MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Potrzeba duchowego uzdrawiania zranień i kryzysów



Prowadząc siostry do więzi duchowej, siostra przełożona jest w pewnym stopniu odpowiedzialna za terapię sióstr, okazywanie im pomocy w obchodzeniu się z wewnętrznymi oporami, zniechęceniami, ogólnie – trudnościami i uprzedzeniami nabytymi na drodze życia zakonnego. Tym, na co trzeba zwracać dużą uwagę jest smutek. Co czynić, by on nie opanował? Nie gardzić nikim, nie oceniać nikogo, nie oczerniać. Uwolnienie się od smutku jest związane z nie osądzaniem bliźniego. Jest on spowodowany tym, że stawiam siebie nad innymi i przez to odkrywam, że sam nie odpowiadam własnym ideałom. Istnieje konieczność pogodzenia się z własnymi ranami psychicznymi, duchowymi. Przez moje rany jestem w stanie poznać Chrystusa. On dotyka mnie w zranione miejsce, by uleczyć moją rzeczywistą chorobę. Rany emocjonalne, są jedynie objawem tkwiącej we mnie głęboko choroby. A ona chce odkryć przede mną Chrystusa i On chce ją uleczyć. Choroba tego rodzaju, jest dla mnie i moich sióstr szansą do kroczenia po drogach prawdy.

Inną raną z którą spotkamy się, przy tworzeniu więzi duchowej, jest tęsknota sióstr za miłością i czułością. Tęsknota wygórowana, chorobliwa, nadmierna. Nie rzecz w tym, że w zakonie zawsze powinienem czuć się dobrze, abym doznawał czułości, za którą tęsknię. Trzeba wspólnie uświadomić sobie to, co tęsknota może z nami zrobić, gdyby została urzeczywistniona. Przecież ona ciągle nas gdzieś popycha, gdzieś nas prowadzi. A na czym może się skończyć? Warto ukierunkować ją na Boga, który jedynie może uciszyć nasze najgłębsze tęsknoty.

Inną raną, z która w jakimś stopniu należy się uporać, gdy chcemy być w jedności duchowej, jest wina i poczucie winy. Robienie sobie nieustannych wyrzutów za coś, co nie wyszło, pozbawia człowieka dynamizmu wewnętrznego, a przede wszystkim koncentruje go na własnej winie. Jeśli ktoś ciągle osądza się z powodu swojego grzechu, ten mocno trzyma się swojej przeszłości. Sam siebie karze i przeszkadza w pomocy samemu sobie. Nie umie przyjąć niekiedy okazywanego mu zrozumienia i miłości. Nie potrafi przebaczyć sam sobie, że nie jest aż tak idealny, jak myślał. Kto wierzy w Boże przebaczenie, przebacza sobie i przestanie obwiniać sam siebie tam, gdzie nie ma żadnych racjonalnych podstaw.Należy podpowiadać siostrom, że grzechom należy się przyglądać, a nie koncentrować się na nich. Jeżeli będziemy patrzeć tylko na siebie, nie zdołamy się od naszych win wyzwolić. Potrzeba patrzeć na Boga. Wtedy wśród win doświadczymy umacniającego pokoju.

Człowiek w zakonie doświadcza swojego zranienia przez swoje namiętności, które przeszkadzają odnaleźć samego siebie i doświadczyć Bożej pomocy i spokoju. Nie ma sensu walczyć z wszystkimi namiętnościami na raz. Dobrze jest obserwować samego siebie i rozpoznać głowę własnych namiętności. Należy zobaczyć, gdzie ucieka moja energia, co mnie zniewala i blokuje. Tam, gdzie jest moje największe zagrożenie, leży także moja szansa. Przez namiętność która najczęściej przychodzi na mnie niepokojąc, mogę dotrzeć do poznania moich talentów. Wówczas moja namiętność zostanie przemieniona, a Duch Święty będzie mógł udzielić mi takich skutków zmagania się, jakie przewidział sam.

Trzeba nauczyć się bez lęku patrzeć na to, co dzieje się w moim sercu. Nie należy przy tym oceniać sytuację, ale jedynie ją przyjmować i obserwować. Należy poznać mechanizmy, które w taki sposób na nas wpływają. Jeżeli zgodzimy się przez kilka dni być smutni i nasiąkniemy smutkiem na sobą, możemy doskonale zaobserwować to, co on z nas wypłukuje. Przez to odnajdziemy drogę do lepszego radzenia sobie z nim.

Potrzeba słowa Pisma św. przeciwstawić swym negatywnym uczuciom i myślom, żeby się uwolnić od zatrzymywania się na nich. W naszym wnętrzu zawsze są obecne dwa bieguny: lęk i ufność, smutek i radość, nienawiść i miłość. Przez słowo Pisma dotykamy w sobie bieguna pozytywnego. Nie potrzebujemy wywoływać w sobie w sposób sztuczny uczuć pozytywnych, lecz dotykamy tych uczuć, które już w nas są, które jednak przez zatrzymywanie się na uczuciach negatywnych zostały zupełnie zakryte. Nie chodzi w tym wszystkim o to, żebyśmy raz czy drugi wypowiedzieli słowa Pisma św. przeciw uczuciom negatywnym, ale żebyśmy to słowo ciągle medytowali. W życiu monastycznym medytacja polega na nieustannym powtarzaniu tego samego słowa, aby przez to nie tylko duch ale i ciało zostało przemienione i tymi słowami przeniknięte. Bóg przez to słowo działa w nas i daje nam siły.

Potrzeba również w takich chwilach prowadzić dialog ze swoimi myślami. Wiele uczuć i myśli ciągle powraca. Kiedy się przed nimi bronimy, wybuchają w nas w tych chwilach, kiedy ich nie chcemy, a przede wszystkim ich się nie spodziewamy. Nie ma sensu wypierać tych myśli pozytywnymi zdaniami, ale trzeba się z nimi zmierzyć. Należy z tymi myślami rozmawiać i pytać je o to, co chcą nam powiedzieć, co jest ich przesłaniem. Samo pojawienie się negatywnych myśli nie jest złe. Zawsze mają one jakiś sens. Często uwrażliwiają nas na to, żebyśmy nie pominęli jakiej ważnej dla nas sprawy. Gniewu nie należy tłumić, lecz z nim rozmawiać. Może jest wskazaniem, by ograniczyć naszą nadmierną aktywność. Pojawienie się nienawiści czy złości samo w sobie nie jest złe. One mają swój sens. Musimy o ten sens pytać. Jeżeli będziemy w sobie tłumić złość czy nienawiść, będą one ciągle powracać. Nie jesteśmy odpowiedzialni za powracające myśli, lecz za to, jak się z nimi obchodzimy. Należy naszą nienawiść czy gniew pytać o to, co przez nie chce dojść do głosu. Często gniew jest niezbędny, żeby wyzwolić się spod czyjegoś wpływu, jakiejś dominacji.

Lęk zmusza nas do postawy, w której zezwalamy sobie na słabość, która prowadzi w stronę człowieczeństwa, ponieważ za lękiem kryje się bardzo często obraz nadczłowieka, który – jak nam się wydaje – musimy realizować. Chodzi w ostatecznym rozrachunku o pokorę, która dla osób zakonnych jest celem życia duchowego, oraz o sposób obchodzenia się z własnymi lękami. W pokorze przyjmuję swoje człowieczeństwo, pozwalam sobie na kompromitację, na lęk, na niepewność. W właśnie przez to wyzwalam się ze swoich lęków.

Potrzeba siostrom proponować i praktykować we wspólnocie kontemplację ewangeliczną. To jest metoda podchodzenia do problemów spotykanych na tej drodze. W kontemplacji wychodzimy ponad poziom problemu i kierujemy się całkowicie ku Bogu. Staramy się zapomnieć o wszystkim, o naszych potrzebach czy życzeniach, o gniewie czy smutku, o zranieniach czy chorobach, o naszym poszukiwaniu uznania i dumie, i zwracamy się do naszego wnętrza, gdzie panuje cisza i mieszka Bóg. Nie poszukujemy zatem sposobów właściwego rozwiązywania problemów, lecz odwracamy się od nich, by w swojej duszy spotkać Boga, który pragnie dać ciszę i spokój. To jest religijny sposób rozwiązywania problemów. Kontemplacja tak mocno wiąże z Bogiem, że uczucia negatywne nie znajdują dla siebie już miejsca i stajemy się również wolni od swoich potrzeb. W kontemplacji znajdujemy takie doświadczenie, które umożliwia złapanie oddechu w naszym poranieniu. Nasz rany mogą nas zmusić do poszukiwania tej przestrzeni ciszy naszego zdrowia. Właściwym uzdrowieniem jest kontemplacja, wyzwolenie od identyfikowania się z własnymi ranami. Dopiero w kontemplacji doświadczamy rzeczywistej wolności i uzdrowienia.



Liczba wyświetleń strony: 9443981 * Liczba gości online: 28 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC