczynamy głębiej odczuwać lęki tych, którzy są w żałobie i wnikliwiej podchodzić do tajemnicy śmierci. Wtedy potrzebujemy odkryć, że mamy kogoś bliskiego, że nie jesteśmy sami, lecz możemy z kimś bliskim dzielić nasz smutek.

W takiej sytuacji bywa, że przeżywamy odnowioną więź z tymi, którzy są nam bliscy. W czym możemy dostrzec plon śmierci osoby kochanej? Staje się on widoczny w tych, którzy ją najbardziej kochali. Miłość do osoby, która odeszła pozwala nam, byśmy zebrali żniwo i darem jej śmierci podzielili się z innymi. Czyż nie od tego trzeba zacząć, chcąc odkryć znaczenie śmierci tej, którą kochamy, a jej już niema pośród żyjących? Ważne jest, aby być przygotowanym na śmierć. Jeśli jednak zaczniemy rozmyślać o niej dopiero wtedy, gdy będziemy śmiertelnie chorzy, nasze rozważania nie przyniosą potrzebnego nam wsparcia. Pytamy o śmierć nie dlatego, że umieramy, ale dlatego, że czujemy się dość silni, by zadać to pytanie o największą ludzką słabość.

Naszym podstawowym zadaniem jest oswoić śmierć. Aby stać się w pełni istotą ludzką, musimy uznać całość naszego doświadczenia. Dochodzimy do dojrzałości, integrując nie tylko jasną, ale i ciemną stronę naszego życia. Mamy bowiem skłonność do unikania, wypierania czy tłumienia bolesnej strony życia. Oswojenie śmierci wydaje się podstawą wszelkich innych form przyjaźni. Jeśli potrafilibyśmy oswoić śmierć stalibyśmy się naprawdę ludźmi wolnymi. Nasze życie stałoby się wyraźnie inne, gdybyśmy potrafili odnosić się do śmierci jak do znajomego gościa zamiast groźnego przybysza. Inni nie mają nade mną żadnej władzy, kiedy ja już umarłem. Lęk przed śmiercią często doprowadza nas do śmierci, ale oswajając się z nią, możemy stawić czoło naszej śmiertelności i dobrowolnie wybrać życie.

Miłość głęboka, ludzka, nie zna śmierci. Miłość stale sięga wieczności. Miłość płynie z tego miejsca w nas, do którego śmierć nie ma wstępu. Miłość nie chce być uwięziona przez czas, obwarowana jego trwaniem. Ta sama miłość, która ujawnia absurdalność śmierci, pozwala nam także oswoić się z nią. Ta sama miłość, która stanowi podstawę naszej żałoby, jest również podstawą nadziei. Ta sama miłość, która każe nam płakać z bólu, musi również przygotować nas na wyzwalającą akceptację wewnętrznego poranienia. Bez wiary to musi brzmieć ja sprzeczność. Lecz wiara w Tego, którego miłość pokonała śmierć i który wstał z grobu trzeciego dnia, zmienia tę sprzeczność w paradoks, najbardziej uzdrawiający paradoks naszego istnienia. Moc miłości jest większa od mocy śmierci. Miłość osoby kochanej jest odbiciem tej miłości, która nie umiera i nie może umrzeć. Dążymy do tego, żeby lęk przed śmiercią stracił nad nami władzę. Niektórzy ludzie nigdy nie oswajają się ze śmiercią i umierają tak, jakby przegrali beznadziejną walkę.

Staliśmy bezsilni, kiedy widzieliśmy, że osoba kochana powoli traci kontakt z nami i oddala się od nas. Nie mogliśmy nic poradzić. Staliśmy jedynie przy łóżku i patrzyliśmy, jak śmierć bezwzględnie dokonuje swego dzieła. Na to doświadczenie nie można się przygotować. Śmierć każe mi zatrzymać się i obejrzeć za siebie, tak jak jeszcze tego nie robiłem. Zacząłem oglądać wiele lat życia z lotu ptaka. W obliczu śmierci osoby kochanej, nasze życie traci na swej złożoności i streszcza się w kilku podstawowych kreskach. Otrzymujemy nowe oczy do przyjrzenia się swojemu życiu. Śmierć naprawdę upraszcza. Nie toleruje ona nieskończonego cieniowania. Obnaża to, co naprawdę się liczy, i w ten sposób staje się sędzią.

Na umartwianiu się polega życie, a dosłownie na „czynieniu martwym”. Na powolnym odkrywaniu śmiertelności wszystkiego, co jest stworzone, abyśmy mogli docenić piękno, nie przylegając do niego jak do trwałego naszego majątku. Życie, to zapoznawanie się ze śmiercią. To szkoła umierania. W każdym przyjściu człowieka, zawarte jest jego odejście; w każdym połączeniu zawiera się rozdzielenie; w każdym dorastaniu mieści się starzenie; w każdym uśmiechu są łzy; w każdym sukcesie jest strata. Całe życie jest umieraniem, a każde świętowanie jest także umartwianiem się.

Musimy stać się tak wolni, żebyśmy potrafili być posłuszni; tak autonomiczni, żebyśmy potrafili być zależni; tak kontrolujący, żebyśmy potrafili się poddać. Otóż trzeba tak żyć, by potrafić umrzeć. Na tym polega oderwanie. Potrzeba nieustannie uczyć się pogodzenia z nieprzewidzianymi zmianami w życiu i stawiać czoło nieznanej przyszłości. Śmierć osoby kochanej może spowodować, że ludzie przestają żyć myślą o przyszłości i wycofują się do znajomej przeszłości. Trzymają się kilku cennych wspomnień i starych przyzwyczajeń, uważając, że ich życie dotarło do martwego punktu. Żyją, jakby myśleli: „Dla mnie wszystko się skończyło. Nic mnie już nie czeka”. To jest przeciwieństwo oderwania. Nadmierne przywiązanie sprawia, że życie staje się czymś zużytym i całkowicie pozbawionym witalności. W takim życiu nie ma już miejsca na nadzieję.

Trzeba traktować swoje doświadczenie bezsilności jako prowadzenie, chociaż dokładnie nie wiemy, dokąd jesteśmy prowadzeni. „Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi dokąd nie chcesz”. Coraz większe powierzanie się, jest znakiem duchowej dojrzałości. Śmierć osoby kochanej, jest zaproszeniem do bardziej dobrowolnego powierzenia się przyszłości z przekonaniem, że jeden z ważnych etapów naszego życia może być jeszcze przed nami, a życie i śmierć osoby kochanej, miały nam to umożliwić. Trzeba pamiętać, że dopiero po śmierci Jezusa uczniowie mogli wypełnić swoje posłannictwo. Ci, którzy są najbardziej oderwani od życia; ci, którzy żyjąc, nauczyli się, że nie można kurczowo przylgnąć do nikogo i do niczego, ci są ludźmi naprawdę twórczymi.

Im silniej przeżyjemy fakt, że osoba kochana zmarła za nas, tym większy sens będzie miała dla nas nasza własna śmierć. Ci, którzy kochają, oni przeżywają swoje życie dla innych. Rzadko zwracała uwagę na siebie. Zainteresowania i uwaga były skierowane na potrzeby innych. Śmierci takiej osoby nie należy widzieć, jako nagłego ustania jej wrażliwości na innych. Niektórzy ludzie doświadczają śmierci tych, których kochali, jak zdrady. Czują się porzuceni, osieroceni, oszukani. Reagują gniewem. Wyrażają to paraliżującym smutkiem, cofnięciem się do stanu zupełnej zależności, ucieczką w chorobę i narzekanie, a nawet śmierć. Jeśli ktoś przeżył życie dla nas, to i śmierć tej osoby jest śmiercią dla nas. Śmierć ta nie powinna paraliżować, uzależniać czy dostarczać wymówki do narzekań, ale śmierć takiej osoby powinna uczynić nas silniejszymi, bardziej niezależnymi i dojrzałymi. Ona umarła, byśmy mogli żyć. Życie osoby kochanej zachęca nas, byśmy spojrzeli na jej śmierć jako na coś, co daje nam nie tylko smutek, ale i radość; nie tylko ból, ale i uzdrowienie; nie tylko doznanie straty, ale także doświadczenie odnalezienia.

Dzięki wyzwalającej śmierci Chrystusa, śmierć osoby kochanej nie jest absurdalnym końcem pięknego i altruistycznego życia. Śmierć jej jest po to, by jej poświęcenie przyniosło bogate żniwo. Jezus umarł, abyśmy my mogli żyć, i każdy, kto umiera w jedności z Nim, uczestniczy w życiodajnej mocy Jego śmierci. Ci, którzy umierają pod znakiem krzyża, umierają, byśmy my mogli żyć Pod tym znakiem, każda śmierć może stać się śmiercią za innych. Gdy ktoś umiera, i rozumiemy to, że umiera za nas, to dzięki temu możemy zrozumieć sens naszej własnej śmierci.

Jezus nie chciał umierać. Jezus nie stanął wobec śmierci, jakby uważał ją za coś dobrego, do czego należy dążyć. Nigdy nie mówił o śmierci jak o czymś, z czym łatwo się pogodzić. W Getsemani Jezusa opanowały lęk i zmartwienie. Wydaje się, że bardziej niż ból śmierci, lękiem i cierpieniem przepełniała Jezusa sama śmierć. Śmierć pozostaje naszym wrogiem. Choć możemy i musimy przygotować się do śmierci, tak naprawdę nigdy nie jesteśmy na nią gotowi. Bóg nie stworzył śmierci. Bóg nie chciał śmierci. W Bogu nie ma śmierci. Bóg jest Bogiem życia. Jest Bogiem żywych, a nie umarłych. Ci, którzy prowadzą głęboko duchowe życie, w prawdziwej zażyłości z Bogiem, ból śmierci muszą odczuwać szczególnie ostro. Życie z Bogiem otwiera nas na wszystko, co żyje. Błędem zatem jest myślenie, że śmierć bez zmagania i męki jest znakiem wielkiej wiary. Jezus umarł dlatego, by nas wyzwolić ze śmierci i ciemności, które są w nas.

Dlaczego śmierć osoby kochanej wywołuje w nas tyle cierpienia? Bo bardzo ją kochaliśmy. Dlaczego obawiamy się naszej śmierci? Ponieważ bardzo kochamy życie. Śmierć jest absurdem i nie może mieć sensu dla kogoś, kto bardzo kocha. Zmartwychwstanie Jezusa jest objawieniem zwycięstwa miłości nad śmiercią. Ta sama miłość, która każe nam opłakiwać i buntować się przeciw śmierci, teraz wyzwala nas do życia w nadziei. Jezus ukazał się tylko tym, którzy Go znali, którzy słuchali Jego słów i którzy głęboko Go pokochali. To ta miłość dała im oczy, żeby widzieli Jego twarz, i uszy, żeby słyszeli Jego głos, kiedy ukazał się trzeciego dnia po swojej śmierci. Kiedy Go zobaczyli, usłyszeli i uwierzyli, reszta ich życia stała się ciągłym rozpoznawaniem Jego obecności pośród siebie. Pod welonem wszystkiego, co widzimy naszymi cielesnymi oczami, Pan ukazuje nam swoją niewyczerpaną miłość i wzywa nas do pełniejszego wkroczenia w tę miłość, która obejmuje osoby, które tak bardzo kochaliśmy. Tylko z miłością silniejszą niż śmierć, możemy przeżywać swoje życie jako obietnicę. Ta miłość obiecuje nam, że to, co już zaczęliśmy widzieć i słyszeć w Duchu Chrystusa, nie może być nigdy zniszczone, a jest „początkiem” wiecznego życia. W ciemności wątpimy, czy kiedykolwiek nastanie światło, jednak w świetle wkrótce zapominamy, jak wielka była to ciemność.



Liczba wyświetleń strony: 9444048 * Liczba gości online: 24 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC