MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Budzenie nowej wyobraźni miłosierdzia



To, co przechodzi przez ludzką wyobraźnię, co w niej zamieszkuje, ma wpływ na serce, myślenie, postawy i wybory. Miłosierdzie powinno pojawić się najpierw w wyobraźni i sercu. Wyobraźnia miłosierdzia, to nowe, ewangeliczne spojrzenie na siebie i tych, którzy mnie otaczają. Miłosierdzie, to postawa dobrego obchodzenia się ze sobą, oraz innymi. To wolność od gardzenia człowiekiem, wolność od potępiania. Jest to zachowanie, wyrażające się w tolerancji, szacunku dla poglądów, wypowiedzi drugiej osoby. Być miłosiernym, oznacza też, praktykować spontaniczną sympatię, dawać innym poczucie bezpieczeństwa. Pozwolić sobie i innym na dorastanie w czasie dla nich przeznaczonym.

Potrzeba „odkurzyć” w sobie wartości zapomniane, lub wyciszane, jak: łagodność i dobroć. Takim jest Bóg we mnie i dla mnie; takim też chce być przeze mnie dla tych, którzy są moimi braćmi i siostrami w człowieczeństwie i chrześcijaństwie. Być miłosiernym wobec siebie, to również nie uzależniać własnego postępowania od innych. Gdy sobie i bliźnim przebaczam, jestem miłosierny. O tej rzeczywistości myślimy również wtedy, gdy chcemy pogodzić się z tym, że popełniliśmy błąd; boli nas wielkie poczucie winy. „Jak Bóg wam wybaczył, tak i wy”. W ludzką postawę okazywanego miłosierdzia, zawsze jest wpisane miłosierdzie Boga. On chce we mnie i przeze mnie ulitować się nad człowiekiem, który zszedł na złą drogę i jeszcze nie spadła na niego iskra z ognia opamiętania się.

Miłosierdziem jest wczuwanie się, zarówno w dobre, jak i dramatyczne przeżycia spotkanych osób. Potrzeba odczuć to, co one odczuwają i zapłakać nad nimi, aby one mogły zapłakać nad sobą. Aktem miłosierdzia Jezusa, jest Jego płacz. Łzy Pana nas poruszają, bolą, oczyszczają, by z czasem wnieść pocieszenie równoznaczne z odzyskaniem wzroku przez niewidomego i słuchu, przez nie słyszącego. Łzy Jezusa, podobnie jak Jego słowa powodują, że oddajemy serce z kamienia, a przyjmujemy serce z ciała. Aby współczuć, potrzeba odczuć w sobie dramat błądzenia człowieka. Współodczuwanie zbliża ludzi tak, iż stają się mocni akceptacją, zrozumieniem, obecnością tych, którzy udzielają im wsparcia. Blisko ran człowieka, a nawet w jego ranach, jest Jezus ze swoim Miłosierdziem. Gdy szukamy Boga, najczęściej spotkamy Go, w poranionym, grzesznym, zagubionym w sobie i świecie, naszym bracie i naszej siostrze.

Miłosierdzie odnosi się do każdej osoby bez względu na jej światopogląd, przynależność polityczną, dotychczasową historię życia. Jezus chce, byśmy mieli serce dla biednych, zarówno materialnie, moralnie, oraz duchowo. Przemiana przez ten dar potrzebna jest każdemu, kto trwa w jakiejkolwiek niewoli. Oczekuję, proszę o miłosierdzie, ponieważ odkrywam w sobie zdolność do zamykania własnego serca przed tym, co jest we mnie biedne i nędzne. Przyjęcie miłości i przebaczenia jest trudniejsze niż ich dawanie. W miłości i przebaczeniu, potrzeba wyrzeczenia i całkowitego zawierzenia. Nie można żyć samemu przykazaniem miłości, jeśli nie pozwolę kochać się bez graniczeń i warunków wstępnych.

To ważne, aby samemu poczuć potrzebę powrotu do Boga i bycia przez Niego przytulonym. Ciężko pracuję, ale tak naprawdę nigdy w pełni nie zasmakowałem radości z tego, że jestem w domu, jestem blisko Boga Ojca. Zamiast wdzięczności za Boże dary, jest odczuwanie wielkiego niepokoju: zazdrość, do czego inni doszli, co mają, jak życzliwie są traktowani.

Gdy doświadczymy wielu udręk, otrzymamy wewnętrzne światło, dzięki któremu poznamy więcej, jak wrażliwy jest Bóg. Liczne rozczarowania jakie przeżył młodszy syn (z przypowieści O Synu marnotrawnym), nie doprowadziły go do całkowitego rozgoryczenia. To wszystko wpłynęło oczyszczająco na jego sposób widzenia świata, własnego domu, z którego odszedł, a przede wszystkim do zupełnie innego, wreszcie prawdziwego postrzegania ojca. Upragniona przez młodszego syna sława, okazała się nic nie warta. Zamiast bogatych szat, nosi podartą tunikę przykrywającą wyniszczone ciało, a sandały, w których przyszedł z tak daleka, nadają się do wyrzucenia (Dobrze jest wiedzieć, co w moim życiu, nadaje się do wyrzucenia). Potrzebne jest przejście „od chwały”, która zmusza do poszukiwań bogactwa i popularności, do chwały już obecnej w człowieku, a ukrytej w duszy.

"Powrót" zakłada odejście. Odchodzi ten, którzy naprawdę nie jest z ojcem, źle się w jego domu czuje, chce więcej, a jeszcze nie odkrył tego, że poza ojcem i poza jego domem, nie istnieje więcej. Ogromny smutek ojca, wywołany odejściem syna. Syn musiał wycierpieć wielką biedę. Sposób, w jaki odjechał, jest równoznaczny z życzeniem ojcu śmierci. Syn prosi nie tylko o podział majątku, ale także o prawo dysponowania swoją częścią. "Po przepisaniu swojego majątku na syna, ojciec nadal ma prawo utrzymywać się z zysku tak długo, jak żyje. W tym przypadku młodszy syn przejmuje zarządzanie majątkiem, do którego nie ma prawa przed śmiercią ojca. Pod obu żądaniami kryje się następujące założenie: Ojcze, nie mogę czekać, aż umrzesz".

Dlaczego "odejście" syna jest tak bardzo obraźliwym aktem? Pozbawiony serca syn odrzuca dom, zrywa z rodzinną tradycją społeczności, do której należy. "I odjechał w daleką krainę". Silne pragnienie poznania świata, ale też odcięcie się od sposobu życia, myślenia i działania, które były przekazywane z pokolenia na pokolenie, jako święte prawo. "Odległa kraina" jest światem, w którym lekceważy się wszystko, co w domu uznawano za święte. Opuszczenie domu, oznacza obojętność na Boga. Opuszczenie domu oznacza to, że żyję, ale szukam dla siebie innego domu, całkowicie różnego od tego, który zapewnił mi mój Ojciec. Dom, to centrum mojego życia, w którym słyszę głos mówiący: "Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie". Stałem się jakoś głuchy na głos nazywający mnie umiłowanym. Młodszy syn opuścił to miejsce, gdzie mógł usłyszeć ten głos, i odszedł, mając rozpaczliwą nadzieję, że gdzie indziej znajdzie to, czego nie mógł znaleźć w domu.

Jest wiele innych głosów, głosów donośnych, które obiecują, które kuszą. "Idź, udowodnij, że jesteś coś wart". Jezus usłyszał głos, który nazwał Go umiłowanym, wyszedł na pustynię, tam doszły do Niego również inne głosy. Mówiły Mu, aby udowodnił, że jest wart miłości, odnosząc sukces, będąc popularnym i silnym. Te głosy nie są mi obce. Za każdym razem, kiedy opuszczam dom, tracę wiarę w ten głos, który nazywa mnie umiłowanym, i podążam za głosami, dostarczającymi mi różnorodnych sposobów zdobycia upragnionej miłości.

Pojawia się pytanie: "Do kogo należę? Do Boga czy do świata?" Wiele moich codziennych zajęć sugeruje, że należę raczej do świata niż do Boga. Trochę krytyki sprawia, że jestem zły, a drobna odmowa powoduje przygnębienie. Niewiele potrzeba, aby mnie unieść w górę lub zepchnąć w dół. Świat popycha do nałogów, ponieważ to, co ma do zaoferowania, nie może zaspokoić pragnienia najgłębszego nasycenia mojego serca. "Nałóg" wyraża zagubienie się człowieka. Nasze nałogi, uzależnienia powodują, że czepiamy się tego, co świat uważa za klucz do samospełnienia. Nałogi tworzą oczekiwania, które nie mogą spełnić najgłębszych naszych potrzeb. Dopóki żyjemy w świecie złudzeń, nasze nałogi skazują nas na daremne poszukiwania w "odległej krainie", stawiają w obliczu nie kończących się rozczarowań, a my pozostajemy z poczuciem niespełnienia. Gdy pojawia się nałóg (myślenia rozczarowaniami, odczuwania urazami) oddalamy się od domu Ojca. Życie z nałogami można uznać za życie w "odległej krainie". To stamtąd dochodzi nasz krzyk o wyzwolenie.

Ilekroć szukam miłości tam, gdzie nie można jej znaleźć, jestem synem marnotrawnym. Dlaczego nie zauważam miejsc, gdzie znajduje się prawdziwa miłość, i z uporem poszukuję jej gdzie indziej? Dlaczego ciągle opuszczam dom, w którym zostałem nazwany dzieckiem Bożym, umiłowanym Ojca? Jak mogę brać dary Boże i używać ich, by robić wrażenie na ludziach, zyskiwać poklask, zamiast rozwijać je na chwałę Bożą? Niekiedy życie człowieka wygląda tak, jakby chciał udowodnić sobie i światu, że nie potrzebuje Bożej miłości, że chce być w pełni niezależny. Pod tym wszystkim kryje się wielki bunt, radykalne "nie" wobec miłości Ojca. W czym wyraża się moje „nie” wobec miłości Ojca? Miłość nie pozwala ojcu zatrzymać syna w domu, za wszelką cenę. Miłość sprawia, że ojciec godzi się, by syn szukał własnego życia, nawet jeśli istnieje ryzyko, że je utraci.

Młodzieniec, którego obejmuje ojciec wie, że jest biednym, bardzo biednym człowiekiem. Opuścił dom jako człowiek dumny i bogaty, chcący żyć własnym życiem z dala od ojca i brata. Powraca, nie mając niczego: pieniędzy, zdrowia, honoru, szacunku do samego siebie, reputacji. Wszystko stracił. Syn wygląda gorzej niż słudzy jego Ojca, wygląda jak niewolnik. Im dalej odbiegam od miejsca, gdzie mieszka Bóg, tym słabiej słyszę głos nazywający mnie umiłowanym, a im słabiej go słyszę, tym łatwiej daję się uwikłać w manipulacje i gry tego świata. Młodszy syn uświadomił sobie swoje zagubienie, gdy wszyscy z jego otoczenia przestali mu okazywać choćby najmniejsze zainteresowanie. Zauważali go dopóty, dopóki był im przydatny. Prawdziwe osamotnienie przychodzi wówczas, gdy czujemy, że nie mamy z nikim nic wspólnego. Im mniej mamy wspólnego, tym trudniej być razem i tym bardziej obco się czujemy.

Okazać sobie miłosierdzie, to opamiętać się, powrócić do tego dobra, które odrzuciłem, nie znając naprawdę jego wartości i piękna. Powrót młodszego syna ma miejsce wówczas, gdy na nowo odkrywa swoje synostwo, choć utracił całą swoją godność. Nieustannie jestem narażony na zagubienie. Jest coś w człowieku, co przywiązuje go do grzechu. Dopóki będę chciał po części obstawać przy swoim, zawsze zatrzymam się w połowie drogi - stanę się najemnym sługą. Jako najemny sługa nadal mogę zachowywać dystans, buntować się, krytykować, strajkować, uciekać albo narzekać. Stać się dzieckiem, oznacza żyć w drugiej niewinności: nie niewinności nowo narodzonego niemowlęcia, ale w niewinności, którą się osiąga przez świadome wybory. Podczas wędrówki do domu Ojca mogę odkryć radości drugiego dzieciństwa: pocieszenie, miłosierdzie i coraz jaśniejszą wizję Boga. A kiedy dotrę do domu i poczuję uścisk Ojca, zrozumiem, że mogę domagać się nie tylko nieba; do mojego dziedzictwa należy także ziemia, miejsce, gdzie mogę żyć wolny od przymusów.

Skruszony młody człowiek, który klęczy przed Ojcem, czyż nie jest "Barankiem Bożym, który gładzi grzech świata"? Czyż to nie ten, którego Bóg uczynił grzechem dla nas, choć nie znał grzechu? Czyż to nie Ten, który "nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem", ale stał się "podobny do ludzi"? Czyż to nie Ten Syn bez grzechu, który krzyczał z krzyża: "Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił"? Jezus jest Synem marnotrawnym marnotrawnego Ojca, rozdał wszystko, co powierzył Mu Ojciec, abym i ja mógł stać się do Niego podobny i wrócić z Nim do domu Ojca. Mój powrót i powrót Jezusa są czymś jednym. Mój dom i dom Jezusa są jednym. Nie ma wędrówki do Boga bez tej wędrówki, którą odbył Jezus. To On zabrał pewnego dnia ze sobą to, co było pod Jego stopami i odszedł ze swym dziedzictwem, swym tytułem Syna i ceną wykupu. Odszedł do dalekiej krainy, do odległej ziemi, gdzie ogołocił się i stał się podobny człowiekowi. Jego własny naród nie przyjął Go. Wzgardzony, najmniejszy z ludzi, od którego odwraca się twarz. Bardzo wcześnie poznał, co to wygnanie, wrogość, osamotnienie.

Jezus „zagubił się”, wśród zagubionych dzieci. Spędzał czas z chorymi, a nie dobrze się mającymi, z grzesznikami, a nie ze sprawiedliwymi, a nawet z prostytutkami, którym obiecał, że wejdą do królestwa Jego Ojca. Po tym, jak został potraktowany, jako żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników, Samarytanin, opętany, bluźnierca, po tym, jak ofiarował wszystko, nawet swoje Ciało i Krew; po tym, jak poczuł w sobie głęboki smutek, lęk i trwogę duszy; po tym, jak sięgnął dna rozpaczy, którą dobrowolnie się okrył, jakby był opuszczony przez Ojca - zawołał z krzyża, do którego Go przybito: "Pragnę". Złożono go w prochu i cieniu śmierci. Powiedział: "Idę do mojego i waszego Ojca".

Mamy za sobą życie, w którym najpierw mogło być wiele pewności siebie, osiągnięć, a potem – bolesnych strat, rozczarowań i porażek. Dzięki wzlotom i upadkom przechodzimy od zewnętrznego światła do światła wewnętrznego, od przedstawiania zewnętrznych wydarzeń do ukazywania wewnętrznych znaczeń, od życia pełnego rzeczy i ludzi do życia naznaczonego samotnością i ciszą. Po latach stajemy się ludźmi coraz bardziej „wewnętrznymi” i cichymi. Tak, w sposób duchowy, wracamy do domu Ojca.

Dlaczego w życiu tracimy wolność wewnętrzną? Co nas skutecznie odciąga, oddziela od Ojca?
Na jakie zagubienie w życiu chrześcijańskim, zakonnym czy kapłańskim, jesteśmy narażeni?
Czego oczekujemy od wspólnoty Kościoła, „wspólnoty wiary”?
Co znajdujemy w Kościele, a czego nie znajdujemy?
Co robimy z darami Ojca, otrzymanymi przez Syna, w Kościele, naszej Matce?
Jak pomagamy zagubionym w życiu chrześcijańskim? Czy pozwalamy pomóc sobie?


Starszy syn, jawi się, jako człowiek o surowym spojrzeniu, stojący z boku, obserwator. Zagubił się nie tylko młodszy syn, ale i ten, który pozostał w domu. Pozornie, na zewnątrz robił wszystko to, co należy do obowiązków dobrego syna, ale we wnętrzu odszedł od ojca. Każdego dnia ciężko pracował i spełniał wszystkie powinności, ale stawał się coraz bardziej nieszczęśliwy, zniewolony. Starszy syn patrzy na ojca, ale bez radości. Pomiędzy nim a ojcem istnieje duża przestrzeń, a przecież pozostał w domu i był blisko ojca. Zgorzkniały, obrażony i rozgniewany człowiek. Niektórzy robią to, co jest właściwe, w większości stosując się do oczekiwań innych, a równocześnie głęboko skrywają pragnienie ucieczki, odejścia, zostawienia, poznania smaku innego życia, niż to, które przeżywają. Być może starszy syn odczuwa zazdrość wobec nieposłusznego młodszego brata. Młodszy świetnie się bawił, robiąc to, co starszy potępia. Postrzega zachowanie młodszego, jako naganne, a nawet niemoralne, ale jednocześnie może pojawić się myśl, dlaczego on nie miał odwagi, by samemu czegoś z tych rzeczy spróbować.

Posłuszne i sumienne życie, z którego jest dumny, albo za które jest czasem chwalony, przypomina nałożone mu na ramiona jarzmo, z którym, choć go uciska, tak się zrósł, że nie potrafi go odrzucić. Nietrudno utożsamić się ze starszym synem z przypowieści, wnoszącym skargę: „Tyle lat ci służę i nigdy nie wykroczyłem przeciw twoim rozkazom. Ty jednak nigdy nie dałeś mi koźlęcia, bym się weselił z przyjaciółmi” (Łk 5,29). W tej skardze posłuszeństwo i powinność, zmieniły się w jarzmo, a służba – w niewolę. Takie zagubienie, jak starszego syna, prowadzi do osądzania, potępiania, gniewu, rozgoryczenia, oburzenia i zazdrości. Młodszy syn zagubił się ewidentnie: roztrwonił swoje pieniądze, czas, przyjaciół, ciało. Na czym polegała jego wina, wiedzieli nie tylko jego przyjaciele, rodzina, ale i on sam. Zbuntował się przeciw moralności, dał się ponieść żądzom i chciwości. Gdy zobaczył, że nieposłuszeństwo doprowadziło go do nędzy, opamiętał się, zawrócił i poprosił o przebaczenie.

A starszy syn? Właściwie to robił same właściwe rzeczy: był posłuszny, obowiązkowy, prawomyślny i pracowity. Ludzie szanowali go i podziwiali, chwalili i prawdopodobnie uważali za wzorowego syna. Na zewnątrz był bez zarzutu. Kiedy jednak dokonała się jego konfrontacja z radością ojca, cieszącego się z powrotu jego młodszego brata, zaczęły w nim pracować siły ciemne. W jaskrawy sposób pokazuje jak jest rozgoryczony, nieżyczliwy, samolubny i pełen pychy. Ta strona jego życia była dotychczas głęboko ukryta, jednak stawała się coraz silniejsza. Co więcej niszczy: żądza czy rozgoryczenie? Jest tyle rozgoryczenia w osobach „prawych” i „cnotliwych”. Jest niezwykła gotowość do osądzania, potępiania i uprzedzeń pomiędzy „świętymi”. Jest wiele zapiekłego gniewu pomiędzy ludźmi, którzy zabiegają o to, by unikać „grzechu”. Wielka troska o to by być dobrym, akceptowanym, lubianym, być przykładem życia dla innych, troska o to, by w sposób świadomy unikać pułapek grzechu. Równocześnie strach przed pokusą. Z czasem pojawia się powaga, „moralna przesada”, która sprawia, że coraz trudniej poczuć się w domu ojca jak u siebie. Z czasem utrata swobody, spontaniczności, radości i człowiek może zacząć być postrzegany, jako osoba „trudna”.

Czy nigdy nie odczułem, jak starszy syn, że nie otrzymałem tego, co mi się należało? Bo to jest jedna z przyczyn ludzkiego rozgoryczenia. Wewnętrzne narzekanie skrywa w sobie ogromną ciemną siłę. Narzekanie samo się napędza i samo w siebie jest wymierzone. Trudno żyje się z człowiekiem, który ciągle narzeka. Raz wyrażona skarga prowadzi do dalszego odrzucenia. Stąd trudno starszemu synowi dzielić radość z ojcem. Kiedy zaczynamy użalać się nad sobą, tracimy spontaniczność, i nawet radość nie może wywołać w nas radości. „Usłyszał muzykę”: nie był w stanie się bawić, był niezdolny do radości, do spontaniczności. Czy w nim nie zrodziła się obawa, że znowu został w czymś pominięty? Nikt go nie powiadomił o ty, co się dzieje, jest trzymany na boku. Zamiast ulgi i wdzięczności, iż brat powrócił, pojawia się reakcja przeciwna: „Na to się rozgniewał i nie chciał wejść do domu”. Radość i uraza nie mogą współistnieć. To, co jednych zachęca do radości, innych, do oddalenia się i większego smutku. Ta sama radość jednych, może stać się dla drugich źródłem rozgoryczenia. Niezdolność, by włączyć się do wspólnej radości, jest doświadczeniem odrzuconego serca.

Ojciec chce, aby powrócił nie tylko jego młodszy syn, ale także starszy. Ta przypowieść nie dzieli braci na dobrego i złego. Dobry jest jedynie ojciec. Kocha obu synów. Wybiega na spotkanie jednego i drugiego. Chce, aby obaj usiedli przy stole i uczestniczyli w jego radości. Młodszy brat pozwala się trzymać w przebaczającym objęciu. Starszy brat staje, patrzy na miłosierny gest ojca i nie potrafi wykroczyć poza swój gniew, nie potrafi pozwolić, aby ojciec również jego uzdrowił, przygarnął. Ojciec nie narzuca swej miłości umiłowanemu. Chociaż pragnie wyzwolić nas z wszelkich ciemności, jednak daje nam wolność dokonania wyboru. Starszy syn nie ma już brata. Nie ma też już ojca. Obaj stali się dla niego obcy. Patrzy z pogardą na swego brata grzesznika. Zagubienie starszego brata wyraża się, między innymi w tym, że stał się obcy we własnym domu.

Dlaczego popadamy w zagubienie w domu rodzinnym, wspólnocie zakonnej, czy kapłańskiej?
Dlaczego nie odczuwamy, że dom w którym żyjemy, jest naszym domem?
W jaki sposób osoby, z którymi żyjemy, mogą stać się dla nas obcymi?
Co jest, w naszej sytuacji, najczęstszą przyczyną rozgoryczenia?
Jak pomóc innym wyjść poza własny gniew?



Liczba wyświetleń strony: 10717346 * Liczba gości online: 35 * Ostatnia aktualizacja: 2017-10-23
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC