MENU






Modlą się


Służebniczki Maryi
— Wielkopolskie




Sługi Jezusa




Siostry Maryi Niepokalanej

Piąte przykazanie



„Nie zabijaj”

Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj!; a kto by się dopuścił zabójstwa, podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. A kto by rzekł swemu bratu: «Raka», podlega Wysokiej Radzie. A kto by mu rzeki: «Bezbożniku», podlega karze piekła ognistego (Mt 5, 21-22). W sposób oczywisty zostaje "przekroczone" to, co zostało ustanowione w przykazaniu. Jezus uwydatnia, wyciąga grzech z jego tajemnej kryjówki: z serca człowieka. Nie wystarczy ustanowić: nie zabijaj. Jezus mówi: wyzbądź się nienawiści z serca, wyzbądź się pogardy dla drugiego.

*****


Słyszeliście, że powiedziano: Oko za oko i ząb za ząb! A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi! Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! (Mt 5, 38-41). Prawo odwetu, choć reprezentowało pewien rodzaj postępu w sprawiedliwości i moralności sobie współczesnej, zostało definitywnie obalone. Dlatego nie wystarczy ograniczyć się do odpłacenia za doznane zło taką samą miarą zła, ale mowa tu o odwdzięczeniu się za zło dobrem. Jezus proponuje swoim uczniom całkowite odrzucenie przemocy, we wszystkich jej formach. Postawa implikuje rezygnację z zemsty, z samoobrony, nakazuje miłość nawet wobec nieprzyjaciół.

*****


Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powiadam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych (Mt 5, 43-45). Mamy tu do czynienia nie tylko z przekroczeniem prawa, ale z jego unieważnieniem. Kto potraktuje literalnie słowa wypowiedziane podczas Kazania na Górze, zrezygnuje z dochodzenia swoich praw i będzie postrzegał nieprzyjaciół jako osoby, które należy kochać i błogosławić. Dlatego w tej "radykalnej" perspektywie nie można już mówić o sprawiedliwości w takim sensie, w jakim jest ona ogólnie postrzegana, ani też o prawie. Jezus mówi, aby nie stawiać oporu temu, kto nam wyrządza krzywdę, zbrodniarzowi. Kto przyjmuje taką postawę, nie krytykuje zła, ale wchłania je i osłabia; sprawia, że nieprzyjaciel znika, eliminuje wroga, przekształca go w brata. To oczywiste, że taka sytuacja stawia nas na skraju możliwości. Ale chrześcijanin został powołany do nadzwyczajności, a wręcz do czynienia niemożliwego. Niemożliwe staje się konieczne. Słowo to może znaczyć po prostu (co nie znaczy, że jest to "łatwe", ponieważ prawdą jest, że jest to postawa bardzo trudna), że nie trzeba zwalczać zła taką samą bronią, że nie trzeba stawiać siebie na tej samej płaszczyźnie, co zbrodniarz.

*****


Katechizm Kościoła Katolickiego mówi: Uprawniona obrona osób i społeczności nie jest wyjątkiem od zakazu zabijania niewinnego człowieka, czyli dobrowolnego zabójstwa. Z samoobrony... może wyniknąć dwojaki skutek: zachowanie własnego życia oraz zabójstwo napastnika... Pierwszy zamierzony, a drugi nie zamierzony (KKK 2263). Zawsze istnieje ryzyko przesady w obronie własnej. Dlatego ten, kto, odwołując się do tego prawa, zabija z łatwością, bez zaistnienia groźnej sytuacji, grzeszy przeciwko przykazaniu. Powinno zadziałać prawo proporcjonalności. W obszarze obrony własnej nie zawiera się obrona "własności", która doprowadza do zabicia złodzieja, które to wydarzenia, niestety, są często nagłaśniane przez dzienniki. Czym innym jest ochrona własnego życia, a czym innym utylitaryzm. Również wtedy gdy mówimy o obronie własnej, w ścisłym tego słowa znaczeniu, trzeba mieć świadomość, że pozbawienie życia drugiej osoby jest zawsze czynem skrajnie ciężkim.

*****


Kto by rzekł swemu bratu: Raka... Według Jezusa, słowa również mogą wyrządzić krzywdę, a nawet mogą zabić. Słowa są jak kamienie, a zatem to "broń niewłaściwa", ale równie zabójcza, z głęboko niszczącymi efektami. Św, Paweł z ironią nakazywał: A jeśli u was jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli (Ga 5, 15). Dla wielu powołanie chrześcijańskie daje się pogodzić z... kąsaniem, braterskie objęcia nie przeszkadzają wzajemnym złośliwościom w formie szemrania przeciwko drugiemu, plotek, oszczerstw i złorzeczeń. Brak nam wyobrażenia o destruktywnej sile słów niewyrażających wzajemnego szacunku, ale przesyconych agresywnością, które podważają fundament jedności chrześcijańskiej.

*****


Uchybienia wobec miłości często sprowadzają się do użycia zabójczej broni, jaką są usta. W Psalmach, mówi się o: zaostrzonych strzałach, truciźnie, zębach, które miażdżą, bezlitosnych potrzaskach. W nauce Jezusa można dostrzec zasadniczą myśl: zło, pomimo swojej powierzchowności, posiada zasoby bardzo ograniczone. Nienawiść boi się, czuje się zagrożona wygaśnięciem. Do przetrwania, do powtarzania się potrzebuje reakcji innych.

*****


Obraza potrzebuje zemsty. Przemoc, aby się umocnić, potrzebuje przemocy przeciwnika. Polemika, aby trwać, potrzebuje przesyconej nienawiścią reakcji przeciwnika obranego za cel. Agresywność, nikczemność, ograniczoność, żywi się, kiedy spotka się z taką samą dozą złośliwości, żalu, urazy. Odrobina trucizny zostaje wzmocniona i zyskuje jadowitość tylko wtedy, jeśli może się reprodukować dzięki "powracającej" do niej truciźnie.

*****


Musi pojawić się ktoś odważny, kto zadeklaruje "nie zgadzam się", wówczas przemoc zostanie wytrącona z równowagi, a brutalność pozbawiona koniecznych do przetrwania środków. Zbyt często uważamy, że to słabość, a nie przemoc, że to cichość zostawia otwarte drzwi na inwazję zła. Ale rzeczy mają się zupełnie odwrotnie. W rzeczywistości miłość jest jedyną siłą zdolną skutecznie stawić czoło nienawiści, odbierając jej przestrzeń, łagodząc ją, gasząc, doprowadzając do jej zaniku. Chrześcijanin jest zwycięzcą nie wtedy, kiedy uda mu się zaopatrzyć przeciwnika w broń, ale wtedy, kiedy porzuci własną broń i stanie się bezbronny. Nieprzyjaciel wówczas znika, czuje się zagubiony, bo nikt go nie zauważa, nikt nie uważa go za nieprzyjaciela. Słabość miłości, to jedyna siła będąca w stanie unicestwić zło.

*****


Złość żywi się drugą złością. Osoba, która kocha, przebacza, zapomina wyrządzone zło, szanuje tego, kto nią pogardza; to osoba, która nie pozwala żyć nienawiści, negując jej środki do życia. Dietrich Bonhoeffer uważa, że: "Można pokonać drugiego tylko wtedy, jeśli pozostawi się go, aby jego nikczemność wypaliła się w nim samym, nie dając mu tego, czego szuka, czyli sprzeciwu, a wraz z nim kolejnej nikczemności, dzięki której będzie się rozpalał. Zło staje się bezradne, jeśli nie znajdzie żadnego obiektu, żadnego sprzeciwu, ale zostanie natychmiast przyjęte i cierpliwie przemilczane. Wówczas zło napotyka na przeciwnika silniejszego od siebie; oczywiście tylko wtedy, kiedy zostanie zaniechana nawet najmniejsza forma sprzeciwu, kiedy rezygnacja ze zwyciężania zła złem jest całkowita. Wówczas zło nie może osiągnąć swojego celu i nie może generować kolejnego zła; pozostaje osamotnione". Ktoś powiedział: "Kiedy opuszczam pole kłótni, nie jestem tym, który ucieka, pozostawia przestrzeń otwartą na zło. Przesuwam się na inny obszar życia i pozostawiam zło, aby samotnie wykończyło się i zginęło na swojej wyjałowionej pustyni".

*****


Lekarzu, nie zabijaj!
Wywiad P. Semki z dr Karelem Gunneresem, przewodniczącym
stowarzyszenia "Lekarze na rzecz Poszanowania Ludzkiego Życia"
("ŻYCIE" z dn. 8 stycznia 1997 r.)

Czy łatwo dziś dokonać w Holandii zabiegu eutanazji?

Wykonywanie eutanazji jest tu całkowicie bezpieczne. Sądy nie ścigają lekarzy dokonujących eutanazji, o ile zachowują określone reguły postępowania.

Jakie to reguły?

Po uśmierceniu pacjenta lekarz zobowiązany jest sporządzić specjalny raport. Wypełnia obszerny, składający się z 50 pytań, kwestionariusz. Pytania dotyczą choroby, sposobów i możliwości leczenia. Raport ten trafia do sędziego śledczego, który przekazuje go prokuratorowi. To prokurator decyduje, czy zabieg eutanazji odbył się zgodnie z prawem, czy nie. Rzecz w tym, że zazwyczaj prokurator podejmuje decyzję wyłącznie w oparciu o ten właśnie raport. A kto pisze raport? Oczywiście, lekarz - a więc osoba odpowiedzialna za zabieg.

Ale eutanazji dokonuje się na żądanie pacjenta?

Oczywiście to podstawowy wymóg. Pacjent musi sam poprosić o skrócenie życia. Lekarz ma obowiązek odczekać parę dni, gdyż prośba musi być ponowiona kilkakrotnie. Pacjent powinien być poinformowany o możliwościach leczenia i o innych dostępnych sposobach zmniejszenia bólu. Jeśli nadal nalega, lekarz zobowiązany jest skonsultować się z innym lekarzem i z rodziną chorego. Decyzję podejmuje jednak sam i wtedy może ewentualnie uśmiercić pacjenta i spisać raport, na podstawie którego prokurator decyduje o podjęciu lub umorzeniu śledztwa. Od lat jednak żaden lekarz nie został skazany za przeprowadzenie eutanazji.

Czy wymagany jest świadek wyrażenia przez chorego zgody na śmierć?

Nie. Jedynym dokumentem, jakim dysponuje prokurator jest raport sporządzony przez lekarza, czyli sprawcę śmieci.

Prokurator może jednak sprawdzić opinię lekarza - konsultanta?

Tak, ale zazwyczaj jest to lekarz, kolega po fachu, przez co cała ta procedura konsultacji staje się bardzo prosta: ja świadczę na twoją korzyść, ty na moją. Holenderskie prawo nie nakłada na zeznającego obowiązku składania zeznań, które mogłyby świadczyć przeciw niemu lub stawiać go w niekorzystnym świetle. Jeśli wiec lekarz sam nie przyzna się do błędu w zasadności zastosowania eutanazji i nie oskarży się sam w raporcie - niezwykle trudno zakwestionować jego rolę. Niemożliwe jest też świadectwo pacjenta, który przecież nie żyje. Prokurator zdany jest więc na świadectwo lekarzy. Dlatego twierdzę, że stosowanie eutanazji w Holandii jest całkowicie dowolne.

Taka jest praktyka. A co mówi holenderskie prawo?

Według holenderskiego prawa eutanazja jest jednak zabroniona. Za stosowanie eutanazji grozi kara więzienia. Zapisu w kodeksie karnym nikt nie unieważnił. Znowelizowano natomiast przepis w ustawie o trybie wydawania przez lekarzy świadectw zgonu. Dotąd przepisy te mówiły o wypisywaniu aktu zgonu przy śmierci naturalnej. W razie wątpliwości nakładały obowiązek przekazania sprawy policji i prokuraturze. Teraz usankcjonowano trzecią możliwość - dokonanie eutanazji i przesłanie sędziemu śledczemu raportu składającego się z odpowiedzi na owych 50 pytań.

Czy eutanazja ma w Holandii jakąś szczególną tradycję?

Absolutnie nie. Jeszcze 50 lat temu takie praktyki byłyby nie do pomyślenia. W czasie II wojny światowej, gdy hitlerowcy okupowali Holandię, Niemcy próbowali zmuszać naszych lekarzy by wstępowali do kolaboracyjnej izby lekarskiej. Holenderscy lekarze wiedzieli, że wtedy - zgodnie z prawodawstwem hitlerowskim - będą zobowiązani do wykonywania eutanazji na niepełnosprawnych. Bojkot kolaboracyjnej izby lekarskiej był w naszych środowiskach medycznych prawie powszechny. Większość holenderskich lekarzy uratowała swój honor. Trzydzieści lat później atmosfera zmieniła się całkowicie.

Kiedy nastąpił precedens w sprawie eutanazji?

W 1973 r. postawiono przed sądem młodą lekarkę, Gertrudę Postmę, która uśmierciła własną matkę. Oświadczyła, że matka znajdowała się w głębokiej depresji i wielokrotnie prosiła ją o skrócenie życia.

Jak zareagowała opinia publiczna?

Większość Holendrów była zaszokowana. Ale też nie było żadnych demonstracji przeciw zabójczyni. Ludzie potraktowali to jako normalne przestępstwo, którym zajmie się sąd. Jednak bardzo szybko rozpoczęły się demonstracje niezwykle sprawnych grup domagających się uniewinnienia córki i legalizacji eutanazji. Holenderska Fundacja na rzecz Eutanazji (NVVE) doskonale wpisała się w atmosferę tamtych czasów. Jej lider, dr Vinteldam z Amsterdamu, był niezwykle sprawnym propagandzistą. Zwolennicy eutanazji twierdzili, że wielu chorych cierpi ponad swoje siły i nie sposób temu zapobiec, więc obowiązkiem lekarza jest w takich sytuacjach skrócić mękę przez odebranie choremu życia.

Jak skończyła się tamta sprawa?

Ruch proeutanazyjny nie był liczny, lecz dzięki popularyzującym jego argumenty mediom szybko wmówiono społeczeństwu, że eutanazja jest czymś absolutnie normalnym. W końcu Postme skazano na tydzień wiezienia i rok nadzoru sądowego. Był to symboliczny wyrok, który zapoczątkował praktykę uniewinniania przez sądy sprawców eutanazji. Metody działania grup zwolenników eutanazji nasuwały skojarzenia z taktyką ruchów na rzecz legalizacji aborcji w USA. Małe, sprawne grupy, żonglujące danymi statystycznymi i popierane przez lewicujące media, zmieniły nastawienie społeczeństwa do aborcji dosłownie w ciągu paru lat. Także w oswajaniu holenderskiego społeczeństwa z legalizacją eutanazji rola mediów była decydująca.

Czym się to przejawiało?

Media z reguły powołują się na ekstremalne przypadki dobrane tak, aby przekonać widza, że eutanazja nie budzi żadnych wątpliwości. A tak nie jest. W 1973 roku zaproszono mnie do udziału w telewizyjnym talk - show na temat wspomnianej już rozprawy przeciw córce, która uśmierciła matkę. Zaproszono pewnego lekarza, mnie i człowieka, którego żona zmarła w strasznych bólach. Ten człowiek cały czas płakał, nazywał lekarzy bestiami, oskarżał ich o okrucieństwo i nieczułość. Przyznałem mu rację, ale wyciągnąłem ze sprawy inny wniosek: tragedia tej kobiety powinna nas dopingować do rozwoju coraz skuteczniejszych technik uśmierzania bólu, jednak nie do zgody na zabijanie. Ten zrozpaczony człowiek przyznał mi w końcu rację. Natomiast dziennikarz prowadzący talk - show wracał do tej sprawy jeszcze wielokrotnie. Za każdym razem, by wykazać niezbędność eutanazji, używał zręcznej formuły: oczywiście eutanazja jest zła, nie powinniśmy się na nią godzić, ale w tym konkretnym przypadku ... - i tu zaczynał usprawiedliwiać jakiś przypadek.

Jednak musi Pan przyznać, że pozostaje problem, jak zachować się wobec kogoś, kto nie jest w stanie wytrzymać nieznośnego bólu powolnego konania. Czy taki problem nie istnieje?

Bardzo często pacjent cierpi nie dla tego, że już nic nie da się zrobić, ale dlatego, że lekarz nie wie, co można zrobić. Faktyczna legalizacja eutanazji niebezpiecznie zmieniła nastawienie lekarzy do problemu cierpienia pacjentów. Wystarczy śmiertelny zastrzyk i problem znika. Tymczasem z uwagą obserwuje się medycynę brytyjską, gdzie wykształciła się cala gałąź medycyny - medycyna paliatywna, czyli ukojeniowa, skupiona na technikach likwidacji bólu u pacjentów, nawet gdy samo schorzenie przestaje być uleczalne. Wystąpiłem więc do holenderskiego rządu, czy nie można stworzyć programu szkoleniowego dla stu - dwustu lekarzy, którzy skoncentrowaliby się na poznaniu angielskich technik walki z bólem.

Czy lekarze nie są normalnie uczeni takich technik?

W 1986 roku w Holandii komitet rządowy badał sposoby zapobiegania skrajnemu cierpieniu osób z chorobami nowotworowymi. Okazało się, że w około 55% przypadków postępowanie przeciwbólowe było niewystarczające i pacjent cierpiał całkowicie niekoniecznie i niepotrzebnie. Gdyby jego lekarz miał większą wiedzę na temat uśmierzania bólu - nie musiałby cierpieć A to właśnie na cierpienia chorych powołują się zwolennicy eutanazji. W dyskusji na jednej z uczelni holenderskich nad żmudnymi i kosztownymi często metodami leczenia śmiertelnie chorych na raka jeden z młodych lekarzy zadał pytanie: po co mamy się tym zajmować , przecież mamy eutanazję! To pytanie jest wyrazem zatrważającego sposobu myślenia, który się niepokojąco upowszechnia. Wyrazić je można dość brutalnym pytaniem: "Po co leczyć, skoro można eliminować...".

Kiedy osobiście zetknął się Pan z problemem eutanazji?

W 1968 r. objąłem funkcję zastępcy sekretarza holenderskiego Królewskiego Towarzystwa Lekarskiego. Powołało ono komisje ds. aborcji, której zostałem sekretarzem. Kiedy większość komisji zaakceptowała aborcję jako praktykę normalną, zaprotestowałem, oświadczając, że jest to zgoda na zabijanie dzieci. Ostrzegłem kolegów, że jeśli zacznie się zabijać dzieci, bardzo szybko będzie można zabić każdego.

Jaki jest związek między sporem o legalizację aborcji a dyskusją o eutanazji?

Istnieje przepaść między społeczeństwem, w którym zabijanie bezbronnych jest zakazane, a społecznością, w której pojawiają się wyjątki od tej zasady. Jeśli raz przekroczysz tą zasadę, jesteś na równi pochyłej - dalsze przesuwanie granicy jest tylko kwestią czasu. Już wtedy przeczuwałem, że legalizacja aborcji utoruje drogę eutanazji. Razem z grupą lekarzy działałem przeciwko legalizacji zabijania nienarodzonych. Prezentowaliśmy w parlamencie dowody na to, że płód odczuwa ból i że nie można zaprzeczać jego człowieczeństwu. Udało się nam jedynie skłonić senat do odrzucenia legalizacji aborcji. Niestety ponowne głosowanie w izbie niższej zdecydowało o sprawie.

Kiedy zaczął Pan działać przeciw eutanazji?

Jak było do przewidzenia, po legalizacji aborcji zaczęto tolerować eutanazję. Nasz ruch "Lekarze na rzecz Poszanowania Ludzkiego Życia" prowadzi akcję protestów wobec rządu. Monitorujemy też zasięg stosowania eutanazji. Z naszych obserwacji wynika, że nawet te bardzo liberalne warunki, przy których spełnieniu władze akceptują eutanazję, i tak są lekceważone.

Na jakiej podstawie wysuwa Pan taką tezę?

We wrześniu 1991 r opublikowano raport komisji rządowej, która badała zasięg stosowania eutanazji w Holandii. Raport sporządzono bardzo rzetelnie. Przygotowując go przeprowadzono wiele rozmów z lekarzami, którzy stosowali eutanazję. Problem w tym, że zdefiniowano eutanazję jako pozbawienie pacjenta życia na jego wyraźna prośbę, którą lekarz spełnia. Według tych kryteriów, w ciągu 1990 r. przeprowadzono 2300 zabiegów. Raport mówi też o 400 przypadkach asystowania przez lekarza przy samobójstwie i o 1000 przypadków podania śmiertelnych zastrzyków, kończących agonię. W raporcie jest też mowa o 8000 śmiertelnych przypadków przedawkowania przez lekarzy środków znieczulających - morfiny i opium oraz o 8000 sytuacji, w których przedawkowanie leków służyło zakończeniu życia pacjenta. W praktyce więc w ciągu jednego roku w Holandii lekarze w 20 000 przypadków zdecydowali, że chory powinien umrzeć, choć tylko 2300 z nich odpowiadało urzędowej definicji eutanazji. Co roku w Holandii umiera około 130 tysięcy ludzi, wiec przypadki uśmiercania pacjentów to 15% całej liczby zgonów. W naszej opinii co najmniej w 12 000 przypadków czyli niemal w połowie przypadków eutanazji - śmierć nastąpiła bez uzyskania akceptacji pacjenta. Te liczby mówią o skali zjawiska. Według mnie zjawisko eutanazji wymknęło się spod kontroli.

Co robi w tej chwili kierowana przez Pana organizacja?

Ostrzegamy społeczeństwo, że jeśli pozwala się na zabijanie jako rozwiązanie j e d n e g o problemu, to pojawi się sto nowych, w których zabójstwo można będzie uznać za dobre wyjście.Z przerażeniem myślę o wyłonieniu się utylitarnej medycyny, która kierować się będzie pytaniem:- jaką korzyść dla społeczeństwa ma leczenie t e g o pacjenta? Był już w historii taki precedens. Tak ujmowano sprawy w ZSRR. Władze odmawiały przyznawania jakichkolwiek leków więźniom łagrów [...] Tak samo można potraktować ludzi starych, kalekich, chorych psychicznie itp.

Akceptacja dla eutanazji jest być może wprost proporcjonalna do braku więzi pomiędzy dziećmi i rodzicami?

Dzieci izolują się od rodziców z chwilą rozpoczęcia dojrzałego życia. To zjawisko jest dyskutowane W Holandii już od dłuższego czasu. Na jednym z kongresów medycznych spotkałem lekarza, który nie wiedział, że działam w ruchu antyeutanazyjnym. Opowiedział mi swój przypadek. Chodziło o starszego człowieka, który dogorywał w szpitalu. Wydawało się, że bardzo niedługo umrze. Jego syn zwrócił się więc do lekarza z interesującą prośbą: zbliżał się termin jego urlopu, a nie chciał by pogrzeb przerwał mu wczasy na Karaibach, zapytał więc czy nie można by sprawić, aby jego ojciec umarł i został pochowany przed jego wyjazdem. Lekarz znający z autopsji wagę urlopu zaaplikował pacjentowi przedawkowaną ilość morfiny. Gdy następnie wrócił by stwierdzić śmierć i wypisać świadectwo zgonu, ze zdumieniem stwierdził, że pacjent żyje, co więcej czuje się nieco lepiej, bo przeżył pierwszą od dawna noc bez bólu. Ów lekarz opowiedział mi tę historię jak najnormalniejszą rzecz w świecie. W jego rozumieniu, jedyną pointą tej anegdoty była zaskakująca żywotność starego człowieka. I tu wracamy do problemu aborcji. Skoro akceptujemy usunięcie ciąży u kobiety, która uważa, że nie stać jej na kolejne dziecko, to jak zmusić kogoś do kosztownej opieki nad starcem, którego agonia trwa niekiedy miesiące, a nawet lata... . 

Czy sprawa eutanazji nadal wywołuje dyskusje w holenderskim środowisku lekarskim?

Królewski Towarzystwo Lekarskie oficjalnie nie opowiada się ani za eutanazją, ani przeciw niej. Według Towarzystwa, lekarze mają decydować samodzielnie, mają całkowitą wolność wyboru. Problem polega na tym, że mnożą się wypadki stosowania eutanazji nie tylko w tych nagłaśnianych sytuacjach, gdy pacjenci nie mogą wytrzymać bólu.

A w jakich jeszcze?

Znamy już przypadki zastosowania eutanazji wobec np. kalekich dzieci, które nie były przecież w stanie wyrazić prośby o zabójstwo, a jednak je uśmiercono. Dwa lata temu głośno było o kobiecie, której synowie zginęli w wypadku, rozwiódł się z nią mąż, a ona sama popadła w totalne przygnębienie i poprosiła lekarza o zakończenie jej życia. Nie była przecież nieuleczalnie chora. A jednak lekarz, dr Chabou, dał jej leki w ilości umożliwiającej śmierć i asystował przy samobójstwie. Rodzina zmarłej pozwała go do sądu. Sąd jednak uniewinnił doktora argumentując, że cierpienia psychiczne i fizyczne są równoważne. Jak stwierdził sędzia, lekarz stanął przed dylematem pomiędzy obowiązkiem ratowania pacjenta a wspomożenia go w uniknięciu cierpień. Warto może dodać, że dr Chabou praktykował w Amsterdamie, zaś jego "pacjentka" mieszkała w odległym miasteczku na południu Holandii; lekarz widział się z nią tylko raz, i to mu wystarczyło, aby zdecydować, że jedynym rozwiązaniem jest śmierć. Nie skonsultował się nawet z lekarzem rejonowym. Mimo to pozostaje na wolności i dalej praktykuje. Takich niepokojących wypadków jest znacznie więcej.

Jak reaguje na to opinia publiczna?

Najbardziej widocznym efektem tej sytuacji jest utrata zaufania niektórych pacjentów do lekarzy. Mój przyjaciel internista odwiedził w trakcie wizyty domowej pacjentkę z rakiem płuc. Zdecydował, że będzie musiała udać się do szpitala. Pacjentka odmówiła, tłumacząc, iż obawia się, że lekarze ją zabiją. Mój przyjaciel przekonał ja, by zgodziła się na leczenie szpitalne. W czasie, gdy nie było go w szpitalu - miał wówczas wolny dzień - zastępujący go kolega orzekł, że nieprzytomna pacjentka ma przed sobą tylko dwa tygodnie życia - i wykonał śmiercionośny zastrzyk. Po powrocie do pracy mój przyjaciel przeżył szok. Mimo to nie zdecydował się na zgłoszenie sprawy na policję, gdyż uznał, że nie udowodni zabójstwa. Opuścił jedynie szpital i zmienił pracę.

Jak Pana organizacja walczy z eutanazją?

W naszym ruchu działa około 700 lekarzy. Na ich czele stoi pięcioosobowa Rada. Za każdym razem, gdy sprawa eutanazji wraca do parlamentu, ogłaszamy raporty, przesyłamy je parlamentarzystom, rządowi i przedstawicielom kościołów. Drukujemy je w nakładzie 100 tysięcy egzemplarzy. Gdy ostatnio sprawa wróciła do parlamentu wykupiliśmy w prasie ogłoszenia, dlaczego walczymy z eutanazją.

Czy królowa Holandii Beatrix akceptuje eutanazję?

Wiem od moich przyjaciół z królewskiego dworu, że jest jej przeciwna. Problem jednak w tym, że królowa starannie unika wypowiadania się na tematy mogące dzielić Holendrów. Król naszych sąsiadów Baudouin nie wahał się abdykować na czas uchwalenia przez parlament Brukseli ustawy aborcyjnej, aby nie brać na swoje sumienie podpisu pod tą ustawą.

W Holandii u władzy jest partia chrześcijańskich demokratów. Pańskiego czytelnika szokuje jej akceptacja dla aborcji i eutanazji.

To smutny paradoks. W trakcie dyskusji jeden z protestanckich polityków powołał się na przypowieść o Samarytaninie, który ulitował się nad cierpieniem. Dla mnie był to szczyt hipokryzji. Samarytanin ulitował się nad cierpiącym, ale wziął go do gospody, ugościł i nakarmił - a nie zabił. W Holandii protestują już tylko katolicy i rygorystyczni ewangelicy. Jedynie katolicki magazyn "Katholiek Nieuwsblaad" i pismo "Reformatorisch Nieuwsblaad", oba niskonakładowe - biły na alarm, gdy minister zdrowia Bosch dopuścił w publicznej wypowiedzi możliwość stosowania eutanazji wobec niesprawnych umysłowo. Bosch oświadczył: "Mam nadzieję, że gdy sam stracę sprawność umysłową, moje dzieci poddadzą mnie eutanazji." Media nie zauważyły w tej wypowiedzi niczego szczególnego.

Jaki jest stosunek pozostałych protestantów do eutanazji?

Kościoły protestanckie zaakceptowały eutanazję. Mój kościół reformowany powołał dla rozpatrzenia tej sprawy specjalną komisję. I ta komisja zaakceptowała eutanazję.

Dlaczego?

Nie wiem. Nie byłem zaproszony ani do udziału w pracach komisji, ani do wyrażenia opinii.

Czy sądzi Pan, że stosunek Holendrów do eutanazji się zmieni?

Kiedy opowiadam historię o staruszce, która bała się pójść do szpitala i którą uśmiercono, czy też o młodym człowieku, który chciał zabić ojca, bo spieszno mu było na wczasy - ludzie zaczynają się budzić. Zaczynają rozumieć, że sprawy posunęły się za daleko. Rok temu w jednym z sondaży opinii społecznej zadano pytanie: "czy uważasz, że eutanazja może być zastosowana nawet wtedy, gdy lekarz jest w stanie zagwarantować znieczulenie bólu?" Aż 65 % ankietowanych uznało, że i wtedy eutanazja powinna być zabroniona. Jednak lobby proeutanazyjne jest bardzo silne. Kiedy wykupiliśmy płatne ogłoszenie, żeby opublikować dane na temat ilości przypadków eutanazji oskarżono nas o kłamstwa. Zarzuty były nieprawdziwe, ale uzmysłowiły nam, jak bardzo lobby popierające eutanazję jest wrażliwe na publikacje w mediach. W naszym wolnym, demokratycznym kraju okazało się, że nadzwyczaj trudno nam informować ludzi o tym, co się dzieje. Gdybyśmy mieli pieniądze na kampanie reklamową i na atrakcyjne ogłoszenia, myślę, że moglibyśmy zmienić nastawienie opinii publicznej. Jednak dziś media są nam, niechętne, a my nie mamy zbyt wiele pieniędzy.

Doktor Karel Gunners urodził się w 1926 roku w Indiach Holenderskich (dzisiejsza Indonezja). Studia medyczne ukończył w Lejdzie w Holandii. W czasie studiów praktykował dwa lata w USA. Później służył dwa lata w armii holenderskiej jako lekarz wojskowy, następnie osiem lat praktykował w Maroku. W 1968 roku został wybrany zastępca sekretarza Królewskiego Towarzystwa Lekarskiego. Od początku lat 70. Prowadzi praktykę lekarska w Rotterdamie. Jest przewodniczącym ruchu "Lekarze na rzecz Poszanowania Ludzkiego Życia."

*****


Doktor zwany Śmierć

Najbardziej znanym na świecie zwolennikiem eutanazji jest amerykański lekarz - patolog, Jack Kevorkian. Za pomocą skonstruowanego przez siebie urządzenia , podaje on pacjentowi tlenek węgla, który wdychany przez specjalną maskę powoduje szybką śmierć. W ten sposób pomógł już umrzeć 39 śmiertelnie chorym osobom. Ta działalność zyskała mu w USA przydomek "Doktor Death" ("Doktor Śmierć"). Kevorkian trzykrotnie stawał przed sądem oskarżony o zabójstwo, gdyż wykonywane przez niego zabiegi są sprzeczne z prawodawstwem większości stanów w USA. Trzy razy został uniewinniony.

"Doktor Śmierć" uważa, ze istnieją sytuacje , w których jedynym, co może zrobić lekarz jest skrócenie cierpienia pacjenta. - Tam, gdzie farmakologiczne środki uśmierzające ból przestają być skuteczne, a medycyna nie daje pacjentowi żadnych szans polepszenia stanu zdrowia, jedynym humanitarnym zachowaniem jest przyspieszenie śmierci - argumentuje Kevorkian. Sam nie lubi słowa "eutanazja". Woli posługiwać się znanym w amerykańskim prawodawstwie terminem "wspomagane samobójstwo". Twierdzi, że naprawdę walczy nawet nie o prawo człowieka do śmierci, lecz o jego prawo do pozbycia się bólu.

Krewni osób, którym Kevorkian pomógł umrzeć, są mu prawdziwie wdzięczni i wielokroć publicznie tę wdzięczność deklarowali. Dla zwolenników legalizacji eutanazji jest on postacią sztandarowa, niemal świętym. W oczach przeciwników jest po prostu wielokrotnym mordercą. Mimo wysiłków Kevorkiana i osób podzielających jego poglądy, eutanazja nie została zalegalizowana w żadnym ze stanów USA. Zarówno mieszkańcy stanu Waszyngton, jak i Kalifornii, odrzucili taką propozycję w referendum. Na świecie eutanazja jest - w szczególnych przypadkach i przy zachowaniu określonych procedur - prawnie dozwolona jedynie w Holandii i Australii.

*****


Nic oprócz igły, czyli przypadek Janet Mills.

Jako naród nie mamy już nic do zaoferowania śmiertelnie chorym, starym i niepełnosprawnym. Nic oprócz igły - stwierdził wielebny Boak Jobbins, anglikański zwierzchnik Sydney po śmierci 52 - letniej Janet Mills. Śmiertelnie chora na raka kobieta przed tygodniem jako druga osoba W Australii skorzystała z przyzwolenia na legalną eutanazję. Od trzech lat cierpiała na bardzo rzadką formę raka skóry, znaną jako "mycosis fungoides". Medycyna nie mogła jej już pomóc.

Ustawa o prawach śmiertelnie chorych, przyjęta w lipcu ub. r. przez lokalny parlament jednego z australijskich stanów, obowiązuje jednak wyłącznie na terenie Terytorium Północnego. Mills przyjechała tam przed tygodniem z południowej części kraju i przez kilka tygodni poszukiwała lekarza skłonnego umożliwić jej przeprowadzenie śmiertelnego zabiegu. W końcu zdecydowała się na zorganizowanie konferencji prasowej, na której zaapelowała do lekarzy o pomoc w dokonaniu eutanazji. Ostatecznie Janet Mills umarła w ubiegły czwartek, w obecności swojego męża oraz propagującego eutanazję lekarza Philipa Nitschke. Zabiegu dokonał komputer, na którym zainstalowano specjalny program do przeprowadzania eutanazji. Po serii odpowiednich poleceń na ekranie pojawia się pytanie: "Czy na pewno chcesz umrzeć?" jednocześnie z ostrzeżeniem: "Jeśli odpowiesz tak , nie ma możliwości cofnięcia tej komendy". Jeśli mimo to naciśnięty zostaje klawisz "enter", komputer uruchamia pomocnicze urządzenie, które wstrzykuje pacjentowi śmiertelną dawkę trucizny.

"Ostatnie słowa Janet brzmiały: wreszcie spokój" - stwierdza wydany w poniedziałek komunikat Narodowej Koalicji na rzecz dobrowolnej Eutanazji. W otwartym liście, napisanym na dzień przed śmiercią, pani Mills stwierdził: "Uważam, że eutanazja jest najlepszym wyjściem dla osób chorych, które nie mają żadnej szansy wyzdrowienia. To wspaniała idea, która pozwala położyć kres niepotrzebnemu cierpieniu. Mam nadzieję, że dopuszczająca ją ustawa nie zostanie anulowana i nadal będzie nieść pomoc osobom takim, jak ja, których cierpienie przerosło już ich siły."

W grudniu niższa izba parlamentu przyjęła ustawę ponownie delegalizującą eutanazję. W lutym trafi ona pod obrady australijskiego Senatu. Po ujawnieniu śmierci Janet Mills w Australii z nową siłą wybuchła debata nad kontrowersyjną ustawą.

*****


Jan Paweł II:

Na szlaku mojej pielgrzymki po Polsce towarzyszy mi Dekalog: dziesięć Bożych słów wypowiedzianych z mocą na Synaju, potwierdzonych przez Chrystusa w Kazaniu na górze w kontekście ośmiu błogosławieństw. Zrąb ludzkiej moralności zadany człowiekowi przez Stwórcę. Stwórca jest zarazem Najwyższym Prawodawcą, stwarzając bowiem człowieka na swój obraz i podobieństwo, wpisał w jego "serce" cały porządek prawdy, który warunkuje dobro i ład moralny, a przez to jest też podstawą godności człowieka — obrazu Boga.

W samym centrum tego porządku leży przykazanie: "Nie zabijaj" — zakaz stanowczy i absolutny, który równocześnie afirmuje prawo każdego człowieka do życia: od pierwszej chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. Prawo to w sposób szczególny bierze w obronę ludzi niewinnych i bezbronnych. "Łaknąć i pragnąć sprawiedliwości" — to znaczy czynić wszystko, aby to prawo było przestrzegane, aby żaden człowiek nie stawał się ofiarą agresji na jego życie czy zdrowie: aby nie był niewinnie zabijany, torturowany, dręczony, zagrożony. Chrystus w Kazaniu na górze rozszerzy jeszcze zasięg piątego przykazania Dekalogu na wszystkie działania przeciw bliźniemu, zrodzone z nienawiści czy mściwości (nawet jeśli nie posuwają się aż do zabójstwa: "Kto się gniewa na brata swego" — tak mówi Chrystus w Kazaniu na górze).

Trudno nie stwierdzić, iż nasze stulecie jest wiekiem obciążonym śmiercią milionów ludzi niewinnych. Przyczynił się do tego nowy sposób prowadzenia wojen, który polega na masowym zwalczaniu i wyniszczaniu ludności nie biorącej w wojnie czynnego udziału. Wystarczy przypomnieć bombardowania (aż do użycia bomby atomowej), z kolei obozy koncentracyjne, masowe deportacje ludności, kończące się śmiercią milionów niewinnych ofiar. Wśród narodów Europy nasz naród ma szczególny udział w tej hekatombie. Na naszych ziemiach przykazanie: "Nie zabijaj" pogwałcone zostało milionami zbrodni i przestępstw. Wśród tych zbrodni szczególnie wstrząsające pozostają systematyczne zabójstwa całych narodów — przede wszystkim Żydów czy też grup ludnościowych, jak Cyganie — tylko z motywów przynależności do tego narodu czy też rasy.

Czy był to tylko fakt szczególnego okrucieństwa, doraźnego okrucieństwa? Trzeba stwierdzić, że ludobójcze skutki ostatniej wojny zostały przygotowane całymi programami nienawiści rasowej oraz etnicznej! Programy te odrzucały moralną zasadę przykazania: "Nie zabijaj" jako absolutną i powszechnie obowiązującą. Nawiązując do obłędnych ideologii, pozostawiały one uprzywilejowanym instancjom ludzkim prawo decydowania o życiu i śmierci poszczególnych osób, a także całych grup i narodów. Na miejsce Bożego: "Nie zabijaj" postawiono ludzkie: "Wolno zabijać", a nawet: "Trzeba zabijać". I oto ogromne połacie naszego kontynentu stały się grobem ludzi niewinnych, ofiar zbrodni. Korzeń zbrodni tkwi w uzurpacji przez człowieka Bożej władzy nad życiem i śmiercią człowieka. Odzywa się w tym jakieś dalekie, a przecież uporczywe echo tamtych słów, które człowiek zaakceptował od "początku" wbrew swemu Stwórcy i Ojcu. Słowa te brzmiały: "Tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło" (Rdz 3, 5), to znaczy: będziecie stanowili o tym, co dobre, a co złe, wy, ludzie, tak jak Bóg, tak jak Bóg i wbrew Bogu.

Darujcie, drodzy bracia i siostry, że pójdę jeszcze dalej. Do tego cmentarzyska ofiar ludzkiego okrucieństwa w naszym stuleciu dołącza się inny jeszcze wielki cmentarz: cmentarz nienarodzonych, cmentarz bezbronnych, których twarzy nie poznała nawet własna matka, godząc się lub ulegając presji, aby zabrano im życie, zanim jeszcze się narodzą. A przecież już miały to życie, już były poczęte, rozwijały się pod sercem swych matek, nie przeczuwając śmiertelnego zagrożenia. A kiedy już to zagrożenie stało się faktem, te bezbronne istoty ludzkie usiłowały się bronić. Aparat filmowy utrwalił tę rozpaczliwą obronę nie narodzonego dziecka w łonie matki wobec agresji. Kiedyś oglądałem taki film — i do dziś dnia nie mogę się od niego uwolnić, nie mogę uwolnić się od jego pamięci. Trudno wyobrazić sobie dramat straszliwszy w swej moralnej, ludzkiej wymowie.

Korzeń dramatu — jakże bywa on rozległy i zróżnicowany. Jednakże pozostaje i tutaj ta ludzka instancja, te grupy, czasem grupy nacisku, te ciała ustawodawcze, które "legalizują" pozbawienie życia człowieka nie narodzonego. Czy jest taka ludzka instancja, czy jest taki parlament, który ma prawo zalegalizować zabójstwo niewinnej i bezbronnej ludzkiej istoty? Kto ma prawo powiedzieć: "Wolno zabijać", nawet: "Trzeba zabijać", tam gdzie trzeba najbardziej chronić i pomagać życiu?

Zauważmy jeszcze, że przykazanie: "Nie zabijaj" zawiera w sobie nie tylko zakaz. Ono wzywa nas do określonych postaw i zachowań pozytywnych. Nie zabijaj, ale raczej chroń życie, chroń zdrowie i szanuj godność ludzką każdego człowieka, niezależnie od jego rasy czy religii, od poziomu inteligencji, stopnia świadomości czy wieku, zdrowia czy choroby. Nie zabijaj, ale raczej przyjmij drugiego człowieka jako dar Boży — zwłaszcza jeśli jest to twoje własne dziecko. Nie zabijaj, ale raczej staraj się pomóc twoim bliźnim, aby z radością przyjęli swoje dziecko, które — po ludzku biorąc — uważają, że pojawiło się nie w porę.

Musimy zwiększyć równocześnie naszą społeczną troskę nie tylko o dziecko poczęte, ale również o jego rodziców, zwłaszcza o jego matkę — jeśli pojawienie się dziecka stawia ich wobec kłopotów i trudności ponad ich siły, przynajmniej tak myślą. Troska ta winna znaleźć wyraz zarówno w spontanicznych ludzkich postawach i działaniach, jak też w tworzeniu instytucjonalnych form pomocy dla tych rodziców poczętego dziecka, których sytuacja jest szczególnie trudna. Niech również parafie i klasztory włączają się w ten ruch solidarności społecznej z dzieckiem poczętym i jego rodzicami.

*****


Papież Jan Paweł II przekazał przesłanie na Wielki Post 2005 roku. Zawarł w nim gorący apel o przeciwstawienie się aborcji i eutanazji, podtrzymując ze życie jest największym darem jaki człowiek posiada, dlatego tez należy je ochraniać z wszelkich sil. Dla chrześcijan obowiązek ochrony życia za wszelka cenę wypływa z przykazania “Nie zabijaj".

Papież zwrócił się ze szczególnym apelem o zwrócenie uwagi na osoby starsze, tak żeby nie czuły się ciężarem dla społeczeństwa czy własnej rodziny. W celu osób starszych, szczególnie chorych, Stolica Apostolska wystosowała apel aby zabronić eutanazji jaki i wszelkich działań prawnych zmierzających do skracania życia ludzkiego.

Papież zwrócił uwagę ze współczesne społeczeństwo, dzięki rozwojowi nauki i medycyny jest w stanie przedłużyć życie ludzkie, a w związku z tym zwiększa się liczba ludzi starszych, którym trzeba zapewnić godne życie, tak aby mogli służyć innym w swojej starości. Jan Paweł II powiedział również, ze wszyscy ludzie musza przybliżyć się do wielkiej tajemnicy jaka jest śmierć.

Biskup Belgijski Andre Mutien Leonard, specjalista w sprawie eutanazji, który uczestniczył w przekazaniu przesłania na Wielki Post 2005 roku zwrócił uwagę ze coraz większe zagrożenia sprawiają prawa będące za eutanazja, które często w sposób ukryty prowadza do faworyzowania samobójstw oraz ucieczki od odpowiedzialności za życie ludzkie.

*****


Wyznaczona na 11 czerwca egzekucja amerykańskiego terrorysty Tima McVeigha odpowiedzialnego za śmierć 168 osób, w tym dziewiętnaściorga dzieci, który nigdy za swój czyn nie wyraził skruchy, stawia na ostrzu noża dyskusję o karze śmierci. Dla wierzących dyskusja ta nie powinna być jednak kwestią argumentów teoretycznych czy rozstrzygnięć prawnych. Pytanie o moralną dopuszczalność kary głównej dotyka bowiem istoty człowieczeństwa i rdzenia chrześcijaństwa.

Polskie prawo od 1 września 1998 roku wraz z wejściem w życie nowego kodeksu karnego nie przewiduje kary śmierci. Statystyki jednak podają, że większość Polaków jest za jej przywróceniem. Przewaga jej zwolenników wzrasta zwłaszcza wtedy, kiedy media ujawniają kolejny drastyczny mord. Zarazem zdecydowana większość z nas (ponad 90 proc.) przyznaje się do katolicyzmu. Czy bycie katolikiem wpływa na nasze poglądy w tej sprawie? Jakie stanowisko zajmuje Kościół?

Jan Paweł II wielokrotnie prosił władze amerykańskich stanów o zaniechanie egzekucji morderców. Papieskie nauczanie, ogłoszone w encyklice "Evangelium vitae", zmusiło redaktorów Katechizmu Kościoła Katolickiego do przeredagowania punktu dotyczącego kary śmierci. Niedawno rzeczniczka Episkopatu USA ds. obrony życia Kathy Cleaver pochwaliła George’a W. Busha za wstrzymanie państwowych dotacji na rzecz ruchów proaborcyjnych, jednocześnie ostro krytykując poparcie prezydenta dla kary śmierci. Wydaje się to logiczne: jeżeli bronimy życia, to bez wyjątków. Można zatem sądzić, że Kościół coraz mocniej wzywa do zaprzestania zabijania ludzi w majestacie prawa. Kto tak myśli, będzie zaskoczony, gdy sięgnie po wydaną rok temu przez Wydawnictwo Apostolstwa Modlitwy książkę jezuickiego etyka ks. Tadeusza Ślipki pt. "Kara śmierci z teologicznego i filozoficznego punktu widzenia". Książka jest bowiem zdecydowaną obroną ostatecznej sankcji karnej. Autor stawia tezę, że moralna dopuszczalność kary śmierci – choć nigdy wyraźnie nie orzeczona przez Magisterium – należy do "prawd ostatecznie pewnych", które są nieomylnie głoszone w zwyczajnym nauczaniu Kościoła. Czy racje przytaczane przez ks. Ślipkę są przekonywające i czy rzeczywiście nauka Kościoła w kwestii kary śmierci jest tak jednoznaczna?

Co na temat kary śmierci mówi Pismo Święte? W świecie biblistów i historyków – pisze ks. Ślipko – panuje "powszechna zgoda, że w ciągu całej historii zbawienia przed Chrystusem, kara śmierci funkcjonowała w kodeksie karnym Izraela jako sankcja uznana bezspornie za moralnie dopuszczalną". W Nowym Testamencie autor doszukuje się aluzji na temat kary śmierci jedynie w Liście do Rzymian. Św. Paweł w 13. rozdziale zachęca adresatów listu do unikania złych uczynków m.in. dlatego, by nie narazić się władzy państwowej, która "nie na próżno nosi miecz". Zdaniem Apostoła jest ona bowiem "narzędziem Boga do wymierzania sprawiedliwej kary temu, który czyni źle".

Ks. Ślipko dostrzega moralną akceptację kary śmierci przez św. Pawła w wyraźnie aprobowanym przez niego "prawie miecza". Przedstawiając poglądy pisarzy wczesnego chrześcijaństwa, autor zauważa ich niekonsekwentne podejście do problemu. Z jednej strony wyrażali oni aprobatę dla karania złoczyńców śmiercią. (Klemens Aleksandryjski – apologeta chrześcijański z II wieku – porówna pozbawienie życia winowajcy do ingerencji chirurga wycinającego organ nie nadający się do leczenia.) Z drugiej strony głosili wyraźny zakaz udziału chrześcijan w osądzaniu i wykonywaniu wyroku. Taką dwuznaczną postawę zajmą m.in. Tertulian i Orygenes na przełomie II i III wieku, a sto lat później Laktancjusz. Wielu z nich nawoływało wręcz do życia zgodnego z ewangeliczną zasadą "nie sprzeciwiania się złu", łącznie z rezygnacją z możliwości zabicia agresora w obronie własnej. Ks. Ślipko niekonsekwencje te tłumaczy świadomością własnej wyjątkowości młodej wspólnoty chrześcijańskiej, wyrażającej się w ascetycznych ideałach życia. Prawo karania śmiercią złoczyńców pozostawiano pogańskiej władzy państwowej. Sytuacja zmieni się po edykcie mediolańskim (313 r.), kiedy chrześcijaństwo zacznie stawać się religią państwową.

Teolodzy staną przed problemem pogodzenia absolutnego charakteru przykazania "nie zabijaj" z potrzebą dopuszczenia wyjątków od tej zasady, np. w sytuacji wojny sprawiedliwej czy pozbawiania życia złoczyńców przez władzę państwową. Św. Augustyn uczyni prosty "zabieg". Uzna, że ten sam Boski autorytet, który to przykazanie ustanowił, ogranicza jego zakres i dopuszcza w określonych przypadkach wyjątki. Średniowiecze jeszcze bardziej zawęzi zakres chronionych przez przykazanie "nie zabijaj" i wyłączy z niego odstępców od wiary, co uprawomocni działalność kościelnej inkwizycji. U zarania tej instytucji w 1208 r. dekret Innocentego III będzie wymagał od skruszonych waldensów wyznania wiary, a w nim m.in. oświadczenia: "W sprawie władzy państwowej stwierdzamy, że bez popełnienia grzechu ciężkiego może ona wydawać wyroki śmierci celem wymierzania kary, byle działo się to na drodze sądowej, a nie z pobudek nienawiści, z rozwagą, nie zaś lekkomyślnie".

Ks. Ślipko dostrzega w tym oświadczeniu stwierdzenie o charakterze doktrynalnym. Św. Tomasz z Akwinu za godnych śmierci uzna po prostu zatwardziałych grzeszników, jeśli tylko "okazują się szkodliwi lub niebezpieczni dla społeczeństwa". Zatwardziały grzesznik traci bowiem – zdaniem Akwinaty – ludzką godność, dlatego pozbawienie go życia nie różni się moralnie od zabicia zwierzęcia. (Czy można takie poglądy pogodzić z Ewangelią?) W czasach Reformacji Leon X w bulli "Exsurge Domine" (z 1520 r.) potępi nauki Lutra, w tym jego tezę, że niezgodne z wolą Ducha Świętego jest palenie na stosie heretyków. Niektórzy katoliccy teologowie pójdą jeszcze dalej. Franciszek Suarez i św. Robert Bellarmin będą domagać się, by nie tylko państwu, ale także Kościołowi przysługiwało prawo orzekania śmierci wobec zatwardziałych heretyków. Na szczęście nie zdobędą większego posłuchu. W XVII wieku wielki autorytet w zakresie teologii moralnej św. Alfons de Liguori powtórzy, że kara śmierci może być orzekana tylko "na mocy władzy państwowej i z zachowaniem prawnej procedury", ponadto będzie się domagał zapewnienia skazańcom możliwości spowiedzi i Komunii świętej. Taka nauka przetrwa do naszych czasów.

Urząd Nauczycielski Kościoła okaże się odporny na oświeceniowe prądy, które począwszy od fundamentalnego dzieła Cesare Beccarii "O przestępstwach i karach" z 1764 r. będą podważać prawo państwa do zabijania przestępców. Pius XI w encyklice "Casti connubii" (1930 r.) przypomni, że "prawo miecza", czyli prawo do wydawania wyroków śmierci, odnosi się wyłącznie do złoczyńców, zaś Pius XII w przemówieniu do uczestników Kongresu Histopatologii Systemu Nerwowego w 1952 r. posłuży się rozróżnieniem prawa do życia i dobra życia. Według niego państwo pozbawia skazańców jedynie dobra życia, gdyż prawa do życia przestępcy pozbawiają się sami. To teoretyczne rozróżnienie miało na celu ocalić uniwersalność zasady "nie zabijaj" i jednocześnie usprawiedliwić wyroki śmierci. Nowe myślenie o karze śmierci pojawi się dopiero w ogłoszonej przez Jana Pawła II w 1995 r. encyklice "Evangelium vitae". Papież stwierdzi, że władza publiczna nie powinna sięgać po najwyższy wymiar kary "poza przypadkami absolutnej konieczności, to znaczy gdy nie ma innych sposobów obrony społeczeństwa". I zaraz doda: "Dzisiaj jednak, dzięki coraz lepszej organizacji instytucji penitencjarnych, takie przypadki są bardzo rzadkie, a być może już nie zdarzają się wcale" (n 56).

W stwierdzeniu tym ks. Ślipko nie dostrzega jednak przełomu. Papieski argument za zniesieniem kary śmierci ma dla niego wyraźnie "sytuacyjny" charakter, zależny od prawidłowego rozeznania społecznej rzeczywistości. Jego zdaniem nie narusza więc ani samej godziwości kary śmierci, ani stałości kościelnej nauki o jej dopuszczalności. Dlatego ks. Ślipko może wysunąć teologiczną hipotezę, że tak jednoznaczna na przestrzeni wieków aprobata kary śmierci przez Urząd Nauczycielski Kościoła należy do "prawd ostatecznie pewnych" i nic nowego już się nie da w tej sprawie powiedzieć. Obok przekonania o prawdziwości tej hipotezy w książce krakowskiego etyka odnajdziemy próbę czysto rozumowego uzasadnienia godziwości kary śmierci. Autor potwierdza nienaruszalne prawo do życia osoby ludzkiej. Podkreśla przy tym jednak, że to prawo ma zakres ograniczony. Nie obejmuje ono bowiem "sytuacji agresji". Nie jest to – zdaniem ks. Ślipki – wyjątek od zasady moralnej, tylko "restrykcja" jej zakresu.

Następnie zauważa, że ofiara po śmierci wcale nie traci "prawa do życia i uprawnienia do jego ochrony". Z oczywistych jednak względów nie może tego prawa egzekwować. Jest to zadaniem państwa, które skazując mordercę na śmierć obowiązek ten wypełnia. Niepodważalne prawo do życia potwierdza się zatem... niszcząc życie. Sprzeczność tej myślowej konstrukcji jest uderzająca. Mimo to wyciągnijmy z niej konsekwencje. Nie widać powodu, aby sytuację agresji wiązać jedynie z morderstwem. Załóżmy więc, że agresorowi nie udało się zabić ofiary. Spowodował jednak jej trwałe kalectwo. Niepodważalne prawo do życia zostało naruszone, bowiem życie ofiary doznało uszczerbku. Ofiara nie potrafiła się obronić. Po agresji nie potrafi już także sama potwierdzić swojego niepodważalnego prawa do nienaruszonego życia. Zadanie to spada na państwo jako gwaranta osobowych praw człowieka.

Czy zatem zgodnie z zastosowaną przez ks. Ślipkę zasadą odpowiedniości kary należy z agresora również uczynić kalekę? Oko za oko, ząb za ząb? Ks. Ślipko w polemice z katolickimi przeciwnikami kary śmierci – ks. Andrzejem Szostkiem i Wojciechem Chudym z KUL-u – wyjaśnia, że z powodu aktu agresji "życie agresora zachowuje jedynie bytowość fizyczną, pozbawioną wartości moralnej". Dlatego też państwo nie popełnia czynu niemoralnego, jeśli "egzekwuje w imieniu niezdolnej do obrony własnego życia ofiary agresji jej prawo do pozbawienia agresora życia". Zapytajmy: jeżeli życie agresora jest "pozbawione wartości moralnej", czy pozostaje on nadal człowiekiem? Czy tezę taką da się pogodzić z prawdą o nieutracalności w żadnej sytuacji godności ludzkiej, której to prawdy ks. Ślipko broni, krytykując pomysły św. Tomasza? I inne pytania – jak długo morderca zachowuje "jedynie bytowość fizyczną"? Trzydzieści lat, przez które polskie prawo ściga zbrodnie? Do swojej śmierci? Dopóki nie zostanie zabity? Czy to oznacza, że nie jest w stanie nawrócić się, odpokutować, np. heroicznym życiem? Czy odpowiedzialny za ukamienowanie św. Szczepana Szaweł z Tarsu aż do swojej męczeńskiej śmierci posiadał "jedynie bytowość fizyczną, pozbawioną wartości moralnej"?

Ks. Ślipko pomija dwa teksty Pisma Świętego wprost odnoszące się do kary śmierci. Pierwszy tekst spotykamy już na samym początku Biblii, w 4. rozdziale Księgi Rodzaju. Kain z zazdrości zabija swojego brata Abla. Bóg wyznacza bratobójcy karę: "Tułaczem i zbiegiem będziesz na ziemi!". Wymowa następnych wersów jest oczywista. "Kain rzekł do Pana: »Zbyt wielka jest kara moja, abym mógł ją znieść. Skoro mnie teraz wypędzisz z tej roli, i mam się ukrywać przed tobą, i być tułaczem i zbiegiem na ziemi, każdy, kto mnie spotka, będzie mógł mnie zabić!«. Ale Pan mu odpowiedział: »O, nie! Ktokolwiek by zabił Kaina, siedmiokrotną pomstę poniesie!«. Dał też Pan znamię Kainowi, aby go nie zabił, ktokolwiek go spotka". Księga Rodzaju jest tą świętą Księgą, w której zostały wypowiedziane najważniejsze intuicje dotyczące fundamentów naszej wiary (stworzenie świata, stworzenie człowieka jako obrazu Boga, grzech pierworodny).

Dlatego Jezus, widząc protesty uczniów z powodu Jego nauki o nierozerwalności małżeństwa (apostołowie powoływali się na starotestamentowe prawo mojżeszowe), mógł odpowiedzieć: "Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych pozwolił wam Mojżesz oddalać wasze żony, lecz od początku tak nie było" (Mt 19,8). Czy odpowiadając na uwagę ks. Ślipki, że "w ciągu całej historii zbawienia przed Chrystusem, kara śmierci funkcjonowała w kodeksie karnym Izraela jako sankcja uznana bezspornie za moralnie dopuszczalną", nie należałoby powtórzyć za Jezusem: "lecz od początku tak nie było"?

Drugi tekst odnajdziemy w Nowym Testamencie, w Ewangelii wg św. Jana. Uczeni w Piśmie i faryzeusze przyprowadzają do Jezusa kobietę przyłapaną na cudzołóstwie i pytają: "Nauczycielu, (...) w Prawie Mojżesz nakazał nam takie kamienować. A Ty co mówisz?" (8,5). Wszyscy znamy odpowiedź Jezusa. Postulowanie kary śmierci jest ignorowaniem tej odpowiedzi. Oczywiście Jezus nie dysponował subtelnym aparatem analitycznym wypracowanym przez współczesnych moralistów i nie mógł brać pod uwagę sugerowanych przez ks. prof. Ślipkę konsekwencji różnicy między morderstwem a innymi nagannymi czynami. Nic to jednak nie zmienia. Odpowiedź Jezusa jest uniwersalna i jednoznaczna: nikt – bo nie ma ludzi bezgrzesznych – nie ma prawa skazywać na śmierć i wykonywać egzekucji. Bez względu na to, z jakim przestępstwem mamy do czynienia. Jest to zgodne z najgłębszym duchem Ewangelii, który nakazuje przerwać łańcuch przemocy. Przemocy, zła, nie leczy się przemocą, złem. Naprawianie brutalnej krzywdy brutalną przemocą jest w świetle Ewangelii nieporozumieniem, nic nie mającym wspólnego z Bożą prawdą. Jest jakimś gorzkim paradoksem, że to nie Kościół, tylko oświeceniowi humaniści upomnieli się o zasady tak mocno zakorzenione w ewangelicznym przesłaniu.

Przedstawioną w "Evangelium vitae" naukę o karze śmierci (n 56) Jan Paweł II poprzedza rozważaniem na temat uprawnionej obrony przed agresorem (n 55). Dostrzeżenie tego faktu nie jest bez znaczenia. Punkt 56. encykliki rozpoczyna się bowiem odniesieniem: "W tej perspektywie należy też rozpatrywać problem kary śmierci". Jaka to perspektywa? Papież pisze o "dramatycznych przypadkach", "w których wartości zawarte w Prawie Bożym przybierają formę prawdziwego paradoksu". Takim paradoksem jest sytuacja uprawnionej obrony, "kiedy prawo do ochrony własnego życia oraz obowiązek nieszkodzenia życiu drugiego człowieka okazują się w konkretnych okolicznościach trudne do pogodzenia". Wynika z tego, że zabicie agresora, które nie tylko jest prawem, ale także czasem wręcz obowiązkiem (zwłaszcza kogoś odpowiedzialnego "za życie drugiej osoby, za wspólne dobro rodziny czy państwa"), zawsze pozostanie dramatem. Dostrzec w tym dramacie można tajemnicę grzechu pierworodnego – misterium iniquitatis. Zło stawia nas niekiedy w sytuacji bez wyjścia. Zbędna jest uwaga, że jeżeli tylko można, to bezwzględnie należy takich sytuacji unikać.

W tej perspektywie nauka Papieża o karze śmierci jest jasna: pozbawić życia przestępcę można tylko i wyłącznie wtedy, gdy w inny sposób nie da się obronić przed nim społeczeństwa. Jedynie obrona konieczna usprawiedliwia zamach na życie. Czyli jedynie w społeczeństwach nie dysponujących możliwością odizolowania niebezpiecznych przestępców takie sytuacje mogą mieć miejsce. I miały – tyle że w zamierzchłych czasach. Ks. Ślipko nie jest w stanie przyjąć papieskiej perspektywy, czyli też właściwie zinterpretować jego nauki, ponieważ nie dopuszcza myśli o możliwości zaistnienia w rzeczywistości moralnej "dramatycznych przypadków" i "prawdziwych paradoksów". Uznanie za takie sytuacji obrony koniecznej oznaczałoby – jego zdaniem – "zderzenie się dwóch wartości moralnych", a to z kolei spowodowałoby powstanie "nieładu w strukturze porządku moralnego, który z istoty swej ma być modelowym kształtem ładu". Słowem, gdybyśmy przyjęli papieską perspektywę, świat moralności zawaliłby się. A ponieważ zupełnie niezależnie od nas, czy tego chcemy, czy nie, po prostu zdarzają się sytuacje bez wyjścia, nie pozostaje nic innego, jak tylko opisać je w języku udającym, że ich nie ma – co czyni autor "Kary śmierci z teologicznego i filozoficznego punktu widzenia". Problem w tym, że trzeba przy tym usprawiedliwić arbitralność takiego opisu.

Jeszcze jedno w papieskiej encyklice warto dostrzec. Jan Paweł II niedwuznacznie daje do zrozumienia, że kara śmierci sprzeczna jest z godnością człowieka. W punkcie 56. dwukrotnie pojawia się bowiem stwierdzenie, że zaniechanie stosowania kary śmierci "bardziej odpowiada godności człowieka". Jeżeli bardziej odpowiada godności człowieka jej zaniechanie, to dlaczego kara ta ma być stosowana? Na to pytanie nie znajdziemy w książce ks. Ślipki odpowiedzi. Co z tego wynika dla Kościoła, który do tej pory konsekwentnie, choć niezbyt głośno bronił kary śmierci? Wszystko wskazuje na to, że aż do ogłoszenia encykliki "Evangelium vitae" Kościół wikłał się w beznadziejne próby usprawiedliwienia przekraczania normy "nie zabijaj" w przypadku wykonywania wyroków śmierci. Dopiero Jan Paweł II jasno wskazał, że istnieje jedna tylko sytuacja, w której nie z naszej winy i woli zmuszeni jesteśmy to przykazanie przekroczyć i że nie da się dramatyzmu i paradoksalności tej sytuacji racjonalnie "rozbroić".

Ks. prof. Ślipko słusznie nawołuje, by zajmując się mordercą nie stracić z oczu jego ofiary. Zapomina przy tym, że w dramacie kary śmierci występuje jeszcze trzecia osoba – kat. Nasza kultura przyzwyczaiła się do jego obecności. Nie wstrząsa nami świadomość istnienia zawodowych zabójców, uśmiercających za publiczne pieniądze i ze społecznym przyzwoleniem. Trudno sobie nawet wyobrazić, jakie spustoszenie – duchowe i psychiczne – wywołuje w takich osobach ich "pożyteczna" praca. Pożyteczna, bo to kat za nas wykonuje "brudną robotę". Ze spokojnym sumieniem możemy więc zająć wygodną pozycję widza. Tym bardziej, że egzekucja wzbudza dreszcz emocji. Podnieca nas zło usprawiedliwione – zło bez winy. Jednak tłumioną przez traktaty niektórych moralistów i etyków zgrozę, jaką powinno budzić nasze dobre samopoczucie, nietrudno sobie uświadomić. Wystarczy przeprowadzić prosty eksperyment myślowy. Załóżmy, że społeczeństwo chce być konsekwentne w wyciąganiu praktycznych wniosków z zasady "życie za życie" i uogólni ją do zasady "krzywda za krzywdę", czyli na przykład gwałt za gwałt. Dlaczego jest nam wstrętna sama myśl o kacie, który egzekwowałby taką karę – mimo wszystko w skutkach bez porównania łagodniejszą od kary śmierci? Czy nie dlatego, że nasze przyzwolenie na zabijanie w majestacie prawa więcej ma wspólnego z hipokryzją niż ze sprawiedliwością?



Liczba wyświetleń strony: 9477063 * Liczba gości online: 23 * Ostatnia aktualizacja: 2017-06-26
© 2002-2017 by ks. Józef Pierzchalski SAC